moze nie co powinnam, ale co chcialabym napisac... i stwierdzam, ze pisac to ja ostatnio nie lubie.
Duzo rozmyslam, planuje, ale nie chce mi sie tego przenosic na te strony, poza tym co chwile okazuje sie, ze mam sporo rzeczy do zrobienia, jak miedzy innymi wyszorowac musze lozko, ktore stoi pod sciana i czeka na mnie od jakiegos tygodnia. Lozko jest fajne, lubie taki styl, choc to co mielismy na polnocy bylo fajniejsze! Tamto bylo takie bardziej mieszczanskie choc na prowincji, a to jest bardziej wiejskie choc w miescie... To oznacza, ze w takim klimacie bede utrzymywac styl w sypialni. Oczywiscie nie wszystko od razu, bo to, ze mamy lozko nie oznacza, ze bedziemy miec cala reszte... no przynajmniej nie teraz. Jestesmy w koncu malzenstwem na dorobku, i bedziemy sie teraz dorabiac ... w sumie to zabawne jest to, ze nie doskwieraja mi jakos okropnie te braki (no oprocz braku pralki, bo to jest akurat brak bolesny... co odczuwam wraz z uplywajacym czasem), bo ja z natury czepliwa i kaprysna jestem. Mam nadzieje, ze w koncu jakos sie ustawimy :)
Tymczasem dzien uplywa za dniem, i nawet nie wiem kiedy mija kolejny tydzien. Weekendy mijaja jak na razie tak samo... tzn chodzimy w gosci... laczy sie to z konsumpcja, przede wszystkim alkoholowa, ale rowniez z tancem, zabawa, i pogaduchami relaksujacymi. Szkoda, ze pogoda nam nie sprzyja, bo wowczas mozna by troche poznamwac okolice, a jak na razie jest paskudnie, leje deszcz, i znow wieje chlodem... co to za maj kurza stopa...prawie jak z tej piosenki...
W ogole to dzis Kota mnie okupuje wprost okrutnie, nie zlazi ze mnie od momentu kiedy R. wyszedl do pracy tzn od 7:15... zwariowac idzie, nawet kawy wypic nie moge, pisanie tez idzie dosc ciezko, na szczescie dlonie mam od Koty uwolnione. Nie wiem co ja tak naszlo i dlaczego mnie tak molestuje, moze jej zimno i dlatego sie tal wtula we mnie!? Cholera ja wie!
Z innej beczki to jak pewnie zauwazyliscie, zmienilam sobie troche szate graficzna.... hehehe jak to brzmi pieknie i tak profesjonalnie :D w kazdym razie zniknela juz plaza w Boulogne sur Mer, pojawil sie za to placyk, przy kilku ulicach, ktorymi codziennie sie przechadzam idac po chleb. Madame Lempicka tez zmienila swoje oblicze, ale tak sobie mysle, ze za chwil pare on znow ulegnie przemianie... Lempicka kocham od lat, miloscia cicha i nienachalna, przewija sie ona przez moje zycie, stad jej zdjecie w moim profilu... Zatem zmiany w zyciu, zmiany na blogu, zmiany... nieodlaczna czesc zycia czlowieczego.
Bedzie tak jak ma byc, w koncu to my sami jestesmy kowalami swojego losu...
No to ide ksztaltowac rzeczywistosc, tzn szybki skok na poczte, po chleb i do domu... codziennosc czeka... parasol musze wziac, bo deszcz nie odpuszcza, choc widze, ze niebo toczy walke z chmurami... oby wygrala ta jasniejsza strona nieba :))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą le chat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą le chat. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 maja 2010
poniedziałek, 3 maja 2010
No dobra
koniec sciemniania ;) Jestem juz od jakiegos czasu podpieta do sieci, ino pisac mi sie kompletnie nie chcialo, a poza tym co chwile wynajdowalam sobie jakies inne zajecia. Fakt, ze mialam ich jednak sporo, bo ciagle sie musze meczyc z jakimis glupowatymi sprawami po przeprowadzce, w sumie standard, da sie zyc :)
W Mulhouse jest ok, miasto w sumie jak miasto, czasem mam dziwne wrazenie, ze jestem w Lodzi... w ogole to slysze w koncu jaskolki, na polnocnej prowincji jaskolki sie chyba gdzies zagubily, moze dlatego, ze jednak za nisko dla nich bylo. Tutaj sa jakies dziwne wysokie budowle, paskudne jak cholera, ale sa i piekne wieze koscielne, na ktorych jaskolki moga sobie gniazdka uwic.
Lubie architekture nowoczesnych miast, ale jednak czasami brzydota takich budowli nijak nie da sie scalic z pieknem i sztuka zabytkow lat minionych... No ale taki to juz los miast, zawsze znajdzie sie w nich cos paskudnego, ale i cos zachwycajacego nasze oko :)
Musze powiedziec, ze nie jestem jakos powalona urokiem Alzacji, moze na razie, bo jeszcze niewiele widzialam, mam nadzieje, ze to sie zmieni... choc sklamalabym jesli powiedzialabym, ze czuje sie tu zle. Psychicznie czuje sie tutaj o wiele lepiej niz na polnocy, tutaj jestem anonimowa - no moze juz nie tak bardzo, bo znaja juz mnie w piekarni, w ktorej kupuje codzien chleb ;) - no ale mimo wszystko jedno miejsce, w ktorym pracuje jakies 6 osob, to naprawde male miki w koncu Mulhouse to ponad 100 tys ludzi! Chodzi mi o to, ze czuje sie tutaj jakos bezpiecznie, dobrze, juz jak u siebie... choc czasem mam wrazenie, ze jestemy na wakacjach z racji tego, ze nie posiadamy stolu, krzesel i tej calej reszty, bez ktorej jak widac da sie zyc, choc lekko nie jest .
Najgorzej jest bez lodowki, i pralki.... mam nadzieje, ze w koncu ja kupimy w tym miesiacu... bo doprawdy pranie reczne bywa ciezkie, szczegolnie tych ubraniach mojego R., ktore sa po prostu uflejone jak po jakims poligonie... no ale co zrobic, dobrze, ze mam wanne, a nie brodzik wiec latwiej to wszystko wyprac. Bez lodowki tez troche kichowato sie zyje, bo nei mozna niczego kupic na tzw "zas"... no i niczego nie da sie przygotowac na pozniej i np. zamrozic...
No ale takie to juz mamy zycie, widac musimy sie dorabiac wszystkiego od poczatku, jak przystalo na mlode malzenstwo... mlode stazem rzecz jasna hehehe
W ogole to zaliczylismy juz podroz do Niemiec, do syna R. Zrobilismy mu niespodzianke :)) Rety szczescie po prostu tryskalo z chlopaka, a i z Taty tez :)) Zazdroszcze im tej magicznej nici, ktora ich laczy... ale dobra juz wiecej nie mowie, obiecalam sobie, ze nie bede sie w to zaglebiac, dla wlasnego dobra!
Minusem takiej podrozy jest to, ze kiedy R. spedza czas ze swoim Synem, ja spedzam ten czas z jego byla zona, czyli matka jego syna.... Coz, juz powiedzialam, ze to ostatni raz taka sytuacja sie zdarza, jako, ze po takiej wizycie zamiast byc wypoczeta i szczesliwa, to wracam do domu zdolowana, zagadana, emocjonalnie wymieta i kompletnie pozbawiona energii!! Na dodatek Exica zaczela jakas dziwne akcje, i probowala mnie chyba przeciagnac na swoja strone, zrobic ze mnie swoja najlepsza kolezanke opowiadajac o dosc intymnych chwilach jej pozycia z moim R, o zalach, lzach, zlosciach, o tym jaki to R. jest zly i w ogole .... pomimo mojego ciaglego powtarzania, ze to sa sprawy miedzy nimi i mnie one naprawde nie interesuja ona brnela dalej... czesto wychodzilam do toalety, ale cholera ile mozna, w koncu moze se pomyslala, ze mam cos z pecherzem, albo z jelitami :P A w ogole to ja nie wiem, jak ja moge byc z takim potworem jak moj R... az sie sama dziwie, bo po takich opowiesciach to powinnam chyba uciec od niego gdzie pieprz rosnie i zakonczyc wszelakie relacje... a u nas jest jak jest... tzn sielana... kurna, moze mi tego R. kto podmienil?! ... no i teraz Exica moze zazdrosci?! Ech cholera ja wie... na szczescie widuje ja raptem kilka razy w roku, i niech tak zostanie!
No i co ja tam moge Wam jeszcze powiedziec, aaaa nasza Kota zaklimatyzowala sie juz w nowym miejscu bardzo dobrze :)) W ogole cala 7 godzinna podroz samochodem zniosla bardzo dzielnie... glownie na moich kolanach :) mialam ja na smyczy, kiedy wychodzilismy cos zjesc badz na kawe zostawala w samochodzie i schodzila sobie na dywanik kladac sie tuz obok sprzegla i tej calej reszty. Tam czekala na nas cierpliwie, czula sie tam bezpiecznie. Raz tylko wzielam ja ze soba, na mala przerwe na kawe, ale trzesla sie okropnie - pewnie przez wiejacy chlodny wiatr, ale i przez stres. Zjadla i wypila dopiero na 1,5 godzinny przed dojazdem do celu, potrzeby fizjologiczne zalatwila juz w nowym mieszkaniu oczywiscie do swojego kibelka! No bo ja mam czysta Kote i bardzo madra :DD
No i to w sumie jak na razie tyle.... teraz bede mogla pisac na biezaco :) A w ogole to 8 maja mina 3 lata, jak zaczelam gledzic z moim R. ... kurcze niby to tylko 3 lata, a ja sie czuje jak bysmy byli ze soba od zawsze :)))
A tym czasem na koniec kilka fotek... Do nastepnego :DD
W Mulhouse jest ok, miasto w sumie jak miasto, czasem mam dziwne wrazenie, ze jestem w Lodzi... w ogole to slysze w koncu jaskolki, na polnocnej prowincji jaskolki sie chyba gdzies zagubily, moze dlatego, ze jednak za nisko dla nich bylo. Tutaj sa jakies dziwne wysokie budowle, paskudne jak cholera, ale sa i piekne wieze koscielne, na ktorych jaskolki moga sobie gniazdka uwic.
Lubie architekture nowoczesnych miast, ale jednak czasami brzydota takich budowli nijak nie da sie scalic z pieknem i sztuka zabytkow lat minionych... No ale taki to juz los miast, zawsze znajdzie sie w nich cos paskudnego, ale i cos zachwycajacego nasze oko :)
Musze powiedziec, ze nie jestem jakos powalona urokiem Alzacji, moze na razie, bo jeszcze niewiele widzialam, mam nadzieje, ze to sie zmieni... choc sklamalabym jesli powiedzialabym, ze czuje sie tu zle. Psychicznie czuje sie tutaj o wiele lepiej niz na polnocy, tutaj jestem anonimowa - no moze juz nie tak bardzo, bo znaja juz mnie w piekarni, w ktorej kupuje codzien chleb ;) - no ale mimo wszystko jedno miejsce, w ktorym pracuje jakies 6 osob, to naprawde male miki w koncu Mulhouse to ponad 100 tys ludzi! Chodzi mi o to, ze czuje sie tutaj jakos bezpiecznie, dobrze, juz jak u siebie... choc czasem mam wrazenie, ze jestemy na wakacjach z racji tego, ze nie posiadamy stolu, krzesel i tej calej reszty, bez ktorej jak widac da sie zyc, choc lekko nie jest .
Najgorzej jest bez lodowki, i pralki.... mam nadzieje, ze w koncu ja kupimy w tym miesiacu... bo doprawdy pranie reczne bywa ciezkie, szczegolnie tych ubraniach mojego R., ktore sa po prostu uflejone jak po jakims poligonie... no ale co zrobic, dobrze, ze mam wanne, a nie brodzik wiec latwiej to wszystko wyprac. Bez lodowki tez troche kichowato sie zyje, bo nei mozna niczego kupic na tzw "zas"... no i niczego nie da sie przygotowac na pozniej i np. zamrozic...
No ale takie to juz mamy zycie, widac musimy sie dorabiac wszystkiego od poczatku, jak przystalo na mlode malzenstwo... mlode stazem rzecz jasna hehehe
W ogole to zaliczylismy juz podroz do Niemiec, do syna R. Zrobilismy mu niespodzianke :)) Rety szczescie po prostu tryskalo z chlopaka, a i z Taty tez :)) Zazdroszcze im tej magicznej nici, ktora ich laczy... ale dobra juz wiecej nie mowie, obiecalam sobie, ze nie bede sie w to zaglebiac, dla wlasnego dobra!
Minusem takiej podrozy jest to, ze kiedy R. spedza czas ze swoim Synem, ja spedzam ten czas z jego byla zona, czyli matka jego syna.... Coz, juz powiedzialam, ze to ostatni raz taka sytuacja sie zdarza, jako, ze po takiej wizycie zamiast byc wypoczeta i szczesliwa, to wracam do domu zdolowana, zagadana, emocjonalnie wymieta i kompletnie pozbawiona energii!! Na dodatek Exica zaczela jakas dziwne akcje, i probowala mnie chyba przeciagnac na swoja strone, zrobic ze mnie swoja najlepsza kolezanke opowiadajac o dosc intymnych chwilach jej pozycia z moim R, o zalach, lzach, zlosciach, o tym jaki to R. jest zly i w ogole .... pomimo mojego ciaglego powtarzania, ze to sa sprawy miedzy nimi i mnie one naprawde nie interesuja ona brnela dalej... czesto wychodzilam do toalety, ale cholera ile mozna, w koncu moze se pomyslala, ze mam cos z pecherzem, albo z jelitami :P A w ogole to ja nie wiem, jak ja moge byc z takim potworem jak moj R... az sie sama dziwie, bo po takich opowiesciach to powinnam chyba uciec od niego gdzie pieprz rosnie i zakonczyc wszelakie relacje... a u nas jest jak jest... tzn sielana... kurna, moze mi tego R. kto podmienil?! ... no i teraz Exica moze zazdrosci?! Ech cholera ja wie... na szczescie widuje ja raptem kilka razy w roku, i niech tak zostanie!
No i co ja tam moge Wam jeszcze powiedziec, aaaa nasza Kota zaklimatyzowala sie juz w nowym miejscu bardzo dobrze :)) W ogole cala 7 godzinna podroz samochodem zniosla bardzo dzielnie... glownie na moich kolanach :) mialam ja na smyczy, kiedy wychodzilismy cos zjesc badz na kawe zostawala w samochodzie i schodzila sobie na dywanik kladac sie tuz obok sprzegla i tej calej reszty. Tam czekala na nas cierpliwie, czula sie tam bezpiecznie. Raz tylko wzielam ja ze soba, na mala przerwe na kawe, ale trzesla sie okropnie - pewnie przez wiejacy chlodny wiatr, ale i przez stres. Zjadla i wypila dopiero na 1,5 godzinny przed dojazdem do celu, potrzeby fizjologiczne zalatwila juz w nowym mieszkaniu oczywiscie do swojego kibelka! No bo ja mam czysta Kote i bardzo madra :DD
No i to w sumie jak na razie tyle.... teraz bede mogla pisac na biezaco :) A w ogole to 8 maja mina 3 lata, jak zaczelam gledzic z moim R. ... kurcze niby to tylko 3 lata, a ja sie czuje jak bysmy byli ze soba od zawsze :)))
A tym czasem na koniec kilka fotek... Do nastepnego :DD
Etykiety:
après déménagement,
codziennosc,
dziecko,
kot,
l'Alsace,
l'enfant,
la famille,
le bonheur,
le chat,
le voyage,
les photos,
Mulhouse,
po przeprowadzce,
podroz,
rodzina,
szczescie,
vie quotidienne,
zdjecia
piątek, 5 marca 2010
zmiany
no nic na razie wiecej nie mowie, ale tytulowe zmiany szykuja sie i to w dosc ekspresowym tempie. Wwszystkie znaki na niebie i ziemi je wskazuja!!
Jak juz bede miec pewnosc, to na pewno je Wam oglosze, a jak na razie... weekenduje sie w koncu piatek jest :))
A co do mojego gadania po francusku i dogadania sie w klinice weterynaryjnej to bylo to tak:
Nasza Kota stala sie kobieta Kota!
Do skonczenia roku brakuja jej jeszcze 2 miesiace, i czas przyszedl na to by sie przepotwarzyla z kociego podlotka, w dorosla kocice... czyli mowiac inaczej ruja Kote dopadla, a przy okazji i nas samych!
Kota spedzila 5 nocy zamknieta w lazience. R. byl sklonny juz pozbyc sie jej z domu, bo do szalu doprowadzala swoimi wyciami i miaukami. Ja lalam lzy, bo Kota to moje szczescie i radosc przeogromna i pozbyc sie jej z domu nie dam.. serce by mi chyba peklo.
W kazdym razie po 5. nocy Koty w lazience, postanowilam isc do weterynarza wypytac coz ja mam poczac z tym zwierzem moim, przede wszystkim zalezalo mi na tym, zeby Futrzasta juz sie nie meczyla i co logiczne my rowniez!
Weszlam do kliniki, ktora jest oddalona od naszej chalupy raptem kilka minut drogi pokonywanej w obuwiu.
Za kontuarem recepcji stala mila pani, ktora akurat rozmawiala przez telefon, obok niej mloda okularnica - mysle, ze jakas praktykantka pana doktora oraz pan doktor we wlasnej osobie. Rozpoznalam go po ubranku typowym dla lekarza czyli niebieska bluza z dekoltem w serek i niebieskie gacie... jeszcze tylko trepow mu brakowalo i poczulabym sie prawie jak za dawnych czasow w robocie.
Mysle sobie, no to niezly sklad mi sie trafil jak na pierwszy raz, mojego gledzenia w takim temacie... ale poginam dalej i z wyuczonym juz usmiechem oraz melodia spiewam "Bonjour"... cierpliwie jednak czekam az pani skonczy rozmawiac przez telefon, bo pan doktor dorzuca co chwila slowa do sluchawki... o czym byla mowa nie wiem, nie skupilam sie na tym, bo skupiona bylam na tym, jak zaczac moja przemowe zeby bylo dobrze!
Mloda okularnica przygladala mi sie wnikliwie i az sie balam, ze mam jakiegos pypcia na twarzy, albo pioro we wlosach, na szczescie przejrzalam sie przez chwile w jakiejs szybce i zobaczylam, ze ze mna wszystko jest w jak najlepszym porzadku.
Pani w koncu skonczyla rozmawiac i milo na mnie spojrzala, mowiac "Oui?" No to skoro ona tak, to ja tak:
- Dzien dobry jeszcze raz (tu znow melodyjny usmiech - bez tego we Francji "bonjour" nie istnieje!) Na poczatke przepraszam, za moj francuski, bo moge mowic jeszcze niezbyt dobrze, ale ciagle sie ucze :)
Odpowiedzieli wszyscy usmiechem - wiec nie byli wrogo nastawienie do mnie! To wazne moglam wiec kontynuowac swoj wywod!
-Przyszlam po pomoc, poniewaz mam problem..
Tu zawiesilam glos jak dobry aktor, wszyscy spojrzeli na mnie wyczekujaco, pewnie sobie pomysleli, ze to nie ta klinika skoro potrzebuje pomocy, oni sa od zwierzat a nie od ludzi... coz obcokrajowiec moze pomylic weterynarza z ludzkim lekarzem... wiadomo uczy sie ciagle czlowiek... Doktor sie usmiechnal szeroko bo pewnie tez sobie tak pomyslal, przez co szybko dodalam:
- mam problem z moim kotem, a raczej z moja kotka, ktora miauczy, bo poczula wiosne i namietnie chce kota, by sie z nim kochac! (po francusku ten tekst o kochaniu brzmi o wiele ladniej!:)) Jest mloda, ma 10 miesiecy, caly czas jest z nami w domu i nie wypuszczam jej na dwor. Nie chce zeby zaszla w ciaze, bo nie chce miec problemu pod postacia kotow, ktore pozniej bede musiala komus wydac. No i chce zeby naprawde zostala z nami w domu.
Potrzebuje rozwiazania dla niej, zeby juz sie nie meczyla, i my rowniez - bo teraz jest naprawde ciezko z nia zyc pod jednym dachem!
Uffff skonczylam wywod - co niesamowite wszyscy mnie zrozumieli, bo zaraz mila pani powiedziala co i jak, ze zadnych uspokajaczy nie ma, mozna przepisac tabletki antykoncepcyjne i podawac jej 1 tabletke 1 raz w tygodniu. Tabletki te zlikwiduja okres rui, jednak nie poleca ich sie gdyz - tu wlaczyl sie do rozmowy pan doktor i dokonczyl zdanie - przy dluzszym stosowaniu tych lekow u kotek czesto zdarzaja sie ropomacicza , ponadto leki te sa kancerogenne. Kolejny sposob to szczepionka podawana raz na pol roku rowniez hormonalna, znow nie jest jej zwolennikiem z takich samych przyczyn jak tabletki... zostaje sterylizacja, ktora zaleca sie dokonac wlasnie po pierwszej rui.
W sumie na to rozwiazanie to bylam zdecydowana od poczatku. Jednak nie wiedzialam ile to kosztuje. Teraz juz wszystko wiem!
Koszt zabiegu to 97 euro!! W sumie nie wiem dlaczego nie cale 100, widac to 3 euro reszty to taka nagroda dla wlasciciela pacjenta, ze jednak sie zdecydowal...
W tej cenie jest rtg klatki piersiowej mojej koty, analiza krwi i szwy rozpuszczalne. Zabiegi robione sa we wtorki i czwartki, po wczesniejszym umowieniu sie przez telefon.
Kote musialabym dotransportowac o 8:30 rano do kliniki, a okolo godziny 18tej odbieram juz Futrzasta wybudzona i mam nadzieje, ze w dobrej formie pozabiegowej!
Pisze o tym wszystkim dzis, bo wlasnie wieczorem nastapi podanie 2. tabletki anty. Na zabieg kasy nie mam, tzn zbieram.... brakuje mi jeszcze 80 euro, mam jednak nadzieje, ze w kwietniu bedzie juz po wszystkim... no bo do kwietnia tylko mam czas, pozniej mi jakos nie pasuje...
Ale o tym dlaczego akurat taki miesiac wchodzi w gre, bedzie, ale troche pozniej...
A teraz filmik tylko dla ludzi o silnych nerwach :P
Jak juz bede miec pewnosc, to na pewno je Wam oglosze, a jak na razie... weekenduje sie w koncu piatek jest :))
A co do mojego gadania po francusku i dogadania sie w klinice weterynaryjnej to bylo to tak:
Nasza Kota stala sie kobieta Kota!
Do skonczenia roku brakuja jej jeszcze 2 miesiace, i czas przyszedl na to by sie przepotwarzyla z kociego podlotka, w dorosla kocice... czyli mowiac inaczej ruja Kote dopadla, a przy okazji i nas samych!
Kota spedzila 5 nocy zamknieta w lazience. R. byl sklonny juz pozbyc sie jej z domu, bo do szalu doprowadzala swoimi wyciami i miaukami. Ja lalam lzy, bo Kota to moje szczescie i radosc przeogromna i pozbyc sie jej z domu nie dam.. serce by mi chyba peklo.
W kazdym razie po 5. nocy Koty w lazience, postanowilam isc do weterynarza wypytac coz ja mam poczac z tym zwierzem moim, przede wszystkim zalezalo mi na tym, zeby Futrzasta juz sie nie meczyla i co logiczne my rowniez!
Weszlam do kliniki, ktora jest oddalona od naszej chalupy raptem kilka minut drogi pokonywanej w obuwiu.
Za kontuarem recepcji stala mila pani, ktora akurat rozmawiala przez telefon, obok niej mloda okularnica - mysle, ze jakas praktykantka pana doktora oraz pan doktor we wlasnej osobie. Rozpoznalam go po ubranku typowym dla lekarza czyli niebieska bluza z dekoltem w serek i niebieskie gacie... jeszcze tylko trepow mu brakowalo i poczulabym sie prawie jak za dawnych czasow w robocie.
Mysle sobie, no to niezly sklad mi sie trafil jak na pierwszy raz, mojego gledzenia w takim temacie... ale poginam dalej i z wyuczonym juz usmiechem oraz melodia spiewam "Bonjour"... cierpliwie jednak czekam az pani skonczy rozmawiac przez telefon, bo pan doktor dorzuca co chwila slowa do sluchawki... o czym byla mowa nie wiem, nie skupilam sie na tym, bo skupiona bylam na tym, jak zaczac moja przemowe zeby bylo dobrze!
Mloda okularnica przygladala mi sie wnikliwie i az sie balam, ze mam jakiegos pypcia na twarzy, albo pioro we wlosach, na szczescie przejrzalam sie przez chwile w jakiejs szybce i zobaczylam, ze ze mna wszystko jest w jak najlepszym porzadku.
Pani w koncu skonczyla rozmawiac i milo na mnie spojrzala, mowiac "Oui?" No to skoro ona tak, to ja tak:
- Dzien dobry jeszcze raz (tu znow melodyjny usmiech - bez tego we Francji "bonjour" nie istnieje!) Na poczatke przepraszam, za moj francuski, bo moge mowic jeszcze niezbyt dobrze, ale ciagle sie ucze :)
Odpowiedzieli wszyscy usmiechem - wiec nie byli wrogo nastawienie do mnie! To wazne moglam wiec kontynuowac swoj wywod!
-Przyszlam po pomoc, poniewaz mam problem..
Tu zawiesilam glos jak dobry aktor, wszyscy spojrzeli na mnie wyczekujaco, pewnie sobie pomysleli, ze to nie ta klinika skoro potrzebuje pomocy, oni sa od zwierzat a nie od ludzi... coz obcokrajowiec moze pomylic weterynarza z ludzkim lekarzem... wiadomo uczy sie ciagle czlowiek... Doktor sie usmiechnal szeroko bo pewnie tez sobie tak pomyslal, przez co szybko dodalam:
- mam problem z moim kotem, a raczej z moja kotka, ktora miauczy, bo poczula wiosne i namietnie chce kota, by sie z nim kochac! (po francusku ten tekst o kochaniu brzmi o wiele ladniej!:)) Jest mloda, ma 10 miesiecy, caly czas jest z nami w domu i nie wypuszczam jej na dwor. Nie chce zeby zaszla w ciaze, bo nie chce miec problemu pod postacia kotow, ktore pozniej bede musiala komus wydac. No i chce zeby naprawde zostala z nami w domu.
Potrzebuje rozwiazania dla niej, zeby juz sie nie meczyla, i my rowniez - bo teraz jest naprawde ciezko z nia zyc pod jednym dachem!
Uffff skonczylam wywod - co niesamowite wszyscy mnie zrozumieli, bo zaraz mila pani powiedziala co i jak, ze zadnych uspokajaczy nie ma, mozna przepisac tabletki antykoncepcyjne i podawac jej 1 tabletke 1 raz w tygodniu. Tabletki te zlikwiduja okres rui, jednak nie poleca ich sie gdyz - tu wlaczyl sie do rozmowy pan doktor i dokonczyl zdanie - przy dluzszym stosowaniu tych lekow u kotek czesto zdarzaja sie ropomacicza , ponadto leki te sa kancerogenne. Kolejny sposob to szczepionka podawana raz na pol roku rowniez hormonalna, znow nie jest jej zwolennikiem z takich samych przyczyn jak tabletki... zostaje sterylizacja, ktora zaleca sie dokonac wlasnie po pierwszej rui.
W sumie na to rozwiazanie to bylam zdecydowana od poczatku. Jednak nie wiedzialam ile to kosztuje. Teraz juz wszystko wiem!
Koszt zabiegu to 97 euro!! W sumie nie wiem dlaczego nie cale 100, widac to 3 euro reszty to taka nagroda dla wlasciciela pacjenta, ze jednak sie zdecydowal...
W tej cenie jest rtg klatki piersiowej mojej koty, analiza krwi i szwy rozpuszczalne. Zabiegi robione sa we wtorki i czwartki, po wczesniejszym umowieniu sie przez telefon.
Kote musialabym dotransportowac o 8:30 rano do kliniki, a okolo godziny 18tej odbieram juz Futrzasta wybudzona i mam nadzieje, ze w dobrej formie pozabiegowej!
Pisze o tym wszystkim dzis, bo wlasnie wieczorem nastapi podanie 2. tabletki anty. Na zabieg kasy nie mam, tzn zbieram.... brakuje mi jeszcze 80 euro, mam jednak nadzieje, ze w kwietniu bedzie juz po wszystkim... no bo do kwietnia tylko mam czas, pozniej mi jakos nie pasuje...
Ale o tym dlaczego akurat taki miesiac wchodzi w gre, bedzie, ale troche pozniej...
A teraz filmik tylko dla ludzi o silnych nerwach :P
Etykiety:
film,
francuski,
jezyk,
klinika,
kot,
l'œstrus,
la langue française,
la clinique,
la vie,
le chat,
le film,
le vétérinaire,
Nord,
polnoc,
ruja,
weterynarz,
zycie
Subskrybuj:
Posty (Atom)