środa, 10 lutego 2010

Aj jakos tak dziwnie jest

wczoraj mnie wieczorem naszla potrzeba pisania, ale zorientowalam sie, ze chce mi sie tutaj pisac wlasciwie tylko wowczas kiedy jest mi zle.
No to troche do dupy z takim blogiem, ze ja sobie pisze o moich bolesciach do 7 potegi, a o radosciach normalnie nic, ani slowa.
Nie wiem skad to sie bierze, moze dlatego, ze jednak czesciej czuje sie do bani, i malo radosci odnajduje w dniu codziennym, a moze dlatego, ze akurat cale to pisanie "najplodniej" mi wychodzi pod koniec cyklu i w jego poczatku... tego cyklu babskiego, to tak zeby czytajacy faceci zalapali o co biega... w sumie fajnie, ze choc 2 rodzyny tutaj czasem zagladaja :))

Teraz tez jest sporo tego co mnie gniecie, ale juz nie bede sie wysmecac, bo i bym tak gledzila i gledzila... w koncu by mi musieli laptoka zlozyc w trojkat zebym tych smetow nie smecila.
Powiem Wam tylko tyle, ze 30 stycznia moj R. mial wypadek samochodowy.
Droga kreta, lekka zamarzajaca mzawka ... no nie wazne, szybko nie jechal, jak na panujace warunki, ale mnie tam z nim nie bylo wiec swojego punktu widzenia Wam nie przedstawie. W kazdym razie, znalazl sie przydroznym rowie, dachujac...

On zdrow i caly, z jednym guzem na glowie, ktorego sobie nabil odpinajac sie z pasow, lezac na glowie ... na cale szczescie!! Samochod... do kasacji...
No i tak sobie zyjemy bez samochodu, szukamy nowego tzn przechodzonego, ale niestety latwo nie jest.
Ja sie ciesze, ze R. nie odczuwa zadnych skutkow tego wypadku, oprocz bolu po stracie samochodu, ktory nie byl jeszcze splacony... tak, jakby nie patrzec ow bol jest dotkliwy, bo i mnie dotyka...
Mimo wszystko pieniadze rzecz nabyta, i ciagle wierze w to, ze wyjdziemy na prosta. Teraz pieniadze na samochod mamy, pozyczone oczywiscie... ale najwazniejsze, ze w ogole sa.
Tylko, ze coz... wszystkie najfajniejsze auta chyba poszly w tamten weekend, kiedy akurat nie bylo mozliwosci jak zadzwonic, albo jechac ogladac... a jak juz mielismy mozliwosc zadzwonic to okazalo sie, ze ogloszenie jest juz nieaktualne, bo samochod juz zostal sprzedany.
No i teraz w ciagu calego dnia, mam otworzona strone internetowa z ogloszeniami i czekam.... a noz widelec znajde cos, za max 1200 euro, fajnie wygladajace, z malym przebiegiem i najlepiej diesel....
Mnie sie marzy... Renault megane... ale jak tak dalej pojdzie to bede musiala sie zadowolic Renault 19... no i mowilam, ze nie mam o czym pisac wesolym :P

Oooo chociaz jedna rzecz optymistyczna znalazlam... przed chwila w koncu przestal padac snieg, uspokil sie wiatr i co najwazneijsze, radosnie swieci slonce... oby do wiosny!!

No i w ogole to zla jestem na siebie, bo z dietka cos mi nie wychodzi... ale obiecuje, ze w koncu sie zmotywowuje.. ciezko tylko mi z tym bardzo szczegolnie, ze wszyscy dookola mnie wpieprzaja w najlepsze to, co im sie zywnie podoba, bez zadnych uszczerbkow na swej wadze... ech zazdroszcze tym zjadacza chleba, oj bardzo!

no i znowu zaczal padac snieg... dobra, juz nic nie mowie!

:)) No to do nastepnego... oby bardziej optymistycznego bazgrania :)))

... kurcze a w niedziele Walentynki, czas leci kurza stopa, do Wielkanocy co raz blizej :P

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ostatnio

Ania pisala o przyjazni, i tak jakos w glowie mi to zakrecilo.
Nie mam przyjaciol. Tzn mam Kure Domowa, ale ona daleko... gadki przez neta to nie to samo, co usiasc ze soba i pogledzic, chocby o tym, ze zima nie odpuszcza.

Jestem tutaj sama, cale dnie sama... mam Bratnia Dusze, ale ona lada chwila wyjezdza na pol roku do Libanu. Druga kolezanka, troche taka wscibska jest, niby chce dobrze, ale jakos ciezko mi jej zaufac. Jakby to powiedziec, zawsze chce wszystko wiedziec, gada przez telefon co najmniej godzine, kiedy ja nie wiem o czym mam mowic, bo i ochoty nie mam, i jakos srednio mi sie chce z nia owymi wiadomosciami dzielic. Mam chyba jakas blokade na ta znajomosc i musze sie bardziej zastanowic dlaczego wlasnie tak jest!

Niby samotnosc powinna byc tworcza, a ja sie czuje co raz bardziej zmeczona, jakos brak mi ochoty do dzialania. Moze to ta zima tak wplywa na mnie, moze i nie... sama nie wiem... wiem tylko jedno, juz kiedys tak sie czulam, ale nie bylam wtedy szczesliwa.
Pracy mi trzeba jakiegos sensu w zyciu... jak tak dalej pojdzie to chyba zgodze sie na robote zupelnie nie oplacalna, ale za to sprawiajaca, ze jeden dzien bede poza domem. Praca nieskomplikowana za to dojazd do niej az za bardzo... zajal by mi jakies 1,5 godziny, sama praca 2 godziny w tygodniu, powrot kolejne 1,5 godziny, jesli tylko okazaloby sie, ze godziny komunikacji podmiejskiej mi pasuja, bo autobusy jezdza tutaj bardzo rzadko ... wychodzi wiec okolo 6-8 godzin poza domem. Przez te 2 godziny zarobilabym okolo 17 euro na dojazdy w obydwie strony musialabym przeznaczyc 9,4 e, prosty rachunek, zarabiam 7,6 e.....
Niby skorka nie warta wyprawki... ale moze dobrze mi to zrobi...

Nie lubie nie miec pracy... nie lubie byc samotna... ale umiem byc sama, sama ze soba, prawde mowiac nie nudze sie w swoim towarzystwie, ale czy o to w zyciu chodzi?
Mnie chyba nie...