piątek, 30 października 2009

Dynia

a nawet dwie dynie znalazly sie jakis czas temu w mojej kuchni.

Alez to brzmi... "moja kuchnia" ... sympatycznie w sumie, choc kuchnia jest raczej zakatkiem kuchennym.
No ale akurat nie w tym rzecz.

Dynia zawsze mi sie kojarzyla z jesienia, bo jakze by inaczej, poza tym oczywiscie z zupa dyniowa i plackami z dyni. Jesli chodzi o zupe, to akurat nie zatracilam sie w tym daniu zupelnie. Zdecydowanie bardziej preferuje placki i koniecznie z cukrem... bo nie wiem czy juz mowilam, ale slodycze to ja uwielbiam... no i niestety przez nie, to chyba bede ciagle walczyc z kilogramami... szczegolnie z wiekiem.
Tak mi ostatnio R. powiedzial, ze im czlowiek starszy tym przybywa mu cialka, i ciezej stracic (poklepal sie przy tym po swoim tak, tak wystajacym brzuchu, ktory tak szczerze mowiac zupelnie mi nie przeszkadza) ... Obruszylam sie troche, no bo jak to tak... ja wcale nie chce byc grubsza niz jestem i jak bylam, ba mam taka ambicje zleciec jeszcze troche... o juz nawet gacie mi zlatuja z tylka, i ponoc nie prezentuje sie on przez to atrakcyjnie.
To slowa mojego meza, ktory uznal, ze jest to nie lada komplement! Ech meska delikatnosc... w kazdym razie marza mi sie spodnie nowe, modelu rurki, co oczywiscie zakomunikowalam R. na co on, ze w tych spodniach to mi beda sie nogi rozchodzily...
Matko kochana jak to mi sie beda nogi rozchodzily?? Ze niby co, nie bede mogla pionu zlapac i tylko pozycja horyzontalna mi pozostanie?? Zatem moze sa to spodnie do spania??!! Ha, zeby to bylo takie proste... okazalo sie bowiem, ze mojemu mezowi chodzi o to, ze kobiety noszace te spodnie maja zazwyczaj przerwe pomiedzy udami - ja mam pomiedzy zebami, pomiedzy udami przerwy nie mam, no moze troche wyzej :P... i w dole plecow, ale ta przerwe to akurat ma kazdy :P - co zrobic taka anatomia :))

W kazdym razie jak mozna miec w takich spodniach rozchodzace sie nogi to jest dla mnie nie pojete... chyba, ze nosi sie rozmiar podwojne zero - jakze popularny w USA, choc otylosc wydaje sie byc tam jednak nadal na topie - wowczas to mozna miec przerwy pomiedzy nogami, ba nawet i przede wzystkim pomiedzy neuronami! Ta wymiana zdan, na jakze prozaiczny temat jakim sa spodnie zwrocila moja uwage na to, ze moj facet widzi jednak inne kobiety... i patrzy im na te nogi... na tylki pewnie tez i na cala reszte zapewne rowniez... no i co ja mam zrobic... oczy ma to i patrzy. Mam tylko nadzieje oraz ufam, ze na patrzeniu konczy! :)

Spodni sobie na razie nie kupie... bo finanse sa w watlym stanie, no i musze chodzic w tym co mam... no to na moj tylek na pewno zaden facet nie bedzie patrzyl ... zreszta dla mnie najwazniejsze jest to, ze moj R. patrzy... tylko szkoda, ze zachwytu w tych gaciach w nim nie wzbudzam... a chcialabym! Zreszta R. rzekl mi rowniez, ze jak sobie kupie nowe spodnie, to potem trzeba bedzie kupic nowe, bo znow schudne, a tak jak przytyje to stare spodnie beda jak znalazl - tez mi sie geniusz ekonomii znalazl!
Zarty, zartami i pogledzic sobie mozna, a nawet trzeba przynajmniej wiadomo co druga osoba ma na mysli :)) No i ja teraz tez wiem... mianowicie to, ze moj malzonek zauwazyl, ze chudne... choc na codzien zupelnie zdaje sie tego nie widziec, a troche szkoda :))

A co do dyni... bo w sumie od tego zaczelam ta pisanine i chcialabym na niej skonczyc :D
Jedna juz wydrazylam, druga postanowilam ocalic jako, ze bedzie z niej jednak wiekszy pozytek. Postac ona sobie jeszcze moze i poczekac na swoj czas. Ta pierwsza wiec jest juz pusta glowa na Halloween... i serio, w zyciu nie przypuszczalam, ze kiedykolwiek nastanie taki dzien, ze zamiast szklanych zniczy, kolorowych chryzantem i innych wiencow bede sie uzbrajac w lampionowa dynie! Nie powiem zebym sie w tym jakos odnajdywala, moze za duzo we mnie sentymentalizmu, tesknoty jakiejs. Jednak... zrobilam cos, co zawsze chcialam zrobic, a jakos nie mialam okazji, moze nastroju... a moze po prostu potrzebowalam tego by zamieszkac w innym kraju... no bo dynia fajnie sie do mnie usmiecha ... zreszta co ja Wam bede pisac... zobaczcie sami.

A ja tzw. tymczasem ide robic sernik gotowany i ciasto dyniowe... w koncu jakby nie patrzec mamy Swieta... Wszystkich Swietych, Zaduszki.... no ale jutro najpierw Halloween... i cholera niby to ja cos o chudnieciu mowilam??? Uchhhh ciezka jest dola odchudzajacej sie milosniczki wszystkiego co slodyczami sie zwie :))

I wybaczcie mi ta fote z odbiornikiem TV na pierwszym planie... osobiscie takich nie lubie, no bo to snobizmem i drobnomieszczanstwem smierdzi paskudnie. Ale tam mi jakos najlepiej ta dynia wygladala... choc teraz stoi juz na samej gorze tego mebla po lewej stronie i tam juz raczej zostanie :) A na dodatek... mieszkam w drobnej miejscowosci wiec moze ta fote choc odrobine to usprawiedliwa hehehe Ale... musze przyznac, ze jak na pierwszy raz wyszla mi ta dyniowa geba calkiem przyzwoicie :P

wtorek, 27 października 2009

Tak sobie mysle, ze

niektorzy chcieliby ukladac moje zycie, ale tak jak sobie oni je wyobrazaja.
Dokladnie to mam na mysli tutaj byla zone mojego meza...

Zaskakuje mnie ta kobieta czasami niesamowicie, pewnie dlatego, ze jednak jestesmy ulepione z zupelnie innej gliny.

Po ostatniej rozmowie R. z synem okazalo sie, ze T. zaczyna swoje ferie w szkole 21 grudnia, a konczy 9 stycznia. Moj malzonek z byla zona czyli A. uzgodnili, ze bedziemy mogli T. zabrac w weekend 19-20 grudnia - hmmm wlasnie spostrzeglam, ze to akurat bedzie nasza PIERWSZA ROCZNICA SLUBU - leci ten czas ;) - w kazdym razie zapowiada sie, ze chyba moje marzenia o uroczystej kolacji i kwiatach, sa malo realne, szkoda, chociaz kto wie, moze sie uda cos zrealizowac :)) No ale wazne, ze dla R. beda to pierwsze wspolne Swieta Bozego Narodzenia z wlasnym synem!!
Tez sie juz na nie ciesze, boje sie troche przygotowan do nich, bo nie mamy funduszy na zadne nadprogramowe atrakcje, a tu dzieciaki czekac beda na prezenty gwiazdkowe, a i do Polski trzeba by Bratankowi choc jakis prezent sprawic... oj ludzie, wszystko jest fajne tylko szkoda, ze kasy brakuje :/

No ale ja znow z tematu zeszlam, a mialo byc troche o bylej zonie R., a raczej o tym co ostatnio wysmedzila w trakcie rozmowy telefonicznej z R.
Mianowicie, jej brat czesto i gesto dorabia sobie w Belgii (przywilej bycia zawodowym wojskowym na emeryturze - kasa emerytalna co miesiac jest, czlowiek jeszcze nie stary przeca, to i dodatkowej pracy pomyslec mozna). Kupuje on w tej Belgii gazetke z ogloszeniami wszelakiej masci. Wracajac ostatnio z tej pracy w Belgii do Niemiec, do A., bo teraz u niej w domu cos tam remontuje, przywiozl ze soba taka wlasnie gazetke, ktora pewnie dorwala byla zona R. i przewertowala ja od pierwszej do ostatniej strony (to akurat moje dywagacje, coz moze mnie fantazja poniosla z tym wertowaniem ;P) w kazdym razie wyczytala, ze jest mnostwo ogloszen o prace, i dlaczego ja niczego nie szukam...i dlaczego nie moge znalezc pracy?

Prawde mowiac to poczulam sie jak jakis debil, ktory siedzi bezproduktywnie i nie zarabia na siebie - inna sprawa, ze wlasnie tak czesto i gesto mysle o sobie, wiem, ze to bez sensu ale ciezko to zmienic - po chwili jednak doplynela do mnie fala wkurwienia okropnego!! Coz, w koncu prawda jest taka, ze ja do tej Francji nie przyjechalam w celach glownie zarobkowych - tak jak ona do Niemiec - lecz dlatego, ze pokochalam, z wzajemnoscia jak do tej pory na cale szczescie :PP w Polsce zatem zostawilam prace - i co z tego, ze teraz jest mojej robocie cyrk na kolkach - ale wczesniej bylo oki, i pensja byla normalna i warunki pracy tez sympatyczne, zreszta podejrzewam, ze dalabym rade i teraz cos znalezc, aczkolwiek wykorzystac bym musiala znajomosci na 100%, bo latwo z praca w Polsce chyba nie jest. Wypowiadam sie jednak w tym temacie dosc ostroznie, jako, ze nie sa mi znane dokladnie realia polskiego rynku pracy. Ja moge tylko mowic o swoim doswiadczeniu, ktore mam zyjac tutaj.

Wracajac ...
... A. powiedziala R., ze w Belgii pracy od groma i powinnam tam smignac. Na co slubny do niej, ze niby jak bym miala dojezdzac do pracy (?!), a po drugie on na zadne zycie na odleglosc sie nie zgadza. Nie po to chcial zebym przyjechala do Francji, zebysmy teraz zyli osobno - coz w takim razie to ja moglabym sobie spokojnie dalej byc w Polsce i pracowac, a moj maz we Francji - i tak bysmy sobie zyli... do rozwodu pewnie!?

Nie wyobrazam sobie naprawde tego, zebym miala pracowac tak daleko od domu, od R. - na cale szczescie i w tej materii sie zgadzamy ze soba w 100%. Ja rozumiem, ze pieniadze sa wazne, ale ich zarabianie nie powinno odbywac sie kosztem rodziny!!

Wiem, ze sa sytuacje w zyciu, ze ludzie decyduja sie na wyjazd zeby zarobic lepsze pieniadze, jednak nieliczni zabieraja ze soba swoja rodzine dzieki temu trwaja ze soba w zwiazku, nie kazdy jest bowiem na tyle silny by trwac w rozdzieleniu z najblizszymi, zachlystuja sie nowym swiatem, ludzmi, zyciem i nagle zaominaja o tym co mieli, co kochali. Zreszta kazdy z Was na pewno slyszal takie historie.

A ja... ja chce pracowac, ale tak by codziennie moc nadal czuc jego opiekuncze ramie w te pazdziernikowe noce...
W takim ukladzie to, no wlasnie.... tak sobie mysle, ze moze A. ma chec na mojego meza, albo zazdrosci, ze nam sie uklada i jestesmy szczesliwi, albo najzwyczajniej w swiecie... chce podwyzszyc alimenty... coz...albo naprawde lubi wpieprzac sie w zycie innych... no ale ode mnie i od mojego zycia to akurat wara!!

piątek, 16 października 2009

kocham

kiedy zasypiamy objeci.
Kiedy cieplo Jego ciala, w te pazdziernikowe noce daje mi poczucie, ze jestem w bezpiecznym i cieplym kokonie.
Kiedy Jego reka przygarnia mnie do Jego ciala...
... 2 lyzeczki.
R. et M.

czwartek, 8 października 2009

Co mam zrobic, zeby sie chcialo tak, jak mi sie nie chce!?

Mam tyle obowiazkow w domu, a nie moge sie zmobilizowac, by je robic od samego rana!

Co sie ze mna dzieje, to nie wiem. Zawsze wychodzilam z zalozenia, ze najpierw zrobie to co potrzeba, a pozniej zajme sie rzeczami przyjemnymi, ale tez obowiazkowymi :) Teraz natomiast wszystko mi sie jakos poprzekrecalo, i dzien zaczynam od przyjemnych obowiazkow, a nie od tego co najwazniejsze. Lenistwo mnie kurza stopa jakies dopadlo i tak sobie mysle, ze wszystko bym lepiej sobie potrafila zorganizowac gdybym tylko miala dodatkowe zajecie. Moze kiedy zaczne znow francuski, na ktory sie ponownie zapisalam, to jakos wszystko sie inaczej pouklada, chociaz...kto to wie...

Robota mi potrzebna jakas tez, R. na szczescie rozumie moja potrzebe, sam probuje mi cos znalezc, pomaga i wspiera, ale ciagle nic...

Deprymuje mnie to strasznie, przez co popadam w jakies odretwienie chyba. Zaczynam myslec, ze moze w Polsce z praca byloby jednak latwiej niz tutaj, i czuje, ze nie jestem nikomu potrzebna, ot taki sobie ze mnie czlek, co wstaje rano, pije z R. kawe, odwzajemnia mezowski pocalunek na dobry dzien, zamyka za nim drzwi i ... tapla sie we wlasnym sosie pelnym domowych obowiazkow, ktore wydaja sie nie miec konca, ktore nie przynosza juz jakiegos zadowolenia...
Odliczam dni do przyjazdu Matki Polki, dzieki temu przynajmniej zmobilizowalam sie do jednego... do chudniecia, bo z wakacji przywiozlam 4 kg nadbagaz i w cholere musze sie go pozbyc. Zreszta dzieki Kminkowi i naszemu wyscigowi chcialo mi sie cokolwiek z tym zrobic, rywalizacja obudzila we mnie ducha walki, i cale szczesci, bo inaczej to bym na Swieta chyba sama byla jedna wielka bombka choinkowa ;))
Zazdroszcze szczuplym i nic tego nie zmieni :PP

A tak w ogole to buty sobie kupilam we wtorek... i nawet mi sie podobaja... to juz jest cos :))) kurcze a jakbym miala jeszcze kasiorke to bym sobie jeszcze jedne kupila... kocham buty i moglabym je kupowac codziennie :PP
Oooo i na spacerze bylam, nad morzem... cudnie bylo... tylko za krotko...Na dowod tego wklejam kilka fotek :)))














:))

czwartek, 1 października 2009

kumulacja

Ponoc w Polsce wylosowano juz odpowiednie numerki i wszyscy odetchneli z ulga, wiekszosc z wieksza ulga, bo dzieki temu nie musza sie teraz martwic co zrobic z ta cala kasa.
Ja jednak o innej kumulacji chcialam pisac, o takiej zyciowej, osobistej.

Jakies dziwne przeziebienie mnie dopadlo, wiec zaleglam w salonie okryta szalem i grzeje sie cieplem laptopa - pewnie dlatego, ze kominka nie mamy. W sumie to zimno na dworze nie jest, ale jak czlowiek jest cieplolubny to na poczatku pazdziernika marza sie bardziej wakacyjne temperatury. No ale jest jak jest, a ja przynajmniej mam chwile na ogarniecie tego co bylo...a jak dla mnie sporo tego bylo.

Wszystko zaczelo sie od tego, ze od jakiegos czasu leciala nam woda w lazience. Skad? Coz, wowczas podejrzenie padlo na prysznic, jednak R. pracujac od wczesnych godzin porannych, do naprawde poznych godzin wieczornych nie mial czasu sie temu przyjrzec, ja tym bardziej, bo i po jakiego grzyba, skoro ni huhu sie na tym nie znam!

O zagladaniu, dlubaniu, naprawianiu nie bylo mowy tym bardziej, ze ostatnim razem kiedy mielismy problem z bojlerem uslyszelismy, ze "gdyby cos, kiedys mialo szwankowac to nic tylko dzwonic do wlascicielki domu i z nia zalatwiac ta sprawe, pod zadnym pozorem nie ruszac niczego". Nie zamierzalismy narobic sobie niepotrzebnych klopotow wiec zostawilismy wszystko jak bylo, a ja tylko zmienialam co chwile szmaty na podlodze na takie juz bardziej suche.
R. oswiadczyl mi w tamtym tygodniu, ze zajmie sie ta sprawa co ja przyjelam z ulga.

Taaaaa...
Juz wiem, ze maz pracujacy non stop kolor przeistacza sie w swego rodzaju cyborga i mozg ma nastawiony tylko i wylacznie na lataniu dziury budzetowej swego gniazda rodzinnego! Kiedy bowiem, zapytalam go jakos w srode, zeszlego tygodnia czy juz zajal sie sprawa tej nadprogramowej wody w lazience uslyszalam slowa o dosc mocnym przeslaniu (mocnym w odbiorze dla mnie oczywiscie), ze jak tak dalej pojdzie to ja bez niego czyli bez R. nie bede mogla nawet sie ******
*... tu padlo slowo brzydkie zwiazane z fekaliami, nie bede go przytaczac, bo mi sie jakos estetycznie nie konweniuje dzisiaj z kolorem mojego otoczenia i zrani to doglebi moje odczucia artystyczne, jakie jeszcze posiadam!

Wracajac jednak jeszcze na chwile do owego zdania, powiedzialam co myslalam, bo jednak poruszylo mnie to mocno... niby nic, a potrafi wyprowadzic z rownowagi! No bo jak mozna mi mowic takie rzeczy skoro jeszcze kilka dni temu zapewnialo sie mnie, ze sie tym zajmie... wiec czekalam.... a nagle mu sie odwidzialo i nie wykonal tego jednego telefonu przez cale 3 dni, a potem naskakuje sie na mnie i oczekuje, ze skoro od 3 dni On sie tym nie zajal, to powinnam ja!! Przeciez On pracuje!!! No jak pragne zakwitnac, przeciez idiotki z siebie robic nie bede! Skoro ktos mi mowi, ze sie tym zajmie, to ja o sprawie zapominam i co najwyzej licze na to, ze mi R. powie, ze tego i tego dnia o tej o tej godzinie zapuka do drzwi ktos, co naprawi ten cholerny wyciek jeszcze nie wiadomo skad!
Prawde mowiac pierwszy raz zgadzam sie z moja szwagierka, ktora miala racje mowiac, ze sama zobacze, ze jeszcze chwila i wszystko spadnie na moja glowe, bo przeciez ja nie chodze do pracy, i mam wiecej czasu zeby zalatwiac takie rzeczy! I ok, nie mialabym nic przeciwko temu, gdyby powiedzialo mi sie o tym normalnie, uprzedzajac wczesniej, a nie naskakujac na mnie niczym przyslowiowy Filip z konopii.

U szwagierki faktycznie jest tak, ze jesli ona czegos sie kurczliwie nie uczepi, nie zacznie jeczec, badz po prostu sama sie czyms nie zajmie to niczego nowego w domu nie bedzie, zero inwencji ze strony meskiego polowka... coz czym to nazwac? Lenistwem? Wygoda? Cholera wie.

Ja wiem jedno, szlag mnie trafil!!! Co najwazniejsze, i jakze oczywiste w koncu to JA zadzwonilam do babki, i zalatwilam zeby to naprawili, to JA bylam podczas naprawy, to JA nagadalam sie jak glupia zeby mi nie wciskali kitu, ze to niby my cos ruszalismy, a dokladnie moj maz, i to JA wiem, ze dogadac sie potrafie i to bez pomocy R., potrafie tez zalatwic owa potrzebe fizjologiczna bez pomocy nikogo z zewnatrz!! To juz jest jakis plus, szczegolnie teraz kiedy jakas infekcja mi sie przyplatala, sprawiajaca, ze powinnam sie prawie przyspawac do muszli - niestety nie koncertowej.

W sumie niby to taka drobnostka, ale zapadla mi w pamiec i dala do myslenia. R. zrozumial, ze na mnie z lekka naskoczyl, bo oczywiscie powiedzialam mu o tym, jednak tak sobie czasem dywaguje, ze te moje gadki to chyba nie wiele daja... Sam mi zawsze powtarzal, ze zawsze mozna ze soba porozmawiac i wyjasnic wszystko, tylko ostatnio to ja mam wrazenie, ze to wlasnie ja sie produkuje jak jakas zniesmaczona, rozgoryczona stara zona i utyskuje na mojego R, On natomiast poslucha, cos burknie badz nie, i tyle bylo po rozmowie. Co sie stalo z tamtym R, ktory zawsze powtarzal, ze o wszystkim mozna porozmawiac... coz, okazuje sie, ze mozna o wszystkim, jednak nie o tym co dotyczy chyba jego samego. Nie wiem juz sama co mam myslec o tym wszystkim. Zrzucam to na karb jego przepracowania, problemow finansowych... jednak chcialabym zeby bylo tak jak kiedys.... Wiem, wiem "to se ne wrati" ale marzy mi sie jakis romantyczny poryw z walsnym mezem, zeby BYC z nim, bez osob towarzyszacych, potrzymac sie za rece, przytulic, pocalowac...mam juz powyzej dziurek w nosie bycia ciagle sama, jak widac ze wszystkim jestem sama...
Jutro jade zapisac sie na kolejny rok francuskiego, mam nadzieje, ze dzieki temu troche sie przewietrze mentalnie i fizycznie, moze w ten sposob zorganizuje sobie jakos swoje zycie, no wlasnie problem w tym, ze siedzac w domu swojego zycia sie nie ma... bez wychodzenia poza jego prog, umiera sie powoli.

Co do francuskiego, to jeszcze rok temu to mnie ktos pomagal w tym zeby sie tam zapisac, a w tym roku to ja bede pomagac 2 innym osoba. Sympatyczne to :) Podbudowuje mnie i daje radosc, bo widac, ze kolo pomocy kolezenskiej z roku na rok sie rozrasta :)) Moze by tak nawet pomyslec o pomocy dla innych naszych rodakow, rozsianych w moim rejonie zamieszkania... nie jest to glupie, ale jednak do tego na pewno potrzebuje lepszej znajomosci jezyka, zamierzam sie do tego przylozyc - przede wszystkim dla wlasnego dobra :))

Ech ponarzekalam, pogledzilam, i w sumie ... czas sie wziac za to cholerne prasowanie, ktore lezy jeszcze od poprzedniego postu odlogiem :) Taaaaa i niby w domu jest fajnie, moze przez chwile i kiedy wszystko jest w nim zrobione ;) buuuu niech mi ktos znajdzie kogos chetnego do prasowania, albo przynajmniej kupi dobra deske do wykonywania tej czynnosci, bo wlasnie przez jej brak ciagle wszystko laduje na jednej kupce zamiast od razu wpadac pod cieplo zelazka...no i tak prozaicznie zakoncze... niektore rzeczy jednak bardzo ulatwiaja zycie kazdej pani domu ;))
Rety, jak cudnie, ze jutro robie sobie wychodne ;)