sobota, 30 maja 2015

Do zobaczenia / Au revoir

Kilka dni zbieralam sie do tego zeby napisac kilka slow, o tym co sie wydarzylo w tym tygodniu.
Nie potrafilam wczesniej, za duzo zalu we mnie bylo, smutku przerazliwego...

Smierc przyszla, znienacka, zaczaila sie i zabrala blogowego Przyjaciela.
Wiadomosc ta, byla tak szokujaca, ze pomimo tego, ze nie jestem rodzina Casy, to czulam sie z nim zzyta przez niwidzialna nic internetu...serce mi peklo kiedy zobaczylam na FB wpis jego syna o tym, ze Maciek odszedl....
Plakalam przez caly dzien, nie mogac sie skupic na niczym...

Internet polaczyl mnie z R, oraz jeszcze z wieloma osobami, ktore poznalam dzieki czatom, portalom, i blogom...
To sa wirtualni przyjaciele, ale z krwi i kosci, i wlasnie dzis zrozumialam jakze oczywista rzecz: oni tez umieraja..

Zycie to nie jest jakas popieprzona gra gdzie mamy 7 zyc niczym koty czy inni kosmiczni wojownicy. Za kazdym komputerem jest zywy czlowiek, ma nerki, pluca, i serce.... serce, ktore z czasem przestaje bic.. ale do tego czasu zyje swoje zycie...ot tak, smaruje rano kanapke maslem i pije herbate, wieczorem zjada paczke czipsow, choc wie, ze od nich sie tyje, popija piwem, ale przeciez piwo dobrze wplywa na nerki... Wsiada na rower i choc bola kolana, to jedzie dalej... bo zycie tez jedzie dalej, nie staje w miejscu... chyba, ze Ktos decyduje za nas... na to, juz nie mamy zadnego wplywu...

W nocy, snilo mi sie, ze blog Casanovy http://xxxcasanovaxxx.blog.onet.pl/ zostal kompletnie wyczyszczony z tresci, bylo tylko czarne tlo... obudzilam sie i powiedzialam do siebie - "O nie, przeciez dzieki temu blogowi Maciek tam dalej jest... to nie moze byc prawda!!!!" - z rana od razu poszlam do komputera i weszlam na jego blog... na szczescie to byl tylko zly sen, bo blog nadal tam jest...
Macka juz nie ma z nami, fizycznie, ale jest dalej w tym co pisal....
Blog wisi w sieci i mam nadzieje, ze tak pozostanie.
Zostanie tez w moim pasku blogow ulubionych, nie moge usunac Przyjaciela, choc wiem, ze juz nigdy przeciez nie napisze nowego postu...

Maciek, Cananova, Przyjaciel... to dzieki niemu zaczelam pisac bloga... pierwszego bloga na Onecie, ktorego juz nie ma, bo przenioslam sie tu, onetowy blog usunelam... troche zaluje...
Zaczelam pisac swojego bloga, bo zaczelam komentowac jego, dosc zaczepnie, droczylismy sie czesto, ale bez agresji, ot wymiana pilek, jak w tenisie... A potem nagle zrozumielismy, ze jestesmy do siebie podobni, i samotni... Tak, to dlatego powstaja blogi, z samotnosci... z niemoznosci podzielenia sie z innymi swoimi myslami, no i nie ma co ukrywac, czasem po prostu pewne rzeczy jest zdecydowanie latwiej napisac, niz powiedziec...
Teraz ja juz nie jestem samotna, bo odnalazlam sama siebie, i czuje sie ze soba dobrze nawet kiedy jestem sama, robie tez w zyciu rzeczy, ktore kocham, w zyciu prywatnym tez jestem szczesliwa... Dlatego i na blogu tresc juz nie ta sama co kiedys, blog ewoluuje... bo ja sie zmieniam.... Nie czuje w sobie juz tej przerazliwej pustki...

Maciek, tez sie zmienial... uczestniczylismy w jego zyciu, komentowalismy je, smialismy sie wspolnie... Lubilam przysiasc u Casy z kawa... tak po prostu jak sie to robi gdy odwiedzamy przyjaciol, wpadamy na kawe i ciastko, pogadac....

Casa, to jest fajny facet ....byl, i on sam nawet chyba nie wie, jak bardzo mi kiedys pomogl, kilkoma mailami, slowami... wymienialismy sie tez przepisami... to nawet dosc szumne slowo, bo Maciek nie umial gotowac, a ja kiedy zamieszkalam z R tez niestety bylam w tej materii zielona jak koperek na wiosne... przepisy w stylu "wez garnek, zagotuj wode i wrzuc makaron, dodaj troche soli, ale uwazaj, bo sol jest niezdrowa, wiec moze nie sol, tylko ugotuj, ale uwazaj, bo makaron sie rozgotowuje, mnie sie kiedys rozgotowal. Powiem Ci, ze ciezko potem wymieszac taki makaron z sosem ze sloika."
Tak... taki byl Casa, i taki wlasnie pozostanie w mojej pamieci...Zwykly facet, z niezwykla osobowoscia...ironiczny, zabawny, i z dystansem .... bedzie mi go cholernie brakowac.....

Zegnaj Casa nasz Przyjacielu, kiedys sie zobaczymy... no bo ilez mozna rozmawiac tylko w sieci :)
Caluje na nowa droge Twojego zycia...a moze teraz wpadniesz w koncu do mnie... sam mowiles, ze fajny ten moj balkon... wiesz to miejsce na wiklinowej walizce jest dla Ciebie... pamietaj!

Pamieci Przyjaciela .... nie tylko mojego...

                                                                              M.

czwartek, 28 maja 2015

Skrzynka na nic / Le cageot pour rien

W lutym wpadla mi w rece taka zwykla skrzyneczka, w sumie byla do wyrzucenia... ale stwierdzilam, ze ja wezme moze sie na cos przyda.
Skrzyneczke umylam i zostawilam do wyschniecia.

Sporo czasu minelo zanim cos z nia zrobilam, bylam w PL, potem jakos czasu nie mialam... Dlugo zastanawialam sie na co moge ja wykorzystac, ostatecznie stwierdzilam, ze moge zrobic z niej fajny kwietnik, na wiosenne kwiaty, i ze na Wielkanoc bedzie idealna...
Wyszlo jednak inaczej, jako, ze kupilam spory wiechec zonkili, to calkiem przeszla mi ochota na robienie kwietnika...

Skrzyneczke wiec przemalowalam na bialo, ale nadal nie mialam konceptu co z nia zrobic...


az do momentu kiedy zaczal powstawac Paryski Pokoj i Biurko na chmurce... jesli ktos nie widzial, zapraszam do klikniecia i obejrzenia efektow pracy :)



Teraz skrzyneczka jest fajnym stolikiem nocnym i mysle, ze dobrze spelni te role :) O tym przekonam sie w licpu kiedy przyjedzie do nas na wakacje moj przyjaciel, i bedzie wlasnie rezydowal w tym pokoju :)



Ot prosto, zwyczajnie, ale funkcjonalnie... czyli tak jak lubie :)

Pozdrowienia ze znow letniej tej wiosny Alzacji :) 

Bisous :*

wtorek, 26 maja 2015

Moja Mama / Ma Maman

Dlugo sie zastanawialam czy i jak pisac w takim dniu o mojej Mamie.

Nie umiem chyba wyrazac tego wszystkiego slowami. Mysle, ze coraz trudniej mi o niej pisac ze wzgledu tez na to, ze staje sie coraz starsza, i okazuje sie, ze potrzebuje nas, dzieci bardziej niz kiedykolwiek wczesniej.

Sama nie jestem matka, ale wiem, jaka wielka robote wykonala moja Mama, choc nie byla Matka idealna. Z perspektywy czasu wiem dlaczego byla taka a nie inna, w koncu ona tez kiedys byla dzieckiem, ona tez miala swoich rodzicow. Zycie jej nie rozpieszczalo, i w tamtych czasach nie umiano sobie radzic z emocjami, uczuciami, ot trzeba bylo przejsc nad pewnymi sprawami do porzadku dziennego i zyc dalej...

W sumie we wczesnym dziecinstwie wolalam Tate, bo Tata luzak byl, i przytulal znacznie czesciej niz Mama, zapomnial mnie kilka razy odebrac z przedszkola, ale to bylo nic .... choc pamietam ten strach, ze mnie zostawili... Uwielbialam kiedy to tata szykowal mnie do szkoly, czesal  warkocze tak, ze nie bolalo nic a nic, spiewalismy razem piosenki, ktore lecialy w radio, smialismy sie. Tata lubil kupowac mi lody, i czesto sie usmiechal, odbieral ze szkoly, zawozil do niej, uczyl nawet jezdzic maluchem kiedy mialam jakies 6 lat ;) pamietam ze kiedy odbieral mnie ze szkoly zawsze zajezdzalismy do cukierni i kupowal mase paczkow obsypanych cukrem pudrem i mowil smiejac sie "tylko nie mow mamie ile zjedlismy" tak mielismy takie male sekrety ;) Niepedagogiczne to bylo, ale wspominam to ciagle z usmiechem na ustach... w sumie ciagle pamietam jak trzymal mnie za reke na pochodzie pierwszo majowym, jak szlismy na spacet do parku i pilismy cole...
Takie to byly czasy, gdzie dobrze bylo byc coreczka tatusia, z perspektywy czasu widze, ze bardzo to pomoglo mi w doroslym juz zyciu, w relacjach damsko meskich... po prostu mialam poczucie wlasnej wartosci. Mama nie umiala go we mnie i w moim bracie zbudowac, duzo wymagala, zawsze powtarzala "mozesz byc jeszcze lepszy"...
Wiem tez, ze zachowanie Mamy wobec nas bylo spowodowane tym, ze starala sie zapanowac nad tym co sie dzieje w domu, i nad niefrasobliwoscia ojca, ale wowczas tego nie rozumialam...

Mama byla takim troche zandarmem, z wiecznie zacisnietymi ustami, ale na cale szczescie miala takie chwile kiedy bawila sie ze mna do upadlego szyjac ubranka dla lalek, czy czytajac ksiazki, tanczac, czy urzadzajac domek dla lalek. Opiekowala sie nami gdy chorowalismy i tak naprawde zaczela zmieniac sie i okazywac swoje uczucia dopiero kiedy ona sama rozstala sie z ojcem...
Mialam juz wtedy 14 lat.

Chyba wtedy tak naprawde zobaczylam, co to znaczy miec kochajaca Mame...
Jak widac, kazdy z nas potrzebuje pewnych doswiadczen zyciowych by sie zmienic... czasem szokujacych...
Ja sama potrzebowalam wiele czasu tez na to, by przestac byc od niej uzalezniona emocjonalnie.
W sumie pomoglo mi to, ze jak to sie zwyklo mawiac bylam krnabrnym dzieckiem, stwarzalam problemy,  nie sluchalam zakazow i zawsze musialam sama sprawdzic czy aby na pewno dany zakaz jest wiarygodny. Bylam dzieckiem dla ktorego powiedzenie "na zlosc babci odmroze sobie uszy" bylo jego mottem... gdy wiedzialam, ze spotka mnie kara, to nie robilo to na mnie za wielkiego wrazenia... mysle, ze super niania mialaby co ze mna robic :)

Gdy doroslam, nadal mialam wrazenie, ze jestem dzieckiem... pomimo pierwszego malzenstwa, nadal bylam dzieckiem. Majac 25 lat nadal nim bylam... Dopiero kiedy rozwiodlam sie z pierwszym mezem, i zaczelam szukac dla siebie pomocy, zaczelam stawac sie dorosla kobieta, zajelo mi to jakies 2 lata, ale udalo sie! Pomogla mi terapia.

Dzis jestem dorosla i dojrzala kobieta.... a dzieki Mamie potrafie zrobic pierogi, i w ogole cos z niczego... potrafie tez jasno postawic sprawe, i czasem na swoim, aczkolwiek robie to bardziej finezyjnie niz robila to Ona :)

Kocham moja Mame...choc na dzien dzisiejszy, ona sama wydaje sie byc tym bezbronnym dzieckiem, ktorym my bylismy kiedys.... i ciezko mi sie odniesc do niej jak do matki... czuje, ze oddala sie w niej ta mama, ktora zawsze w niej widzialam, a zaczynam widziec ja jak starsza osobe, i bardzo ciezko zaakceptowac mi ten stan. Coraz czesciej widze w niej juz starsza schorowana kobiete, ktora kompletnie pogubila sie w swoim zyciu...
Ale nadal bardzo ja kocham... tak jak ona kocha nas!


Bonne Fête des Mères!

sobota, 23 maja 2015

Jak urzadzic malenki balkon... / Comment aménager un petit balcon....

Od jakis dwoch tygodni chodzila za mna mysl, by w koncu wziac sie za nasz balkon.

Od 5 lat, czyli tyle lat ile tu mieszkamy nigdy z niego nie skorzystalismy...wroc, ja korzystalam, bo suszylam na nim pranie.. bardzo mi to odpowiadalo :) jednak...
miec balkon i wykorzystywac go tylko do suszenia prania latem, i trzymania garnkow zima (bo mam za mala lodowke na gary) badz przechowywania choinki gdy ja za wczesnie kupimy... no nie pasowalo mi to...

Przez te 5 lat, zawsze odkladalam aranzacje tego balkoniku na kolejny rok... w tym roku pewnie tez by tak bylo, gdyby nie moja kolezanka, ktora przyslala mi torebke nasion Maciejki, ktora kocham!
Poza tym ogladalam zdjecia balkonow i tarasow moich emigracyjnych kolezanek i tez zapragnelam go miec!

Jednak z braku wiekszych funduszy, ba w sumie przy ich calkowitym braku postanowilam jednak cos wymyslec, by moc tez cieszyc oczy czy zwyczajnie wypic tam kawe badz wieczorem kieliszek chlodnego winka.... Wykorzystalam zaskorniaka, ktorego mialam pod postacia 20 euros, i 25euros, ktore R mi oddal (pozyczalam mu swego czasu na fajki, tak tak, R to palacz, a bedac na zakupach w DE zawsze mu kupuje kilka paczek, bo tam jest taniej :P i wlasnie oddal mi te pieniadze. Jest miedzy nami zasada, ze ja do jego nalogu sie nie dokladam, jak chce palic, to sam musi na to zarobic. Zasada jest dobra, bardzo dobra, w koncu dzieki temu mam doniczki i roslinki na balkonie :P Cala reszta byla juz w moim domu, nic mnie wiec nie kosztowala, tylko wymagala malych przerobek...

Jak pomyslalam tak zrobilam, choc od tych 2 tygodni, to chyba dopiero przedwczoraj moj balkonik zaczal wygladac tak jak chcialam... tu jest wlasnie problem, bo w akcie takiego tworzenia "czegos z niczego" nigdy nie wiem jak powinno to wygladac, ot wychodzi w trakcie aranzacji.
Teraz to juz tylko kwiaty musza zrobic reszte roboty... choc ja nie wiem czy sie opre przed zakupem jakiejs kolejnej roslinki... pomimo tego, ze maciejka wzrasta :) bo moj balkonik chyba wiecej kwiatow juz nie pomiesci...choc "nigdy nie mow nigdy" , pozyjemy zobaczymy...

Wymiary balkonu oraz jego polozenie, nie sa zbyt atrakcyjne... poludniowy - zachod, czyli slonce pojawia sie tu w okolicach godziny 15h az do zachodu slonca.
Wymiary to: 180cm dlugosci i 60cm szerokosci (kazdy z bokow). Jest wiec tez waski.
Ale ma piekna balustrade, pomimo farby, ktora zaczyna z niego odchodzic. Malowanie jednak nie wchodzi w gre, bo nie jestem wlascicielem budynku. Ale wcale mi to nie przeszkadza, bo dzieki temu jest taki troche shabby ;)

Mieszkam przy ruchliwej ulicy, gdzie ruch znacznie sie zmniejsza wieczorem, badz prawie zamiera w dni wolne od pracy... Poza tym tuz po drugiej stronie znajduje sie stacja benzynowa i myjnia, co z punktu widzenia posiadacza samochodu jest calkiem fajne, ale z punktu widzenia balkonu juz znacznie mniej ;)

Zalezalo mi wiec bardzo na tym, by sie troche odslonic od tego, na co nie lubie za bardzo patrzec, ale nie odslonic sie calkiem, by zachowac piekna balustrade, ktora tak bardzo kojarzy mi sie z paryskimi balkonikami.

Balkon z lewej strony, na wprost, i z prawej strony.
Prawa strona najbrzydsza! Po lewej jest piekny iglak, i kasztanowiec, miejsce spotkan ptakow z dzielnicy ;)
A na wprost... gdy tylko podniesc glowe troche wyzej to widac gory, zielen drzew, tylko trzeba patrzec w horyzont :D

Wiedzialam jednak jedno, ze nie chce stworzyc tutaj atmosfery paryskiego balkonu, czyli z pieknie uksztaltowanym bukszpanem, czy jakimis drzewkami, niczym w ogrodow Wersalu... bo po prostu mieszkam w Alzacaji! Wiedzialam tez, ze jesli wstawie tu stolik i 2 krzeselka, to praktycznie na wiecej miejsca nie bedzie. Poza tym wystapil problem bo jako, ze 2 krzeselka juz w sumie mialam dzieki Kasi z Retro Blue, to stolika nie... nawet zaczelam go juz szukac na stronie z uzywanymi meblami, ale nie znalazlam niczego, a jak znalazlam to za chwile tego nie bylo..
Sprobowalam wystawic jedno z moich krzesel na balkon zeby zobaczyc jak to bedzie wygladalo, i wcale mi sie nie spodobalo! Balustradka tego balkonu jest niska i krzeslo kompletnie zabiera jej urok... stwarzalo wrazenie balaganu... moze gdyby nie bylo tych esow floresow  a zwykla prosta balustrada to by sie to lepiej komponowalo, jednak w takim przypadku po prostu nie przypadlo mi to do gustu. 

Chodzilo mi tez o to, zeby zakryc jednak boki balkonu, bo moja Kota tak wlasnie nawiala z domu. 
Pewnego razu... przeczolgala sie pod balustrada po prawej stronie i po gzymsie polazla do sasiadow, a potem jeszcze dalej, i naprawde ciezko bylo ja sprowadzic ta sama droga do domu. Na szczescie sie udalo. W sumie to tez byl jeden z powodow dla ktorego balkon "lezal odlogiem".
Teraz wprawdzie balkon jest tak zabezpieczony z tych dwoch stron, ze zwierze zrezygnowalo z tej drogi ucieczki, ale teraz wykombinowala sobie inny sposob...ale o tym troche pozniej :)

Kupilam najzwyklejsze kwiaty. Lobelie, tzw "Zloty deszcz" i Komarzyce.
Wszystkie te kwiaty maja tendencje do zwieszania sie i o to wlasnie mi chodzilo.
Czekam az sie rozrosna :)

Na boki wiec powedrowaly, rolety lniano-bawelniane, ktore dostalam od mojej przyjaciolki z Pas de Calais... u niej sie nie sprawdzily, a ja nie wiedzialam gdzie moglabym je powiesic...tu odnalazly sie idealnei pieknie wygladaja! 

Lewa strona balkonu. Po tej stronie rosnie komarzyca i "zloty deszcz"
Po prawej stronie natomiast zawisl groszek pachnacy, i lawenda.
Do groszku wskakuje Kota, robi to wskakujac na kosz, ktory stoi tam teraz w rogu... dzis z rana wlasnie ja zdjelam z doniczki z groszkiem, planowala kolejny krok...czyli jak skoczyc na gzymsik...
Chwilowo ma kare, balkon zamkniety, i bedzie mogla na niego wyjsc tylko pod pewnymi warunkami...


Znalazlam tez fantastyczny sposob na to by doniczki nie opadaly, i by podczas podlewania roslin woda nie wylewala sie z podstawek... 
Tak, kraj w ktorym mieszkam zobowiazuje :D 
Dobrze, ze zbieram wszystkie korki z wypitych win, to mialam material do wykorzystania :P


Balkonik zaczal wiec zmieniac swoje oblicze.... i jest teraz wg mnie miejscem, w ktorym mozna odpoczac, a nawet napic sie z kolezanka kawy, poczytac ulubiona ksiazke czy gazete, wypic wieczorne apéro badz zrobic wlasnie ten wpis na wlasnego bloga :)

 ...zreszta ocencie sami...



Stoliczek jest zrobiony ze starej szuflady, ktora przemalowalam na bialo.
Wiklinowa walizka przyjechala ze mna z PL, moj prezent na 15 urodziny, wiec to juz ponad 20letnia panna jest, jednak bardzo solidnie wykonana, i wygodna do siedzenia!
























Mam wiec ja, moj malenki balkonik troszke paryski, ale jakze alzacki :)

No to "à la votre" Moi Drodzy, poludniowe apéro czeka... i caly dlugi weekend... juz ostatni w tym miesiacu... 

Bonne journée!!
A bientôt!

czwartek, 21 maja 2015

Kalejdoskop

Jestem jak na hustawce raz popadam w euforie, a raz w dol gleboki niczym Row Marjanski. Caly wachlerz emocji i uczuc mna rzadzi. Wczoraj poplakiwalam cicho w kacie i ocierajac lzy marzylam o tym, zeby w koncu nastal zwyczajny czas, bez ciaglego zastanawiania sie co to bedzie i jak to bedzie.
Cale szczescie, ze potrafie sobie wiele rzeczy wytlumaczyc, i jestem z sama soba w dobrym kontakcie bo inaczej marnie bym skonczyla.

Lubie wiedziec skad pewne emocje i zachowania przychodza, rozkladam je wtedy na czesci pierwsze i zazwyczaj udaje mi sie ich pozbyc szybko. Jednak nad skutkami myslenia trzeba tez popracowac i dzis wlasnie jest taki dzien. Recykling.

Wczoraj bylo zimno i paskudnie, z tego wszystkiego nagotowalam gar kapusniaku. Naprawde gar, bo zupy zostalo mi jeszcze na dzis, a biorac pod uwage fakt ile zjada R. to ilosc zupy byla naprawde imponujaca... i w sumie na dobre wyszlo, bo dzis mam wolne od gotowania...jeszcze tylko zmywanie na mnie czeka..ale jest dopiero 10h rano wiec jakos to ogarne....Tak, nie mam zmywarki i tez nad tym ubolewam, ale coz... w kuchni nie mam jej po prostu gdzie wstawic, o funduszach nie wspominam, bo ich tez nie posiadam chwilowo, ale w sumie brak tego kuchennego sprzetu bardziej wynika z rozkladu kuchni. Mebel pod zlewem jest jaki jest i gdybym chciala wstawic pod niego zmywarke to musialabym go rozmontowac calkowicie badz wywalic dol szafki, a to laczy sie i tak czy tak z rozpierducha mebla. Mieszkanie jest wynajmowane, a meble w kuchni nie sa nasze, wiec sprawa jest oczywista. Myslalam nad zmywarka malutka taka na 6 nakryc, ale to wg mnie nie jest rozwiazanie na nasza duetowa rodzine mimo wszystko... wielki gar po kapusniaku i tak by trzeba bylo myc recznie, bo nawet kolanem w takiej zmywarce bym go nie upchnela!
No to mysle jeszcze... moze bede miec jakies objawienie...

Jestem z siebie cholernie dumna bo od dluzszego czasu wstaje po 7h przed 8h rano i juz kolo 10h jestem  w miare wyjsciowa. Opracowalam sobie taki plan, ze jak tylko postawie pierwsze kroki w lazience to od razu biore prysznic, bowiem jesli tylko wyjde z niej, to prysznic przy dobrych wiatrach wezme kolo poludnia, a to rowna sie temu, ze marnotrawie po prostu mnostwo czasu, ktory moglabym wykorzystac na cos innego, chocby na malowanie paznokci badz malowanie czegokolwiek innego :P 

Stalam sie bardziej uporzadkowana i planuje czynnosci, nie zawsze je realizuje, ale jednak staram sie trzymac planu.
Dzis jest czwartek i w planie mam robotki reczne na balkonik - no wlasnie, bo o tym powinien powstac post glowny, ale chyba zostawie to na jutro - ktory cieszy moje oczy, ale jeszcze czegos mi na nim brakuje :) I inne prace domowe, ktore sa niezbedna czynnoscia, bo przy R nie potrzeba mi tuzina dzieciakow...kanapa rozwalona, poduszki zgniecione, na podlodze jakies paprochy, ktore materializuja sie przy nim blyskawicznie, kruszyny bo przeciez w nocy trzeba cos przekasic, ogryzek juz przysuszony bo po przekasce jablko dobrze mu robi, a i kubek po porannej kawie, ktory stara sie po sobie wynosic, ale nie zawsze o tym pamieta... ja wiem, ja nie mam co utyskiwac, bo i tak bez dzieci dom to i latwiej zapanowac nad porzadkiem, wiem.. ale jak sobie czasem pomysle jak mi dobrze jest kiedy R pracuje gdzies poza domem, a wowczas ja moge cieszyc oczy blyszczaca tafla lustra nieskalana ani jedna kropla wody, i bialym dywanikiem bez ani jednego paproszka...No ale w zyciu nie mozna miec wszystkiego, wiec i R zony niemiauczacej miec nie moze! :D 

Koncze te moje wypociny i lece do sterty naczyn...moze jakies ciasto upieke, wczoraj marchewke utarlam, wiec wybor przepisu bedzie chyba oczywisty ...

Po kazdej burzy wychodzi slonce... tego sie bede trzymac! 

P.S.
nadal czekam na cud....
Autor: Tamara Lempicka  



środa, 20 maja 2015

Czekanie na cud

Znow dopadl mnie spadek formy psychicznej.
Nie wytrzymuje juz sama ze soba, sama nie wiem czego chce, a jak juz znowu wiem czego chce, to mnie jako optymistke z wyboru i z uwielbienia dopadaja czarne mysli o bezsensie i beznadziejnosci.

Wszystko przez problemy, ktore mialy sie skonczyc, a one sa nadal... nie chce sie uzewnetrzniac, ale wiem jedno jesli R nie dostanie tej zaleglej kasy, to znow popadnie w stan juz prawie dyndania na sznurze, a ja jak na razie ciagle go podtrzymuje, zeby sie ta petla nie zacisnela na jego szyi - zmeczona juz jestem, bo mnie nikt nie trzyma, sama musze sie trzymac, ta resztka sil...

Jesli tych pieniedzy nie dostanie, to podroz do PL wezmie w leb, a ja naprawde nie wiem jak to wytlumacze przyjaciolce, ktora kilka tygodni temu sama chciala zrezygnowac z wyjazdu, bo jej pierworodny nawywijal, ze az strach i glowa mala i nie miala funduszy na to.

A teraz my...

Do wyjazdu zostaly 2 tygodnie...

A my jestesmy w finansowej czarnej dupie... R kase zarobil, a nadal jej nie ma... kilka tysiecy euro...
Pisze to tylko po to zeby sobie ulzyc, i po cichu licze na cud...
one sie czasem zdarzaja, moze i nam sie w koncu to przytrafi... zeby moj chlop w koncu uwierzyl, w to, ze cos mu sie w zyciu udaje!

Ja ciagle wierze i nigdy nie zwatplilam i w R. i w cuda!




wtorek, 19 maja 2015

Detal

Tak, detal moze naprawde w sekunde zmienic wnetrze!

Od dluzszego casu szukalam lustra nad moj bialy mebelek w salonie... i w sumie KTOS znalazl je za mnie, dla mnie :D
Dziekuje Kasi za to z calego serca!!

Od razu oczywiscie postanowilam lustro zamontowac, i choc przez chwile wydawalo mi sie, ze bede potrzebowac pomocy R, to sama bez problemu dalam sobie z tym rade. Wystarczylo odkrecic kilka srubek i przelozyc w odpowiednie miejsce specjalny uchwyt by lusto moglo bezpiecznie zawisnac, potem znow przykrecic srubki, i wbic gwozdz w sciane :)

Polka potrafi i meza sie nie musi o nic prosic ;)


Poprzednio, nad moim bialym mebelkiem wisiala fotografia na plotnie, ktora teraz znalazla sie w przedpokoju. Ladnie widac ja zaraz po wejsciu do domu. 

A teraz jest tak:


Ja uwielbiam teraz to wnetrze i nieskromnie powiem, ze jestem nim oczarowana... i oczywiscie z ukochanych turkusow, niebieskosci i podrowego rozu, zrezygnowac nie potrafie!

Mam ochote rzec "lustereczko, lustereczko powiedz przecie...." :)

Detale naprawde potrafia zmienic wszystko! 
:)




sobota, 16 maja 2015

Blogowa mapa Francji - czyli troche o mnie / Quelques mots sur moi - La carte de la France des blogueurs

Kilka dni temu Karolina, autorka bloga Francuski w sieci zaprosila mnie do wziecia udzialu w calkiem przyjemnym projekcie jakim jest Blogowa mapa Francji.

Mapa ta bedzie stworzona przez autorow innych blogow, ktorzy mieszkaja i zyja we Francji.
Dzieki niej bedziecie mogli poznac innych autorow blogow, poczytac co u nich, i dowiedziec sie po prostu w jakim regionie mieszkaja. 

Wg mnie jest to swietny pomysl, bo zawsze planujac swoja podroz do Francji, bedzie mozna znalezc u nich ciekawe wskazowki i informacje, bo wiadomo, ze czasem lepiej poznawac cos u zrodla :)

Sledzcie wiec kolejne wpisy i obserwujcie blog Francuski w sieci by byc na biezaco z Blogowa mapa Fracncji i oczywiscie poznawajcie inne blogi blogerow mieszkajacych we Francji, w kraju wina, sera, bagietki, Edith Piaff ...... kraju, ktorego nie da sie nie pokochac!

A teraz stos pytan i odpowiedzi, byscie mogli poznac mnie troche lepiej.
Od razu zycze Wam cierpliwosci :P

Jestem: 
tak, JESTEM! Czy to nie fantastyczne? :P
By jednak odpowiedziec na pytanie kim Jestem... to mysle, ze:
ciagle soba, kobieta, zafascynowana dekoracja wnetrz, odnawianiem mebli, przerabianiem, i robieniem czegos z niczego.. na razie uprawiam to na uzytek jedynie domowy, ale zamysl ten sie rozrasta.. Jestem radosna, otwarta na ludzi, spokojna, acz zaszalec tez lubie. Raczej usmiechnieta optymistka. Bardzo lubie lad i porzadek, szybko sie dostosowuje do nowych sytuacji, i przede wszystkim jestem estetka.. ot lubie ladne rzeczy, ladne dla mnie, niekoniecznie dla kogos innego :) 

Autorka Bloga : 
Jak w tytule widac, polskiego zycia po francusku. W sumie pisze tu o wszystkim i o niczym, nie skupiam sie tylko i wylacznie na kraju, bo nigdy ten blog nie byl stworzony dla wielbicieli Francji. Nie jest to tez przewodnik turystyczny. Byl to raczej od poczatku blog, w ktorym przelewalam swoje mysli, opowiadalam o moich poczatkach w innym kraju.

Z racji moich dekoratorskich zamilowan, czesto prezentuje tu moje mieszkanie, dziele sie moja codziennoscia. Ostatnio wiecej robie niz pisze... kiedys bylo zupelnie inaczej :) 

Zawod: 
Nie lubie tego pytania :) we Francji pracowalam jako Assistante de vie aux familles czyli zajmowalam sie osobami starszymi, niepelnosprawnymi. Ostatnio pracowalam w domu starcow. Zrobilam tutaj dyplom i w sumie moge powiedziec, ze jest to moj zawod... o polskim nie wspominam, bo w sumie go nie uzywam, choc przydaje mi sie w zawodzie francuskim. 
W sumie to cale zycie sie czegos ucze, i w ostatnim czasie robie wszystko, by moj zawod dawal mi pieniadze i przede wszystkim zadowolenie z tego co robie!
Chce otworzyc wlasna firme ... ale o tym w innym terminie :)

Mieszkam i pracuje: 
Alzacja domem mym, a konkretnie Mulhouse. Nie pracuje, bo sie chwilowo napracowalam i teraz maz na mnie pracuje ;) Maz nie protestuje, a ja moge teraz zajac sie moim projektem zawodowym.
Jestem na zasilku dla bezrobotnych i wcale sie tego nie wstydze. Pomagam tez mojemu mezowi w jego firmie, robie faktury, mailuje z klientami i po prostu zalatwiam cala papierowa robote.. lubie to!

Dlaczego Francja:
Bo sie zakochalam w Polaku, ktory mieszkal we Francji, i nie chcial nawet slyszec o powrocie do Polski. Wiec moge powiedziec, ze to nie ja wybralam kraj, ale ten kraj wybral mnie :P

Pomysl na prowadzenie bloga: 
Potrzebowalam miejsca na wylewanie swoich mysli, bo nie bylo mi latwo na poczatku zyc w obcym kraju bez znajomosci jezyka. A i sama milosc czasem nie wystarcza do zycia. Maz to najblizsza mi osoba, ale umowmy sie.. nie bede przeciez z nim rozmawiac na wszystkie tematy.... I tak by czesci z nich nie zrozumial :P

Najprzyjemniejsza praca zwiazana z blogowaniem:
Chyba nie bede oryginalna, lubie robic zdjecia na bloga, ale nie za bardzo lubie je obrabiac, i selekcjonowac, bo zabiera to po prostu duzo czasu. Bardzo lubie odpowiadac na komentarze i maile :) Poza tym poznawanie nowych ludzi.... ale tak w ogole blog to nie praca, jak na razie jest to niezobowiazujaca przyjemnosc :D

Jestem skowronkiem vs sowa:
W sumie nie wiem. Chyba jednak bardziej sowa ... ale skowronkow tez lubie czasem posluchac :) Moze sie zdarzyc, ze sowa uslyszy skowronki.. juz nie raz sie tak zdarzylo :)

Budzik nastawiony mam na:
Jestem wolnym czlowiekiem!!! Moj budzik dzwoni tylko wtedy kiedy musi, a teraz praktycznie nie musi!!! Jestem wdzieczna losowi za to, i doceniam to setnie!!!

Dzien zaczynam od:
Lekow, ktorych nie moge zapomniec - dobrze, ze nie mam Alzheimer'a! :P - zaraz potem kawa i prysznic... radio. Aaaaa i najwazniejsze, przytulanki z Kota, to juz taki nasz rytual...



3 rzeczy, bez ktorych nie wychodze z domu:
1) Telefon 2) klucze 3) torba w ktorej jest wszystko to co potrzebne :)

Auto vs Rower:
Mimo wszystko Auto

Bagietka vs croissant:
Kiedys bym powiedziala pain au chocolat...i bagietka, bo bylo mi to slowo zdecydowanie latwiej wymowic w piekarni niz croissant :P

W drodze do pracy najczesciej:
Moja droga do pracy zajmuje mi tyle, co przejscie z jednego pokoju do drugiego :P wiec zazwyczaj w tym czasie zdarze pomyslec czy musze jeszcze do kogos napisac, i czy juz wszystko zrobilam i moge sie poswiecic li tylko pracy :P

W mojej pracy najbardziej lubie:
Spokoj, cisze, zorganizowanie, kontakt z ludzmi i proces tworczy!

Najlepiej pracuje mi sie gdy: 
Jestem sama....ale to zalezy co mam do zrobienia :)

Najtrudniejsze w mojej pracy jest: 
Pracujac z osobami starszymi i chorobami, wiem, ze jest to przemijanie, a raczej akceptacja tego stanu.... dlatego wlasnie robie wszystko by nie pracowac w tym zawodzie, ktory na poczatku dawal mi duzo radosci i satysfakcji, teraz smutek i depresyjne nastroje... 
W sumie nawet nie mam ochoty odpowiadac na to pytanie...

Najwiecej czasu w ciagu dnia poswiecam na:
Nie umiem odpowiedziec na to pytanie... to zalezy od tego, co mam w danym dniu do zrobienia. Mysle, ze jednak najwiecej czasu spedzam przed komputerem.. co glownie ma zwiazek z praca moja badz R.

Weekendy spedzam:
Towarzysko badz samotnie, nigdy na zakupach czy sprzataniu! 

W deszczowa pogode najczesciej:
Lubie pic kawe i robic cos tworczego. Czasem lubie robic NIC :P

Sklepy do ktorych zagladam najczesciej: 
Ze starociami, z winem i serem oraz takie "z mydlem i powidlem" za 2 euros... i oczywiscie hipermarkety... ot proza zycia gospodyni domowej :P

Ulubione miejsca w Mulhouse:
Starowka, i kilka tamtejszych knajpek, Moje mieszkanie i moj balkonik.

Pokusa ktorej zawsze ulegam:
lubie wino...mea culpa :P

Gdybym miala opisac swoj charakter jednym z zywiolow, wybralabym: 
na pewno powietrze!

Przyjaciele mowia do mnie:
ciesze sie, ze w ogole do mnie mowia :P a zwracaja sie do mnie po imieniu czyli Maja, Majus, Majeczko, Majka.

Gdybym mogla zmienic w sobie jedna rzecz:
to temat drazliwy... w tym momencie to zmienilabym w sobie tarczyce, bo szwankuje malpa jedna :P 
Poza tym, albo sie mnie kocha albo nienawidzi :P wiec nic nie chce zmieniac! :)

Strach, ktory mnie paralizuje:
utrata najblizszych mi osob... moja starosc... staram sie jednak o tym nie myslec, bo myslenie o tym niczego nie zmieni.

W ludziach najbardziej cenie:
Prawdomownosc, profesjonalizm, poczucie humoru, empatie, optymizm pomimo trudow zycia.

W ludziach najbardziej irytuje mnie:
Kiedy ktos tak zalewa mnie potokiem slow tak, ze dialog nie jest mozliwy.
Dwulicowosc i hipokryzja - na szczescie nie mam takich osob w moim najblizszym otoczeniu, wszystkich sie juz pozbylam :P 

W zwyczajach Francuzow lubie:
Regularnosc posilkow i ich celebrowanie! Uwielbiam apéro, bo zawsze wprowadza swietna atmosfere :P Lubie tez to, ze sery moga byc tez deserem :D i, ze picie wina do posilku nie jest tu oznaka alkoholizmu :P
Bardzo lubie zwyczaj, ktory ma miejsce 1 maja, i nie ma on nic wspolnego ze Swietem Pracy - jest to peczek konwaliii, ktory ma przynosic szczescie! :)



Jestem szczesliwa gdy:
robie to co lubie, i jestem wsrod tych ktorych kocham. 
Kiedys bywalam szczesliwa, teraz twierdze, ze jestem szczesliwa caly czas, po prostu wczesniej tego szczescia upatrywalam w innych, dzis tylko w sobie!

Naduzywam slowa:
"Dokladnie" "exactement" , i brzydkich slow :P

Najbardziej inspiruja mnie:
pobudki o 5h rano mojej Koty, wowczas przychodza mi najlepsze pomysly do glowy, choc w tym samym czasie instynkt mordrercey mi sie wyostrza! :P

Najbardziej boje sie:
zycia bez internetu ;)

Moja najwieksza wada:
jestem upierdliwa, i marudna i czesto - jak to nazywa R - "miaucze" ... czepiam sie po prostu :P

Humor poprawia mi:
niestety naukowcy maja racje, bo tylko na chwile humor poprawia mi czekolada, lody karmelowe i wino, na dluzej zadowolenie z dobrze wykonanej pracy czyli satysfakcja z samej siebie :)

Gdy mam zly dzien:
jestem marudna, i nie mam ochoty na jakiekolwiek rozmowy i kontakt z kimkolwiek. Izoluje sie.

Nigdy nie wybaczam:
kazdy ma prawo do drugiej szansy, jesli ja zmarnuje to pozamiatane... ale wowczas i tak wybaczam, tylko, ze nigdy nie zapominam...

Malo kto wie, ze:
... zawsze chcialam byc aktorka!!! :D
Mama od dziecka mi mowila, ze jestem aktorka, tylko: teatr sie spalil, a aktorka zostala :P

Talent, ktorego nie mam, a bardzo bym chciala:
gra na skrzypcach...tzn talent chyba mam, ale juz za pozno na kariere skrzypaczki :P A takie tam rzempolenie mnie nie interesuje :P

Zapach, ktory kojarzy mi sie z rodzinnym domem:
cynamonowy jablecznik mojej Mamy...bitki wolowe, kwitnacy jasmin i bez....

Najbardziej szalona rzecz jaka zrobilam:
przeprowadzilam sie do Francji bez zbytnich rozmyslan... co ta milosc robi z czlowiekiem... :)

Najfajniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostalam:
wszystkie prezenty sa fajne :) liczy sie pamiec, a nie prezent...

Najfajniejszy prezent jaki podarowalam:
hmmm , on jest chyba ciagle przede mna, i przed kims kogo nim obdaruje :)

Wydam ostatnie pieniadze na:
jakas staroc wygrzebana w klamociarni...cos co po prostu moze upiekszyc moje mieszkanie...

Najpiekniejsza podroz:
spontaniczny wypad z R do Barcelony...

Wymarzona podroz:
Spedzic Sylwestra w Wiedniu i w Nowy Rok pojsc na Koncert Noworoczny Filharmonikow Wiedenskich... 

3 zyczenia do Zlotej Rybki:
nie mam zyczen, ani zlotej rybki :P

Sukces to:
byc w tych zwariowanych czasach dobrym czlowiekiem

Gdybym mogla zmienic swiat na lepszy, zaczelabym od:
no wiadomo, ze od siebie... 
ale to pytanie jest z kategorii pytan jak z wyborow Miss World... "Jesli zdobede tytul Miss Swiata to zadbam o pokoj na ziemi i czystosc srodowiska, o to by nie bylo glodu i chlodu" blabla bla... 

Gdybym miala wehikul czasu, przenioslabym sie do:
conajmniej lat przedwojennych, by poznac moich dziadkow i ich rodziny...

Ulubiony film: 
"Rejs" , "Dziewczyny do wziecia", "Poszukiwany, Poszukiwana", "Nie ma rozy bez ognia" etc..... oj duzo tego :) i wychodzi na to, ze to tylko komedie :) Poza tym z francuskich to oczywiscie "Bienvenue chez les Ch'tis" i "Intouchables" 

Ulubiony program w TV:
w sumie nie ogladam telewizji...ale lubie kilka
"Les escapades de Petitrenaud" - bo kocham te kulinarne podroze po Francji :)
"Jour de brocante" - bo kocham starocie :)
"Ce soir tout est permis avec Arthur" - bo lubie sie odmozdzyc :)

Ulubiona postac bajkowa:
Fedynard Wspanialy

Muzyka przy ktorej odpoczywam:
ta przy ktorej da sie spiewac :)

Ksiazki, ktore chetnie polece:
Anthony de Mello "Przebudzenie" i "Modlitwa Zaby" 

Ulubiony kolor:
bialy, niebieski, i nie tylko :D

Najfajniejsza rzecz jaka mam w szafie:
kawalek tiulu, ktory mysle do czego wykorzystac.. tzn juz wiem do czego, tylko potrzebuje jeszcze pobudki mojej Koty o 5h rano zebym wiedziala jak to zrobic :P

Ulubiona potrawa:
chyba pierogi leniwe, bo w tej chwili najbardziej o nich marze....

Moje popisowe danie:
ziemniaki z sosem - R mowi, ze jestem w tym najlepsza :P 

Za rok o tej samej porze:
nie wiem, wrozka nie jestem... co ma byc to i tak bedzie :) na pewno znow bedzie maj :)

***
O rety, to chyba byl najbardziej dlugi wpis na tym blogu, jesli dotrwales czytelniku, to nalezy Ci sie order z ziemniaka, dyplom uznania i kieliszek wina! :D

A na koniec dla wszystkich uczacych sie francuskiego kilka slowek:

le travail - praca
la maison de retraite - dom starcow
le chômage - zasilek dla bezrobotnych
le bonheur - szczescie
Fête du Travail - Swieto Pracy
les muguets - konwalie
le réveil - budzik
le jour, la journée - dzien
le magasin - sklep
l'ordinateur - komputer
le marché aux puces - pchli targ
la brocante - handel starociami, antykami
les pommes de terre - ziemniaki
le voyage - podroz
la patience - cierpliwosc
le sourire - usmiech




poniedziałek, 11 maja 2015

Pizza ze szparagami i serem Feta / Pizza aux asperges et au fromage Feta

Ach jak ja kocham miec gosci :) 
I sama tez lubie byc zapraszana :) Ale to dzis ja, w moich skromnych progach goscilam dwie przemile kobiety :) na dodatek "po fachu" z blogowego, alzackiego swiata :) fiu fiu .... tak tak :)

We Francji poludnie to swiety czas, kiedy wszystkie biura pustoszeja, niektore sklepy zamykaja swoje podwoje na conajmniej dwie godziny, a kto zyw i kto moze udaje sie do pobliskich restauracji, parkow czy skwerow lub swoich domostw, by celebrowac ten czas w towarzystwie i ... przy jedzeniu oczywiscie!
Rowniez kiedy jest sie petentem i nagle okazuje sie, ze dzwony bija 12 raz co oznacza, ze za chwile pocalujemy juz tylko klamke,i przyjdzie nam dolaczyc do reszty francuskiego spoleczenstwa....wiadomo bowiem nie od dzis, ze kieliszek wina dobrze wplywa na czlowieka, od razu nerwy puszczaja i nawet sie zrelaksowac mozna, a gdy juz slonce swieci, tak jak dzis, to naprawde moze byc bardzo przyjemne oczekiwanie na ponowne otwarcie jakiegos biura czy sklepu :D

Posilek w poludnie to podstawa, i gdyby pozbawic Francuza tego posilku to bylby zapewne tak zly jak kazdy Polak gdy jest glodny ;) Tu przerwa w poludnie to swiete prawo kazdego obywatela, ot taka wcale nie nowa swiecka tradycja :) Sa to dwie godziny wyjete z zycia i jesli ktos nie zaaakceptuje tego stanu rzeczy to zyc nie bedzie tu potrafil :P cale szczescie, ja, najbardziej w pracy lubie przerwy wiec pewnie dlatego odnajduje sie w tym kraju tak dobrze :P 
Nic juz nie zmieni tego, ze przywyklam do takiego trybu zycia, od posilku do posilku ;) od apéro do apéro ;) 
Nie sama praca bowiem czlowiek zyje... 
Zyjemy by pracowac, i pracujemy by zyc.... by moc sie tym zyciem cieszyc !! :) 

Mnie ciesza szparagi, bo tak, one juz tu sa :)

Sa dla mnie niczym fasolka szaparagowa :) bo na nia tez czekam z utesknieniem kazdego roku! 
W maju wiec, to szparagi kroluja na stole, aczkolwiek czesciej zielone niz biale... niestety biale z racji ceny jadam nie za czesto, za to zielone chyba smialo moge powiedziec, ze praktycznie non stop.
No ale nie da sie inaczej! 
To tak jak z kazdymi sezonowymi warzywa i owocami, trzeba z nich korzystac poki sa, bo potem teskni sie za nimi przez kolejny, nastepny rok...


Kilka dni temu porwalam sie na pewien przepis z Kwestii Smaku, wlasnie na pizze ze szparagami... lacznie z tym, ze zrobilam sama nawet ciasto drozdzowe!!!! Musze powiedziec, ze przepis jest rewelacyjny, a smak... Rety, sami sprobujcie, a zrozumiecie dlaczego mysle, ze warto sie z Wami podzielic tym przepisem :)

Dzis tez podalam te pizze moim gosciom... moze sie wypowiedza w tym temacie :) Przy stole mowily, ze dobre, hmmm chyba nie klamaly :P

Przepis na ciasto drozdzowe jest prosty - tak, bo na inny przepis wowczas bym nawet nie spojrzala! Ciasto drozdzowe to byla zawsze moja zmora, to jednak nie wymaga zadnego ugniatania! Wystarczy tylko drewniana lyzka i kilka ruchow by skladniki sie polaczyly, a reszta praktycznie robi sie sama... jak to w przypadku drozdzy zazwyczaj sie dzieje :)

Pizza bez zagniatania


przepis na 2 duze pizze (45 cm/32 cm)

  • 3 i 3/4 szklanki maki pszennej (500g) (najlepsza jest maka chlebowa typu 850 lub 750! ale z typu 550 tez ciasto wyjdzie, jedynie moze nie wyrosnac tak mocno)
  • 2 i 1/2 lyzeczki  suchych drozdzy instant (10 g)
  • 3/4 lyzeczki soli (5g) 
  • 3/4 lyzeczki + szczypta cukru (ok 3 g)
  • 1 i 1/3 szklanki wody w temp. pokojowej (300 ml)
Do miski przesiac make, drozdze, sol, cukier. Wlac wode i mieszac drewniana lyzka badz reka przez okolo 30 sekund, tylko do polaczenia skladnikow. Miske przykryc folia spozywcza badz kilkakrotnie zlozona sciereczka i odstawic do wyrosniecia w cieple miejsce i bez przeciagow na okolo 2h do czasu az ciasto urosnie wiecej niz dwukrotnie (ja tak przygotowane ciasto wlozylam do zamknietego piekarnika) 

Po tych 2h ciasto wylozyc na podsypana maka stolnice i uformowac wieksza kule (ciasto moze byc dosc rzadkie) i podzielic je na 2 czesci. Dwie czesci ciasta oddzielic od siebie na odleglosc okolo 10 cm , przykryc wilgotna sciereczka i zostawic na 30 minut.

Piekarnik rozgrzac do 250°C . Kazda blache posmarowac oliwa z oliwek. Wylozyc pierwsza czesc ciasta na jedna z blach i rozlozyc je palcami, ugniatajac i rozciagajac tak by powstala rowna powierzchnia (nie ma potrzeba robienia rantow bocznych) Jesli ciasto sie klei to nalezy je podsypac maka badz natluscic oliwa. Z druga czescia ciasta zrobic dokladnie to samo.

Na placku z ciasta rozsmarowac sos - w moim przypadku byl to sos bialy (przepis za chwile) - i ulozyc dodatki. Blaszke z pizza wlozyc do nagrzanego piekarnika do srodkowej jego czesci. Piec okolo 30 - 35 minut lub nieco krocej. do czasu az spod ciasta bedzie dobrze zrumieniony i bedzie latwo odchodzil od blaszki. Boki ciasta beda dosc dobrze zrumienione , ale nie powinny byc spalone (mnie niestety troszke sie przypiekly, ale to wina mojego piecyka, ktory jest juz bardzo leciwy)


Pizza ze szparagami i bialym sosem

Skladniki na 1 pizze:

1/2 porcji ciasta bez zagniatania na pizze cienka i chrupiaca
okolo 30 malych i cienkich szparagow (lub 20 wiekszych)
250 g sera ricotta (mozarelli, feta, badz koziego)
1/4 szklanki listkow swiezego tymianku (natki pietruszki, oregano, estragonu)
sol morska i swiezo zmielony czarny pieprz


Sos smietankowy z cebulka:
  • 2 lyzki oliwy z oliwek
  • 1 srednia biala cebula pokrojona w drobna kosteczke
  • 1 zabek czosnku drobno posiekany
  • 1 szklanka smietanki kremowej 30%
  • sol i pieprz
  • swieze ziola

Na oliwie zeszklic cebulke, nie rumieniac. Smazyc na malym ogniu 10 minut od czasu do czasu mieszajac. Dodac czosnek i smazyc przez kolejne 2 minuty. Wlac smietanke, doprawic sola i pieprzem. Gotowac na malym ogniu przez okolo 3-4 minuty, az sos nieco zgestnieje. Wymieszac z ziolami.

Przygotowanie pizzy:
  • Przygotowac ciasto na pizze zgodnie z przepisem. Szparagi, umyc, osuszyc, odciac twarde konce i obrac najbardziej twarda skorke ( do okolo 1/3 dlugosci malych i 2/3 dlugosci wiekszych szparagow). Ser ricotta (poszarpana mozarelle, ser feta badz ser kozi) wymieszac z ziolami i doprawic sola oraz pieprzem.
  • Na powierzchni surowego ciasta rozsmarowac sos smietankowy z cebulka. W kilku miejscach wylozyc ser z ziolami i ulozyc szparagi. Piec wg zalecen, skracajac tylko czas pieczenia do okolo 20 - 25 minut . Pizze piec na srodkowej polce, w polowie czasu pieczenia przeniesc ja na nizsza polke

Smacznego :)












Bon Appétit :)

I pamietajcie zeby Wasze zycie zawsze mialo smak!! :)

sobota, 9 maja 2015

o Alzacji rzecz bedzie....

jakis czas temu, zostalam zaproszona przez jedna z blogowych kolezanek do napisania tekstu o Alzacji, do jej cyklu pod ciekawa nazwa "Alzacja polskimi oczami". Co sobota ukazywala sie i mam nadzieje, ze jeszcze beda sie ukazywac, notka o naszym regionie, w ktorym mieszkamy i zyjemy :)

I wlasnie dzis rano moj tekst pojawil sie na lamach tego bloga, co mnie niezmiernie ucieszylo :) 
dlatego chcialabym Was serdecznie zaprosic do przeczytania tego tekstu, oraz do polubienia bloga i fanpage naszej blogowej kolezanki, ktora zna Francje i tez ja kocha tak jak ja :)

Zatem obierzcie kierunek: 
A tu malenki fragment:

"Zanim ja i mój mąż pojawiliśmy się w Alzacji, odkrywaliśmy inny piękny region Francji, Nord Pas de Calais, jakże różny od tego, w którym teraz mieszkamy. Prawie wszystko toczyło się w naszym życiu jak w filmie Danny’ego Boon’a „Bienvenue chez les Ch’tis” (polski tytuł to „Jeszcze dalej niż północ”). No, może z tą różnicą, że nie maczałam kanapki z tamtejszym śmierdzącym serem maroilles w zbożowej kawie. Sam ser akurat uwielbiam i polecam Wam fantastyczny przepis na flamisze z serem marła (tak wymawiamy jego nazwę), jeśli jakimś cudem macie go pod ręką.
Życie na północy jest bajeczne, ale i ciężkie. Nadal mamy tam przyjaciół i rodzinę i to dzięki nim wracamy tam, jak tylko czas na to pozwala, i już nie płaczemy z tęsknoty… Tak, tak, to prawda co mówią. Jeśli ktoś przyjechał kiedykolwiek w te strony, to płacze dwa razy. Pierwszy raz po przyjeździe z rozpaczy, że przyjdzie mu żyć tam, gdzie morze, wiatr i wilgoć… I drugi kiedy wyjeżdża i musi się rozstać z pięknem tego regionu i z ludźmi, którzy są tak serdeczni i gościnni, że polska gościnność wydaje się nagle przereklamowana…
Aj, ale ja tu o północy Francji wodę leję, a przecież miałam opowiadać o Alzacji…"
po reszte zapraszam na Bloga Love For France :)




piątek, 8 maja 2015

Biurko na chmurce - Bureau sur une nuage

Oj jaka piekna ta wiosna!!
To chyba najpiekniejsza pora roku, ktora maluje codziennosc ekspozja kolorow. Od kilku dni slychac krzyk jerzykow, ktore tak bardzo kojarza mi sie z cieplymi dniami, i nocami :) Dzien jest taki dlugi... i oby ta rownonoc nie przyszla za szybko, bo potem jakos juz te noce znow sie coraz dluzsze robia :)

Jak wiecie wykorzystalam ten wiosenny przyplyw energii na przeorganizowanie pokoju goscinnego.
nadal zachowuje on te funkcje mam nadzieje :) ale i spelnia on jeszcze jeden wazny warunek, jest w nim biureczko, ktorego tak bardzo brakowalo w naszym mieszkaniu. Stalo sie ono wrecz niezbedne od kiedy R otworzyl firme, i trzeba bylo zajac sie tymi wszystkimi papierami, fakturami, pieczatkami...przyznaje, ze mialam juz dosc trzymania laptopa na kolanach i pisania kolejnych maili, czy robienia faktur. Niby nie jest to nic skomplikowanego, ale po kilku godzinach spedzonych przy kompie w pozycji dosc niewygodnej nie mialam ochoty i sily na cokolwiek innego z powodu bolu plecow, szyi i rak!

Tak wiec, dzieki mojemu pomyslowi zaoszczedzilismy okolo 100 euros, a ja sie ciesze ze swojego nowego miejsca i uwielbiam w nim przebywac szczegolnie rano, kiedy slonce wlewa sie powoli do pokoju, a radosny ptasi trel jest lepszy niz jakakolwiek muzyka.

Zatem, uwaga!! Bedzie duzo zdjec, wiec zapraszam do ogladania i komentowania, a jesli bedziecie gdzies w poblizu to koniecznie dajcie znac, zapraszam do siebie na kawke i nie tylko :)

Zaczelo sie tak:
to fragment starej ramy lozka, zaglowek jeszcze nie pozbawiony nog :)


Tutaj juz ten fragment pozbawiony bocznych nog. Po bokach zostal bialy slad po kleju. Klej oczywiscie usunelam papierem sciernym. I to ten chmurkowy, nie frezowany fragment lozka bedzie blatem nowego biurka. 



A to juz czesc nogi, bo odcieciu... zaluje ze nie wykorzystalam tej frezowanej dolnej czesci, bo by sie lepiej komponowala z biurkiem... no ale coz, czlowiek sie uczy cale zycie :) poza tym nie mialam czasu na klejenie tej czesci, bo niestety ona wypadala, i trzeba by bylo ja dokleic, zeby biurko mialo solidne oparcie... a jak sie R zabral do roboty to korzystalam z tego jego zapalu.
Wiem, jedno na drugi raz musze bardziej myslec calosciowo nad wygladem mebla... ale tego sie dopiero ucze... nastepnym razem bedzie lepiej :)

Praca wre... i wykonana jest barrdzo dobrze, minus taki, ze zapomnielismy o jeszcze jednej sprawie... miejscu w ktorym mozna by swobodnie przelozyc kable, od lampki i laptopa... Biurko bowiem, jest przymocowane  do sciany, bardzo scisle, nie ma ani milimetrowej przerwy :) A troche to przeszkadza, ale z tym sobie tez jakos poradzilam na razie.... w sumie wiecej kabli tu nie przewiduje :)

A tak wygladala zakonczona robota...ale to nie efekt koncowy... 
Ten mozecie zobaczyc ponizej! :)

No to .... voilà! :)































Jak widac, Kota zadowolona :)
A ja na koniec tylko dodam, ze wszystkie meble, ktore mam w swoim mieszkaniu sa "przechodzone" i od kogos...szafe np. ocalilam przed wysypiskiem... stare lozko tez... i jeszcze wiele wiele takich mebli mam w swoim domu, i chcialabym jeszcze... tylko, ze metrazu mi brakuje :)

Do zobaczenia, do jutra! Bo jutro pewnie tez sie tu pojawie :) a jesli chcecie wiedziec z jakiego powodu bede taka aktywna na blogu, to badzcie cierpliwi, i zagladajcie na bloga :)

Bon week-end :)