środa, 31 marca 2010

cos jakos pisac mi sie chce :)

Tzn chyba pogadac, bo na codzien nie mam z kim ... Kota to super towarzystwo, ale milczace znacznie :)) Podyskutowac sie z nia nie da, no chyba, ze kiedy jej zamykam okno w sypialni, a ona by wlasnie jeszcze chciala posiedziec sobie na parapecie... wtedy pyskuje zawziecie smarkula Futrzasta! No, ale wiadomo pogledzic sie z nia nie da, choc nie powiem, nie raz probowalam :P

Przewalilam dzis ciuchy w szafie, odlozylam juz 2 torby tych, ktorych nie nosze od x czasu... sporo nawet tego wyszlo :)) W sumie mowiac szczerze, to moglabym sie juz pakowac dokumentnie, ale nie ma za bardzo to sensu... Dzis sroda wiec tez nigdzie sie nie ruszam, bo Szwagierka ma dzieciaki w domu (u nas w srode dzieci maja wolne od szkoly... zeby nie bylo oczywiscie sobote i niedziele tez maja wolne, przynajmniej te dzieci w tzw podstawowkach). Musze bowiem wykorzystac ja i jej samochod, zeby pojechac w dwa, no moze nawet w trzy miejsca i zalatwic pewne rzeczy w urzedach.
Mam nadzieje, ze do Wielkiego Piatku to sie wszystko uda.

Swieta za pasem... a ja Swiat w ogole nie czuje! Nie mam na nie czasu, a moze to kwestia tego, ze sama nie chce sie w nie zaglebiac jakos mocniej, tylko z tego wzgledu, ze chcialabym moc spedzic Swieta z rodzinka, ale w PL, choc jeden dzien! Niedzielne sniadanie spedzimy ze Szwagierka i jej rodzinka, i znow na pewno bedzie tak jak w Wigilie, czyli nijak. Ot wspolne jedzenie, radosc dzieciakow poszukujacych czekoladowych jajec w ogrodzie bedzie najfajniejszym akcentem tego dnia, a poza tym... "nuda panie... az sie chce z kina wyjsc" ze sie tak posluze cytatem z pewnego kultowego polskiego filmu.
No, ale nic to... rozpaczac nie bede, w koncu na pewne rzeczy wplywu nie mam i nie zamierzam sie z tego powodu irytowac, wazne jest tylko jedno; mianowicie zebym sie nie przejadla! :PP

A w ogole to wydarzyla sie tragedia.... skonczylam czytac moja ostatnia polska ksiazke!!!
Chyba musze sobie sciagnac jakas wersje e-bookowa, no bo jak mi przyjdzie zyc przez pewien czas bez internetu to trzeba bedzie sie jakos wspomagac czymkolwiek... no, moje ulubione gierki juz sobie posciagalam :))) Lubie byc przygotowana na kazda ewentualnosc ;))
No i tak po cichu polecam ksiazki Carlosa Ruiza Zafona... jak dla mnie sa rewelacyjne, mroczne ale piekne!! Teraz czekam na jakas dobra okolicznosc, i moze uda mi sie zakupic jego kolejna ksiazke wydana w PL pt. "Marina"....

Tymczasem uciekam...bo widze, ze mi sie cos wena na pisanie skonczyla ;)
To do nastepnego ;)

poniedziałek, 29 marca 2010

bylo, minelo, jeszcze wroci

Wrocilismy na "swoja polnoc" z weekendowego pobytu w Alzacji.
Zal mnie cos sciska, chyba sie zzylam i zasymilowalam ogolnie rzec ujmujac z calym klimatem "mojej" polnocy.

Kilka rzeczy musze Wam powiedziec natychmiast, mianowicie wyjazd okazal sie bardzo owocny. Tzn. R. podpisal kontrakt, fakt, ze w nim troche glupot napisali - na szczescie jutro maja go poprawic i wyslac go mailem. Moj malzonek jeszcze nie czuje tego co bedzie robic, bo jak stwierdzil bedzie sie musial troche poduczyc, no ale jego nowy szef powiedzial, ze liczy na niego i, ze w niego wierzy... tym samym wyjscie R. nie ma ;) Nie ma co sciemniac najwiekszym plusem R. jest to, ze gada po francusku!! Reszta wyjdzie w trakcie pracy :))
Mnie sposrod wielu ogloszen, udalo sie wylowic kilka interesujacych i dzieki temu znalazlam juz mieszkanie do wynajecia! Dzieki zreszta nowo poznanej kolezance, ktora okazala sie super babka, nomen omen urodzona tego samego dnia i miesiaca co i ja :))) Ona jest o rok starsza, ale to nic, bowiem czulam sie jak z kims, kogo dobrze sie zna... nawet czesto i gesto mialysmy podobne spostrzezenia, zdanie, mysli... zatem jest ok :))

Co do mieszkania to juz owa kolezanka, jako, ze jest na miejscu to zalatwia wszelkie formalnosci, ja jej tylko skanuje odpowiednie dokumenty i dolaczam do maila. Dzis wlasciciel mieszkania wyskoczyl z tekstem, ze chce 3 ostatnie wyciagi z banku - pogielo chlopa!! Od razu kolezanka A. zatopila sie w stronach www poszukujac wiarygodnych informacji o tym, co na pewno jest potrzebne do wynajecia mieszkania... oczywiscie, o zadnych wyciagach z banku mowy nie ma, zatem do tego wgladu ow pan wlasciciel miec nie bedzie!! Jestem ciekawa jak zareaguje na to... mam nadzieje, ze troche spusci z tonu, bo okaze sie, ze bedziemy mieszkac pod mostem... albo w mieszkaniu, ktore mi sie za bardzo nie podoba, no ale na poczatek moze nie ma co narzekac, zawsze innego lokum mozna szukac... ale jakby co o tym bede myslec jutro :)

W sumie, dzieki temu, ze znalazlam juz mieszkanie, to bedziemy mogli jechac wszyscy razem, od razu :)) Razem to znaczy, R. ja i nasza Kota, ktora przez te 3 dni naszej nieobecnosci tesknila przeokropnie za nami czyt. szczegolnie za mna, a teraz nie odstepuje mnie ani na krok! :)
Wyjezdzamy 10 kwietnia, zatem to juz za 2 tygodnie...
Rzeczy i spraw do zalatwienia mam po prostu ilosc ogromna, o pakowaniu nie wspominam... ale skoro 2 lata temu jakos dalam rade zmienic kraj zamieszkania, to teraz chyba zmiana regionu nie powinna byc az takim problemem ;)
Te 3 dni poza domem, duzo mi daly, poznalam troche siebie, musialam sie sprawdzic w kilku sytuacjach :) Cieszy mnie to, ze przelamuje swoje obawy, leki, strachy, ze przede wszystkim jezykowo radze sobie coraz lepiej. Nadal oczywiscie najlepiej radze sobie z zalatwianiem jakis spraw, natomiast gadki o przyslowiowej "dupie Maryni" - wszystkie Marynie w tym miejscu przepraszam :) - ida mi bardziej opornie... no ale mysle, ze po 2 latach nie jest ze mna tak zle, szczegolnie, ze ja nigdy przenigdy z tym jezykiem wspolnego nic nie mialam!!
Dobra, nie ma co sie tu rajcowac :)) Trzeba zakasac rekawy i zaczac pakowac dobytek, co od jutra zaczynam. Dzis zaleglam w lozku, bo od wczoraj katar mi zyc nie dawal, na szczescie wygrzalam sie dzisiaj, i czuje sie lepiej, przynajmniej glowa mnie nie boli.

Co do Alzacji.. powiem Wam szczerze, ze jeszcze nie czuje tego regionu, juz widze, ze ludzie maja inne charaktery niz Ci z polnocy... tam panuje bardziej niemiecka kultura, wszak do Szwajcarii i Niemiec rzut beretem jest...nic to zobaczymy jak to bedzie, jak na razie gdybac nie bede...
Jak znajde prace (a mojego R. szef wraz ze wspolnikiem powiedzieli, ze pomoga cos w tej kwestii) to na pewno tam mi sie bardziej spodoba hehehe bo jak na razie to przez to, ze myslenie skoncentrowane mialam na czyms innym, to za wiele nie zapamietalam... Nic to, mam jednak nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze, a my w koncu wyjdziemy na prosta!!

Jedna rzecz mi tylko mocno zapadla w pamiec... ten tramwaj i te bloki... no przez chwile to prawie jak na Retkini badz Widzewie sie poczulam... tylko te panie ubrane w swoje burki nie pasowaly do tego obrazka ;) Ech no tesknie za Polska...
I wiecie co... bardzo kocham mojego R. ... ale o tym to ja juz nie raz mowilam...dobrze, ze jedziemy razem, wszak we dwoje razniej, a z Kota, to nawet ciekawiej :))

No to tyle tej mojej bazgraniny... leb mam dzis 6 na 9 wiec popisalam dzis calkiem jak nie ja... a moze to juz jakies alzackie nalecialosci mnie dopadly... kto wie, bo ja to w sumie szybko sie asymiluje hehehe

środa, 24 marca 2010

mysle

co by tu napisac?

Wiosna w koncu chyba wiosna sie poczula, bo dzis bylo cieplo i slonecznie!
Kolezanka z Paryzewa mowila mi, ze w tamtym tygodniu bylo u niej bardzo cieplo... my musielismy czekac troche dluzej, ale w koncu stalo sie! Slonce i cieplo na polnoc Fr tez zawitalo :)
W sumie to slonce bylo caly czas, tylko temp jakos nie chciala sie podniesc... no a tak w ogole ponoc juz jutro ma padac :P To ci dopiero fajne, wiosenne wiadomosci :D

Dobra, jakby nie patrzec pogoda jest zawsze to i narzekac nie ma na co.
Ja dzis zamiast cieszyc sie tym co za oknem i odzywiac sie powietrzem i swiezymi listkami chocby np. salaty, to ja dorwalam czekolade mleczna i ja spozywam z ogromnymi wyrzutami sumienia! Co to czlowiekiem rzadzi, ze takie glupoty do reki bierze, ba do pyska dobie wklada!! No nie wiem, po prostu nie wiem...

Tak z innej beczki, to powiem Wam, ze mam pewna pralke, ktora nie jest moja pralka, bo moja pralka juz od konca grudnia jest naprawiana, a ja piore w pralce zastepczej wydanej przez serwis sklepu z pralkami, i w ogole z ta pralka to jedna wielka kolomyja jest i mam nadzieje, ze sie skonczy to szybko i bezbolesnie... No ale, co ja tu chcialam...aj juz wiem... zatem dzis w pralce zastepczej wstawilam sobie pranie i o dziwo cos mi sie ono szybko skonczylo.... zorientowalam sie, ze objawy sa identyczne jak wczesniej, czyli kiedy dostalam pralke do domu i probowalam w niej prac...
Tutaj musze zaznaczyc, ze jakies 2 tygodnie temu byl fachowiec od tejze pralki, bo coz... pralke zastepcza dostalam, ale nie moglam w niej przez 3 miesiace prac, bo nie dzialala... a nie dzialala, gdyz.... tu diagnoza byla prosta, ot spadl pasek wprawiajacy w ruch beben pralki... Fachowiec jak to zobaczyl, to prawie skoczyl z radosci, bo teraz przynajmniej byl pewien co sie stalo... po prostu bylo to widac na pierwszy rzut oka... nawet ja zupelny laik w dziedzinie mechaniki pralkowej od razu wiedzialam, ze to, to to!
No i dzis jak juz mowilam, wstawilam pranie, a tu znow kuku.... pralka sie zaciela i postanowila skonczyc pranie, tak szybko jak je zaczela! Nic to, jako, ze malzonka w domu nie bylo, to postanowilam poczekac, bo i tak zadnych narzedzi w domu nie mialam... no mlotek bym znalazla, ale nie bede odbijac metalowej obudowy mlotkiem.... cholerykiem nie jestem.... choc moze czasem... no, ale nie, nie w takim przypadku...
Malzonek wrocil z pracy i melduje mu prawie od drzwi, co to sie znow zadzialo... Ten wzial odpiewiedni sprzet, odkrecil srubki i coz sie okazalo...a i jakze pasek znow spadl... a dlaczego znow spadl?? Przeciez pralki nikt nie przekreca we wszystkie strony! A no spadl dlatego, ze Pan fachowiec z Bozej Laski, go zle zalozyl!!!!
Rece mi po prostu opadly!
Zatem jesli taki serwis naprawia moja pralke, to az sie boje co oni z nia zrobia!! Moze przemienia w zwywarke do naczyn, albo jakis ciagnik....
Rety, teraz to juz nie wiem czy nie lepiej bylo kupic nowa pralke! W sumie juz nie dziwie, ze wiekszosc tubylcow tak robi.... a my robimy to co zrobiloby sie w PL, w koncu pralka byla jeszcze na gwarancji wiec gratisowy serwis sie nam nalezy...
Tylko co sie czlowiek nairytuje, i naderwuje to jego!! I wcale nie jest to bezcenne!!!

Nie ma to jak poczciwa Frania... byla"prawie"niezawodna... tylko tak calkiem samo sie w niej nie pralo :))


No, a pralka zastepcza po blyskawicznej interwencji Kochanego Meza dziala jak ta lala... ale nie bede sciemniac, tesknie za moja pralka...Ona to jednak fajniejsza byla!

poniedziałek, 15 marca 2010

Chwila oddechu

zycie toczy sie swoim rytmem.
Do mysli o przeprowadzce juz sie przyzwyczailismy.
Mebli zadnych ze soba nie zabieramy, no w sumie zabierzemy jeden, a mianowicie lozko.
Szafa, stol, krzesla... to trzeba bedzie kupic... no chyba, ze uda sie wynajac mieszkanie juz umeblowane... tak byloby w sumie najlepiej!
Na razie jednak czekamy na nasz weekend w Alzacji. Zarezerwowalam juz nam hotel na 26-28 marca. Co ciekawe okazalo sie, ze na weekendy znalezc wolny pokoj dla dwojga nie jest latwo. Turystyka zatem kwitnie.

Jestem bardzo ciekawa jak tam bedzie, i ciesze sie, ze spedzimy tam troche wiecej czasu. R. pozna swoje miejsce pracy, podpisze umowe, i licze na to, ze moze sie uda obejrzec juz jakies mieszkanie do wynajecia. Podekscytowana jestem.

Wczoraj R. przyniosl dla Koty transporter :))) Alez jestem zadowolona!
Dzis wlozylam tam moj sweter, ktorego oczywiscie juz nie bede nosic. Ona jakos lubi nasze swetry i w ogole najlepiej jej sie spi na ubraniach, na szczescie nie w szafie :)
Transporter stoi otwarty caly czas i zrobilismy to dlatego, zeby sie do niego przyzwyczaila, i nie bala. Jednak dopiero dzis kiedy wlozylam do srodka ten sweter Kota postanowiala wejsc do transportera i zobaczyc jak tam jest... oczywiscie nie siedziala tam dlugo, ale najwazniejsze, ze weszla tak, sama z siebie :)
Zatem pierwsze koty za ploty hehehe

A tak z innej beczki.... od przyszlego tygodnia zaczynam sie pakowac... pocieszajace jest jedno... znow powyrzucam ubrania, ktorych od ponad roku nie mialam na sobie! Tak samo zrobilam kiedy zmienialismy lokum rok temu.... w sumie jest to jedyny pozytyw przeprowadzek. Wyrzucam wowczas wszystko to, czego nie uzywam i nie nosze... badz cos co sie psuje, a szkoda mi sie z tym rozstac...

Kurcze .... w sumie to od nowego roku czulam, ze nadchodzi czas zmian... nie wiedzialam tylko, ze to az TAKIE zmiany....
...a w ogole to wiecie co.... do PL bym pojechala, choc na chwile! I do Barcelony!
Barcelone uwielbiam... a wszystko to przez wczorajszy program w TV, ktory ogladalismy wraz z R. Znow sie zapatrzylam w ten magiczny klimat Gaudiego....


Ech, a Matka Polka nie przyjedzie na Swieta... szkoda... ale, z drugiej strony moze jednak nie utyje.... az tak bardzo ;D

poniedziałek, 8 marca 2010

Palec Bozy?! Wierze i mam nadzieje!

No dobra, to tak w dniu tak uroczystym zapodam ta nowine! :))

Przeprowadzamy sie!!!

Zeby nie bylo to dodam od razu, ze o 700 km dalej niz teraz mieszkamy.
Przyszedl w koncu czas by opuscic Nord-Pas-de-Calais na korzysc Alsace...
Ja pierdziu... nadal mi to jakos ciezko wszystko ogarnac.

Od poczatku jednak, bo wszystko zadzialo sie znow dzieki internetowi.
Pamietacie przeciez, ze ja i R. to tez historia internetowa :)) No i tym razem tez tak wyszlo.
Udzielam sie bowiem na pewnego rodzaju portalu, poznalam tam wiele ciekawych osob, w tym kilka dziewczyn, ktore mieszkaja we Francji, tylko w innych regionach tego kraju.

Przed Swietami Bozego Narodzenia jedna z tych internetowych kolezanek wyslala mi maila, z propozycja pracy dla mojego R. (tak nawiasem mowiac to ma ten chlop szczescie, mnie to zadna robota sama znalezc nie chce, a dla niego to zawsze cosik wpadnie...:)).
Jej maz ma firme budowlana i zatrudnia duzo ludzi, potrzeba mu kierownika budowy.
Na dwoch innych budowach ma juz kierownikow Polakow (bo zatrudnieni sa tam glownie Polacy), ale potrzebuje jeszcze jednego... dodatkowy plus, ze R. zna francuski szczegolnie dotyczacy pracy.

R. sie krygowal, mial wiele obiekcji, kolezanka nie namawiala, ale prosila zeby zadzwonic, bo jednak przez telefon troche lepiej zalatwiac takie sprawy, a poza tym okazalo sie, ze wszystkie obiekcje, ktore mial sa do obalenia!
Jak widac dlugo myslal o tej propozycji. Okazala sie ona nadal aktualna, i po tych 2 miesiacach przyszedl jednak czas na burze mozgow i w koncu doszlo do polaczenia telefonicznego obu panow.
Okazalo sie zatem, ze proponuja mu:
Samochod firmowy i nawet telefon firmowy.
Kontrakt na stale, pierwszy miesiac pracy jest probny na stanowisku owego szefa ekipy, za stawke godzinowa taka, ze tutaj nawet jakby na rzesach stanal to by tyle nie zarobil.
Czeka go ciezki miesiac, bo bedzie mial pod soba okolo 20 chlopa prosto ze Slaska... przyszly szef R. powiedzial, ze im bardziej beda na niego psioczyc i jezdzic po nim tym lepiej... zatem wiadomo, ze ludnosc owa nie bedzie nalezala do potulnych. Psyche wiec trzeba bedzie miec twarda, dupe tez, o sercu nie wspominam. O zadnym kumplowaniu sie z nimi mowy byc nie moze...kurcze chyba musze R. uzbroic w jakas wiedze psychologiczna, zeby sie nie dal podchodzic w zaden sposob :)
Jesli uda mu sie wytrwac ten miesiac proby to szefowac bedzie nadal, ale za jeszcze wieksza stawke! Jest wiec o co powalczyc!!!
W najgorszym wypadku, jesli nie podola to w firmie i tak zostaje zatrudniony nadal na CDI czyli na stale. Stanowisko inne, ale za stawke nadal wieksza niz zarabia tutaj.
Zatem mimo wszystko gra warta swieczki.

Wiaze sie z tym jednak wiele zmian, znow szukanie mieszkania, zamkniecie wszystkich spraw tutaj, czyli spakowanie calego dobytku, porozkrecanie mebli - tu moze byc problem, bo zostaje w kwietniu tutaj sama - R. jedzie juz do pracy - no i trza sie bedzie znow zajac zamknieciem wszelkich licznikow, przeniesieniem internetu i telefonu.
Teraz z perspektywy czasu wydaje mi sie, ze to co zrobilam 2 lata temu wyjezdzajac z Polski i przewracajac do gory nogami cale moje zycie, to byla betka ... nie wiem bowiem jak sie zabrac za to co mnie czeka... chyba musze jakis plan nakreslic, najwazniejsze jednak to znalezc tam mieszkanie!
Bowiem przez ten miesiac probny R. bedzie zakwaterowany z robotnikami... co akurat uwazam, za nie najlepsze rozwiazanie, bowiem wg mnie lepiej zachowac dystans i nie wlazic w zadne blizsze koneksje z ludzmi, ktorymi ma sie zlecac robote i patrzec im na rece.
W sumie kiedy ja pracowalam to w koncu wypracowalam sobie taka metode, czyli niespoufalania sie z nikim, ot praca to praca, zadnych tam takich sympatii, bowiem zawsze znalazl sie ktos, kto wladowal w odpowiednim momencie przyslowiowy noz w plecy badz podlozyl wypasiona swinie!
Bardzo bym wiec chciala zeby ta sprawe z mieszkaniem udalo sie zalatwic jakos inaczej i jak najszybciej. No i zebysmy jak najszybciej znow byli razem... R. juz przezywa troche to nasze rozstanie, ze w sumie od czasu slubu nie zostawalismy bez siebie na dluzszy czas, a tutaj caly miesiac....ja tez oczywiscie to przezywam, ale co zrobic, czasem sie trzeba pomeczyc, dla dobra zwiazku. W tym czasie kazde z nas bedzie mialo mnostwo zajec, tylko, ze R. bedzie na nowym terenie sam, i sam bedzie musial przetrzec szlaki, przede wszystkim wdrozyc sie w prace. Nawet nie wiecie jak bardzo mu kibicuje, i wspieram, bo ciesze sie, ze jest przed nim taka szansa, w koncu nie bedzie jakims popychadlem... beda od niego wymagac wiecej i bedzie pod sporym obstrzalem przynajmniej na poczatku, ale w koncu moze przyszedl moment na to by zajac lepsze stanowisko w zyciu, poleciec o ten jeden stolek wyzej, cos osiagnac!!!

Dla siebie tez upatruje szansy na wyjscie z tego marazmu, licze na to, ze uda mi sie w koncu znalezc prace, skonczy sie ten czas siedzenia i zamykania sie w sobie. Prawde mowiac zaczelam zauwazac u siebie co raz gorsze nastawienie do zycia, z wielu powodow... nie chce mi sie w to teraz zaglebiac.
W kazdym razie moze przyjdzie ten moment, ze odetchne, a nawet wezme znow swiezego gorskiego powietrza w pluca.
Jak mantre powtarzam sobie "bedzie dobrze" w koncu skoro sie cos zaczelo to trzeba isc za ciosem...

No wlasnie na dodatek ta kolezanka z Alsace zadzwonila dzis do mnie i powiedziala, ze ma znajoma, ktora ma szkole nauki jazdy i zapytala ja czy wie cos o tym, ze tutejszy Urzad Pracy robi dofinansowania ludziom do kursu prawa jazdy... no i coz, okazuje sie, ze i owszem...
Zatem jak tylko zadomowie sie w nowym miejscu to szoruje do ANPE zeby sie ponownie zapisac w szeregi bezrobotnych, szlifuje francuski i skladam odpowiednie papiery o dofinansowanie mojego kursu prawa jazdy!! Daja cale 1500 euro!! Toz to koszt calego kursu!! Zatem to nie dofinansowanie, ale pokrycie kosztow ;)) No to co... nie ma co sie zastanawiac, trza sie brac z tym za bary... R. mam nadzieje bedzie mnie troche uczyl w wolnych chwilach, tylko jakby co to neospasmine mu podam, zeby sie nie darl na mnie ;P.... no bo nie wiem czy Wam juz mowilam, ze samochod "nowy" mamy...
...sliczna, czarnulke, ktora mnie wyszczupli.... Renault Megane... no to coz... marzenia sie chyba spelniaja :)))

A i tak troche z innej beczki... chyba Matka Polka zawita do nas na Swieta :))
Ludzie.... znowu przytyje!! :PP

i tak cichutko tylko powiem, ze wierze w Nas :)) Damy rade, bo najwazniejsze, ze jestesmy razem... My i nasza Kota ;))

...palec Bozy?... Mulhouse.

piątek, 5 marca 2010

zmiany

no nic na razie wiecej nie mowie, ale tytulowe zmiany szykuja sie i to w dosc ekspresowym tempie. Wwszystkie znaki na niebie i ziemi je wskazuja!!
Jak juz bede miec pewnosc, to na pewno je Wam oglosze, a jak na razie... weekenduje sie w koncu piatek jest :))

A co do mojego gadania po francusku i dogadania sie w klinice weterynaryjnej to bylo to tak:
Nasza Kota stala sie kobieta Kota!
Do skonczenia roku brakuja jej jeszcze 2 miesiace, i czas przyszedl na to by sie przepotwarzyla z kociego podlotka, w dorosla kocice... czyli mowiac inaczej ruja Kote dopadla, a przy okazji i nas samych!

Kota spedzila 5 nocy zamknieta w lazience. R. byl sklonny juz pozbyc sie jej z domu, bo do szalu doprowadzala swoimi wyciami i miaukami. Ja lalam lzy, bo Kota to moje szczescie i radosc przeogromna i pozbyc sie jej z domu nie dam.. serce by mi chyba peklo.
W kazdym razie po 5. nocy Koty w lazience, postanowilam isc do weterynarza wypytac coz ja mam poczac z tym zwierzem moim, przede wszystkim zalezalo mi na tym, zeby Futrzasta juz sie nie meczyla i co logiczne my rowniez!

Weszlam do kliniki, ktora jest oddalona od naszej chalupy raptem kilka minut drogi pokonywanej w obuwiu.
Za kontuarem recepcji stala mila pani, ktora akurat rozmawiala przez telefon, obok niej mloda okularnica - mysle, ze jakas praktykantka pana doktora oraz pan doktor we wlasnej osobie. Rozpoznalam go po ubranku typowym dla lekarza czyli niebieska bluza z dekoltem w serek i niebieskie gacie... jeszcze tylko trepow mu brakowalo i poczulabym sie prawie jak za dawnych czasow w robocie.
Mysle sobie, no to niezly sklad mi sie trafil jak na pierwszy raz, mojego gledzenia w takim temacie... ale poginam dalej i z wyuczonym juz usmiechem oraz melodia spiewam "Bonjour"... cierpliwie jednak czekam az pani skonczy rozmawiac przez telefon, bo pan doktor dorzuca co chwila slowa do sluchawki... o czym byla mowa nie wiem, nie skupilam sie na tym, bo skupiona bylam na tym, jak zaczac moja przemowe zeby bylo dobrze!
Mloda okularnica przygladala mi sie wnikliwie i az sie balam, ze mam jakiegos pypcia na twarzy, albo pioro we wlosach, na szczescie przejrzalam sie przez chwile w jakiejs szybce i zobaczylam, ze ze mna wszystko jest w jak najlepszym porzadku.

Pani w koncu skonczyla rozmawiac i milo na mnie spojrzala, mowiac "Oui?" No to skoro ona tak, to ja tak:
- Dzien dobry jeszcze raz (tu znow melodyjny usmiech - bez tego we Francji "bonjour" nie istnieje!) Na poczatke przepraszam, za moj francuski, bo moge mowic jeszcze niezbyt dobrze, ale ciagle sie ucze :)

Odpowiedzieli wszyscy usmiechem - wiec nie byli wrogo nastawienie do mnie! To wazne moglam wiec kontynuowac swoj wywod!

-Przyszlam po pomoc, poniewaz mam problem..

Tu zawiesilam glos jak dobry aktor, wszyscy spojrzeli na mnie wyczekujaco, pewnie sobie pomysleli, ze to nie ta klinika skoro potrzebuje pomocy, oni sa od zwierzat a nie od ludzi... coz obcokrajowiec moze pomylic weterynarza z ludzkim lekarzem... wiadomo uczy sie ciagle czlowiek... Doktor sie usmiechnal szeroko bo pewnie tez sobie tak pomyslal, przez co szybko dodalam:

- mam problem z moim kotem, a raczej z moja kotka, ktora miauczy, bo poczula wiosne i namietnie chce kota, by sie z nim kochac! (po francusku ten tekst o kochaniu brzmi o wiele ladniej!:)) Jest mloda, ma 10 miesiecy, caly czas jest z nami w domu i nie wypuszczam jej na dwor. Nie chce zeby zaszla w ciaze, bo nie chce miec problemu pod postacia kotow, ktore pozniej bede musiala komus wydac. No i chce zeby naprawde zostala z nami w domu.
Potrzebuje rozwiazania dla niej, zeby juz sie nie meczyla, i my rowniez - bo teraz jest naprawde ciezko z nia zyc pod jednym dachem!

Uffff skonczylam wywod - co niesamowite wszyscy mnie zrozumieli, bo zaraz mila pani powiedziala co i jak, ze zadnych uspokajaczy nie ma, mozna przepisac tabletki antykoncepcyjne i podawac jej 1 tabletke 1 raz w tygodniu. Tabletki te zlikwiduja okres rui, jednak nie poleca ich sie gdyz - tu wlaczyl sie do rozmowy pan doktor i dokonczyl zdanie - przy dluzszym stosowaniu tych lekow u kotek czesto zdarzaja sie ropomacicza , ponadto leki te sa kancerogenne. Kolejny sposob to szczepionka podawana raz na pol roku rowniez hormonalna, znow nie jest jej zwolennikiem z takich samych przyczyn jak tabletki... zostaje sterylizacja, ktora zaleca sie dokonac wlasnie po pierwszej rui.
W sumie na to rozwiazanie to bylam zdecydowana od poczatku. Jednak nie wiedzialam ile to kosztuje. Teraz juz wszystko wiem!
Koszt zabiegu to 97 euro!! W sumie nie wiem dlaczego nie cale 100, widac to 3 euro reszty to taka nagroda dla wlasciciela pacjenta, ze jednak sie zdecydowal...
W tej cenie jest rtg klatki piersiowej mojej koty, analiza krwi i szwy rozpuszczalne. Zabiegi robione sa we wtorki i czwartki, po wczesniejszym umowieniu sie przez telefon.
Kote musialabym dotransportowac o 8:30 rano do kliniki, a okolo godziny 18tej odbieram juz Futrzasta wybudzona i mam nadzieje, ze w dobrej formie pozabiegowej!

Pisze o tym wszystkim dzis, bo wlasnie wieczorem nastapi podanie 2. tabletki anty. Na zabieg kasy nie mam, tzn zbieram.... brakuje mi jeszcze 80 euro, mam jednak nadzieje, ze w kwietniu bedzie juz po wszystkim... no bo do kwietnia tylko mam czas, pozniej mi jakos nie pasuje...

Ale o tym dlaczego akurat taki miesiac wchodzi w gre, bedzie, ale troche pozniej...

A teraz filmik tylko dla ludzi o silnych nerwach :P

poniedziałek, 1 marca 2010

Knajpowe spostrzezenia

W sobote poszlismy opijac nasz nowy nabytek.

Jest nim czarny, wyszczuplajacy Renault megane, zwany przeze mnie Meganka - czyli jednak marzenia sie spelniaja :)) Rocznikowo jest to nastolatka, wchodzaca w wiek buntu miejmy jednak nadzieje, ze nie bedzie nam dopiekac, i z radoscia spedzi ona pod naszymi tylkami jeszcze sporo czasu!
Brakuje jej jeszcze do perfekcyjnego wygladu kolpakow srebrzystych, ale to wiadomo detal jest, moze nawet w tym tygodniu podejde do sklepu zeby je kupic, a moze zamowic, bo za cholere w takich rzeczach to ja zupelnie nie orientuje.
Jak dla mnie jest bajerka i ma sterowanie radyjkiem juz w kierownicy... ech no ale ja nie o tym...

W kazdym razie jezdzic juz czym mamy i R. w koncu moze sam dysponowac czasem pracy, i wychodzic punkt 17ta do domu, a nie tak jak ostatnio... zdarzalo sie, ze przyjezdzal po 18tej... bo tak go przywozili, oczywiscie nikt mu za te nadgodziny nie placil, a kiedy przyszedl raz pozniej na poranne miejsce, w ktorym czekal na J. bo zabieral go stamtad do pracy, to uslyszal, ze to J. jest szefem i moze sie spozniac... na co moj R. powiedzial, ze jak zostaje za darmo w pracy po godzinach to jest ok, i nikt tego nie widzi, ale w druga strone to jak widac juz szef widzi wszystko...
Przestalam szanowac J i A... ale o tym to kiedy indziej...

Zatem w sobotni wieczor trafilismy do knajpy naszych znajomych... ja przy winie, R. przy piwie...siedzimy, gledzimy, przegladamy gazety... przychodza rozni ludzie, wiekszosc ich juz znam - z widzenia i knajpowego bajdurzenia rzecz jasna - R. zna ich dluzej, ale to nie oznacza, ze lepiej. Zazwyczaj gramy we fleszetki czyli strzalki, albo w kosci - popularne tutaj 4 2 1. Nie wszystkich tutejszych gosci lubie, przyczyn jest wiele, jedna z nich jest naduzywanie, ale przymykam troche na to oko, bo w koncu siedze w knajpie wiec nie moge wymagac od ludzi trzezwosci. Poza tym mieszkam we Francji i znalezienie tutaj kogos, kto nie wypije szklanki czegokolwiek z % w ciagu dnia graniczy z cudem. Przynajmniej na mojej prowincji. W wiekszych miastach byc moze jest inaczej, ja jednak mowie o swiecie widzianym moimi oczami, o swiecie, w ktorym przyszlo mi zyc... Oj chcialoby sie czasem uciec od tego otumanionego tlumu, albo przynajmniej zrobic posrod niego selekcje. Ty z ta nienaturalna przerwa pomiedzy gorna 1 i 3 na lewo, pan w czapeczce na prawo, a ten gruby pan niech stoi gdzie usiadl, w koncu nikt tej masy nie da rady ruszyc... malolaty do domu!
Nie da sie jednak zrobic takiej selekcji i przegrupowania, przez co, wychodze z tych knajp szybciej niz czasem mysle, ze to zrobie. Od razu mowie, ze nie zawsze tak sie dzieje, bo i czasem atmosfera jest swietna i zabawa pelna para, tance sie odbywaja, i pogadac normalnie tez mozna.

Ostatnio jednak wyszlam wlasnie wczesniej, ale nie bylo to spowodowane tym, ze chcialam obejrzec zloty bieg Kowalczyk, przynajmniej jego finisz, tylko tym, ze nudzilam sie wsrod tej dziwnej masy, dziwnych ludzi... Towarzystwo R. bylo ok, ale w sumie jak ja juz sie nie bawie i nie czuje na silach robic teatru z soba w roli glownej, to wychodze... lepiej walnac sie do wyra i wyspac niz siedziec i pieprzyc trzy po trzy z kims, kto nawet nie wie o czym mowie ja i on.

I jednego takiego mlodego czlowieka wlasnie mialam watpliwa przyjemnosc poznac... poznac to za duze slowo, bo nawet imienia tego delikwenta nie pamietam, widac wazna informacja to nie byla.
Uznawal sie za Francuza przez drukowane i wielkie "F", a na ta litere to najbardziej pasowalo do niego "Fermier" czyli Farmer!

Usadowil sie przy moim boku i dawaj w gadki uderzac... kiedy mowilam do niego ja, badz R. powtrzal "mowcie po francusku, bo ja nic nie rozumiem"... no to od slowa do slowa podnosil chlopiec cisnienie, i gotowal atmosfere. Co dziwne kiedy powiedzialam mu po francusku, ze jest trudny z niego czlowiek to zrozumial bez problemu, wiec pociagnelismy watek, co by pograzyc tego Francuskiego fermiera.... i poszlo w ruch to, ze "widac brak mu mozgu skoro nie rozumie, bo inni rozumieja wszystko co do nich mowimy", a i nawet pewien nasz znajomy Pascal odparl, ze widac, chlopak edukacji nalezytej nie otrzymal i nie rozumie co sie do niego mowi.
Nastepnie dlugo mu tlumaczyl, ze nie jestesmy obywatelami tego kraju ale mowimy tym jezykiem,i to mowimy dobrze, a on niech probuje wysilic mozg jak czegos nie rozumie i pomysli troche, albo zapyta, a poza tym szacunek sie ludziom nalezy... na co ja przytaknelam i podziekowalam Pascalowi, za dobra mowe obrony, stwierdzajac, ze nie tylko ten szacunek nalezy sie nam ale i wszystkim innym ludziom. Monsieur Fermier niestety okazal sie oporny na ta wiedze... przeprosil nas podajac reke, ale za chwile dodal, ze on nie wie o co to cale halo! Pascal tylko wzruszyl ramionami i powiedzial "jest mi przykro", a my dodalismy "przeciez to nie Twoja wina" w koncu w kazdym kraju znajdzie sie taki, co robi z siebie w weekend alfe i omege, a w tygodniu rozrzuca merde na polu, celem uzyznienia gleby... i na dodatek nie wie, ze przed wyjsciem do ludzi wypadalo by sie umyc choc pod pachami, a jak pot zalewa mu ow newralgiczny punkt ciala to i w dobry antyperspirant trza zainwestowac. Kto ma mu o tym jednak powiedziec, chyba tylko francuskie krowy, ktore podejrzewam o to, ze odwracaja glowy w druga srone kiedy widza go w swoich wlosciach... Na wdechu dlugo sie pozyc nie da... krowa bowiem musi przezuc trawe, a czlowiek napic sie lyk piwa!

Na zdrowie!!

P.S.
a ja juz nawet u weterynarza sie dogadam :P ale o tym next time :)))