Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alzacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alzacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Sierpien? Ale jak to? Kiedy? / Août? Mais comment ça? Quand?

No wlasnie, lipiec jakos uciekl mi z kalendarza!!
Skandal!! ;)
Mialam goscia u siebie przez 10 lipcowych dni, i kompletnie sie zatracilam w wakacyjnych obrazach i nastrojach... Nie mam chwilowo weny na deco, na zmiany... ciesze sie po prostu latem, i tym czasem kiedy wieczory mozna spedzac na powietrzu pijac chlodne winko z przyjaciolmi, korzystam z kazdej chwili i okazji jesli taka sie tylko nadaza.

Moj przyjaciel zachwycony Alzacja, Francja... ciesze sie bardzo! Zreszta kto tu byl, ten wie, ze trudno sie nie zakochac w tej czescie Francji.

Podczas tych 10 dni pojechalismy do Strasbourga by m.in. obejrzec spektakl swiatla i dzwieku pokazywany na 1000 letniej juz Katedrze - polecam jesli ktos bedzie w poblizu - koniecznie trzeba zobaczyc. Zalapalismy sie tez na taki pokaz na Starym Rynku w Miluzie.
Poszwedalismy sie po alzackich wioskach, miasteczkach, pilismy wino, jedlismy sery, i inne alzackie pysznosci i oczywiscie chlonelismy wszystko w rytmie tzw slow life...

Odwiedzilismy ten Bazylee, bo przeciez ona tuz za miedza, oraz przygraniczna miejscowosc w Niemczech, w ktorej daja swietne i pyszne lody!!
Oj duzo by opowiadac... i pewnie to kiedys zrobie, ale na razie musze odpoczac jeszcze troche :) cos czuje, ze kolo jesieni bede czesciej aktywna, jeszcze na poczatku wrzesnia czeka nas mala podroz na polnoc Francji, z przyjaciolmi, tymi samymi z ktorymi bylismy w Polsce... wiec jak na razie wszystko zaczyna sie krecic tez wokol tego...

Tymczasem w tym tygodniu jestem sama, bo R. dzis po pracy jedzie jeszcze konczyc inna budowe, ktora ma w pieknych okolicznosciach alpejskiej przyrody.... Jak dobrze pojdzie to w czwartek wroci, ale z ta jego robota to nigdy nic nie wiadomo. Czekam tez na przyjazd innej kolezanki, ktora mieszkala kiedys w Alzacji, milo bedzie sie spotkac po ponad roku...

A na koniec kilka zdjec.. 10 dni w pigulce, piguleczce ;)

Do zobaczenia kochani, i wybaczcie, ze tak krotko, ale przeciez lato trwa... 
korzystajcie wiec z niego i z czasu spedzanego z bliskimi :*


la tarte flambée

la choucroute

sam tluszcz, z miesa i sera :P

Strasbourg

Riquewihr

Katedra w Strasbourgu

Pyszne wloskie lody w Niemczech

Wieczorny pokaz w Miluzie, piekne i wzruszajace!

Apero - ser z polnocy z Neufchâtel - bajeczny!!!!

Jeszcze prawie 2 miesiace do winobrania...

Szwajcarska Bazylea i jej spokoj...

Fois gras i Gewurtzraminer - najlepsze polaczenie smakow... jak ktos nie probowal to goraco polecam.....

No i wlasnie tak korzystam z zycia, we Francji nie da sie inaczej :PBisous :*


sobota, 9 maja 2015

o Alzacji rzecz bedzie....

jakis czas temu, zostalam zaproszona przez jedna z blogowych kolezanek do napisania tekstu o Alzacji, do jej cyklu pod ciekawa nazwa "Alzacja polskimi oczami". Co sobota ukazywala sie i mam nadzieje, ze jeszcze beda sie ukazywac, notka o naszym regionie, w ktorym mieszkamy i zyjemy :)

I wlasnie dzis rano moj tekst pojawil sie na lamach tego bloga, co mnie niezmiernie ucieszylo :) 
dlatego chcialabym Was serdecznie zaprosic do przeczytania tego tekstu, oraz do polubienia bloga i fanpage naszej blogowej kolezanki, ktora zna Francje i tez ja kocha tak jak ja :)

Zatem obierzcie kierunek: 
A tu malenki fragment:

"Zanim ja i mój mąż pojawiliśmy się w Alzacji, odkrywaliśmy inny piękny region Francji, Nord Pas de Calais, jakże różny od tego, w którym teraz mieszkamy. Prawie wszystko toczyło się w naszym życiu jak w filmie Danny’ego Boon’a „Bienvenue chez les Ch’tis” (polski tytuł to „Jeszcze dalej niż północ”). No, może z tą różnicą, że nie maczałam kanapki z tamtejszym śmierdzącym serem maroilles w zbożowej kawie. Sam ser akurat uwielbiam i polecam Wam fantastyczny przepis na flamisze z serem marła (tak wymawiamy jego nazwę), jeśli jakimś cudem macie go pod ręką.
Życie na północy jest bajeczne, ale i ciężkie. Nadal mamy tam przyjaciół i rodzinę i to dzięki nim wracamy tam, jak tylko czas na to pozwala, i już nie płaczemy z tęsknoty… Tak, tak, to prawda co mówią. Jeśli ktoś przyjechał kiedykolwiek w te strony, to płacze dwa razy. Pierwszy raz po przyjeździe z rozpaczy, że przyjdzie mu żyć tam, gdzie morze, wiatr i wilgoć… I drugi kiedy wyjeżdża i musi się rozstać z pięknem tego regionu i z ludźmi, którzy są tak serdeczni i gościnni, że polska gościnność wydaje się nagle przereklamowana…
Aj, ale ja tu o północy Francji wodę leję, a przecież miałam opowiadać o Alzacji…"
po reszte zapraszam na Bloga Love For France :)




sobota, 12 czerwca 2010

spotkanie


Jak widac na zalaczonym obrazku bylo fajnie :))
Prawde mowiac czlowiek sie nagadac nie mogl... baby, jak to baby czuja niedosyt, bo wiadomo, ze kobitom to sie geby nie zamykaja, Zeby nie bylo, to nie mowie, ze wszystkie cechuje ta gadatliwosc, no ale jednak znaczna wiekszosc :)) Faceci tez w sumie nie odbiegaja od tej normy, szczegolnie, ze jakos naturalnie podzielilo sie to nasze grono na meskie i zenskie.
Rodzaj meski pod postacia 3 doroslych oraz 2 niepelnoletnich naturalnie przeniosl sie na taras domu, tak nawiasem mowiac slicznego domku, z dusza... no ale to akurat logiczne, bo wlasciciele tego domu sa wyjatkowi. :) Poniekad przypominali mi mojego brata i bratowa, nie fizycznie, ale za to mentalnie :))

Czas nam minal wprost zabojczo szybko!! Nawet sie nie zorientowalismy, kiedy przyszla godzina 18. Bardzo sie ciesze, ze tam pojechalismy, ze moglam/moglismy poznac tych fajnych ludzi :)) Kazdy przepelniony roznymi doswiadczeniami zycia we Francji. Do jednego doszlismy wniosku, ze jednak Polak na "obczyznie" nie jest taki sam, po prostu trzeba trafic na odpowiedniego osobnika :) Bedac na spotkaniu nie szukalam przyjazni, dlatego nie czuje sie rozczarowana, czy zawiedziona, wrecz przeciwnie czuje sie bardzo zadowolona, bo teraz mam poczucie, ze nie jestem tutaj calkiem sama, zawsze moge zadzwonic, pogadac, albo ktos dzwoni do mnie :))

Dzieki wymianie informacji pomagamy sobie wzajemnie, nie spotkalam sie z zadna zazdroscia, zawiscia, ba co dziwne kazda z nas wspiera druga, ladujemy sobie akumulatory, w zadnym wypadku nie podcinamy skrzydel. I prawde mowiac dobrze wiem, ze wszystko to dzieki temu, ze po prostu jestesmy osobami o podobnym toku myslenia i wrazliwosci, nie z kazdym przeskoczyla ta magiczna iskra, ale nic porozumienia istnieje :)
Ciezko w sumie opowiedziec w szczegolach o tym spotkaniu, jako, ze glownie jedlismy, pilismy i gadalismy.... na koniec pojawila sie mega burza i ulewa, ale w sumie byl to dobry akcent, bo jakby nie patrzec spotkanie bylo nazwane "powodziowym" :)) O i wlasnie, zapomnialam dodac, ze kazdy przywiozl co mogl i naprawde sporo tego bylo, a jutro kolezanka, u ktorej goscilismy (pierwsza po lewej na zdjeciu) wywozi wszystko do Niemiec, a stamtad pomoc jedzie do Sandomierza.

Mowiac szczerze od tego spotkania troche sie poprawilo moje samopoczucie, czuje sie troche lepiej w miescie na M. i poza tym wydarzylo sie w tym tygodniu jeszcze cos, co sprawilo, ze jednak z odrobina optymizmu zaczynam spogladac w przyszlosc... no ale o tym bedzie w przyszlym tygodniu :)) Lubie dozowac emocje... bo co to za atrakcja zezrec od razu wisienke z tortu :DD

Tymczasem uciekam i zycze Wam milego weekendu :)) Moj bedzie mily, bo znow zapowiada sie towarzysko, nawet trzeba bylo dokonac pewnych zmian, bo w jeden wieczor nie da sie obskoczyc kilku osob, szczegolnie, ze dzis ma byc grill... a w ogole to nie wiem czy Wam juz mowilam, ze jezdze po miescie samochodem.... tylko ciiiiii nie powtarzajcie nikomu, bo w cholere nie dadza mi prawa jazdy!!! A ja chcialabym najpozniej w przyszlym roku w koncu je zrobic... no oczywiscie tutaj, nie w PL, tutaj jakos latwiej mi ta jazda przychodzi i same egzaminy wydaja sie latwiejsze... no ale zobaczymy jak bedzie, na razie jest jak jest i staram sie nie robic tego za czesto, bo wiadomo licho nie spi!! ;))

piątek, 21 maja 2010

Rosol se dzis gotuje

i zrobie salatke warzywna, i galaretki drobiowe... bo ja to w sumie lubie czasem tak w kuchni posiedziec... byle nie za czesto i ciagle... poza tym mam w koncu mila odmiane, bo ostatnimi czasy od gotowania makaronu z sosem na bazie pomidorow to mi sie po prostu mdlo robilo.

Ja to bym i nawet posuwala sie dalej w tym pichceniu, ale moj malzonek raczej z tych tradycjonalistow kulinarnych jest, zatem najbardziej rozsmakowuje sie w bigosie, golonce, pierogach z miesem i w ogole garmazem szeroko pojetym. Mnie az ciary przechodza po plecach, bo ja, wole kuchnie bardziej srodziemnomorska, no moze wloska, chinska, turecka, libanska ... no na pewno jakkolwiek egzotyczna, z typowo polskich potraw najlepiej przyswajam kluski na jablkach z fura cynamonu i cukru, mloda kapuste z koperkiem, i leniwe... cala reszta jest tylko dodatkiem ;)

Mam wiec czasem zagwozdke co gotowac, i jak gotowac, zeby wilk byl syty i owca cala...
No, ale ja w ogole to chcialam pisac o czyms innym... mianowicie o tym, ze bylam we wtorek przeciez w Pole emploi.

Spotkanie mialam na 10:30, wiec wyszlam z domu o 9:15. Wszedzie chodze na piechote wiec taka rezerwa czasu byla mi potrzebna. Musze pamietac, zeby nastepnym razem wskoczyc w trampki, a nie ladne trzewiki, bo po przejsciu w nich 6 km strasznie bola nogi, a pecherze tak szybko z nich nie schodza pomimo ostrej pielegnacji... na szczescie widac juz znaczna poprawe!
Jako, ze GPS rozladowal sie juz w domu przy wprowadzeniu adresu, bylam skazana na mapke, ktora sobie przeszkicowalam z google maps. Zeby nie bylo, ze taka pierdola jestem to powiem, ze mapka byla dobra, tylko oznakowanie ulic do doopy dlatego przy koncu trasy pogubilam sie troche. No, ale w koncu to spotkanie mialam nie gdzie indziej tylko na zadoopiu miasta. Nawet nie mialam kogo zapytac, bo zywej duszy nie widzialam, postanowilam wiec isc na tzw nosa... i udalo sie, widac mam dobry zmysl wechu, albo duzy nos.
Na miejscu bylam okolo 10:10. Szybko podeszlam do blatu rejestracji, przedstawilam sie i powiedzialam na ktora godzine mam spotkanie... pani skierowala mnie na pietro i prosila o skserowanie potrzebnych dokumentow, ale ze ja juz taka hop do przodu jestem, to zawsze przychodze zwarta i gotowa, tzn z plikiem dokumentow ode mnie wymaganych juz skserowanych.
Nastepnie znow wykorzystujac zmysl jakis zwierzecy, skierowalam sie w kierunku stadka takich jak ja... znalazlam tam liste, na ktorej bylo rowniez moje nazwisko i imie... usiadlam wiec spokojnie i czekalam na rozwoj wypadkow...

Po chwili, z jednego z pokoi wyszla pani i zapytala kto czeka jeszcze na zapisanie sie do PE... smialo podnioslam reke i oznajmilam, ze ja we wlasnej osobie, na co pani poprosila mnie zebym powiedziala jak sie nazywam i poprosila o skserowanie dokumentow, karty Vitale (ubezpieczenie), paszportu, aktu malzenstwa (bo paszport mam jeszcze na eksowe nazwisko... tak, musze zmienic paszport, bo i na focie mnie juz urzednicy nie poznaja... nie, nie zebym az sie tak postarzala ;p) powiedzialam z usmiechem pani urzedniczce, ze ja to juz wszystko mam, i jestem gotowa! Ach radosc w oczach pani byla bezcenna!

Kiedy zasiadlam juz za biurkiem, przed licem pani urzedniczki, oraz monitorem jej komputera, nastapila weryfikacja moich dokumentow. No i wtopa, nie bylam jednak taka gotowa jak myslalam, bowiem nie mialam w swoich zasobach makulaturowych papieru, ktory wypelnialam zapisujac sie do ich instytucji. Pani sie zirytowala wyraznie, na co odpowiedzialam, ze zapisywalam sie droga internetowa, i niby skad mialam miec ten papier, ktory ode mnie teraz wymaga?! Uslyszalam, ze ten papier powinnam dostac droga pocztowa, tak jak zaproszenie na to spotkanie. Odpowiedzialam, ze jak widac nie dostalam zadnego papieru, bo przeciez mialabym go ze soba, jak i cala reszte. Zaperzona pani urzedniczka zaczepila swojego kolege, ktory akurat przechodzil z takimi papierami pod pacha i powiedziala mu w czym rzecz, na co on jej odparowal zeby sie nie denerwowala, bo on wlasnie wraca z dolu, w tej sprawie. Okazalo sie bowiem, ze zadne z tych papierow nie zostaly wyslane poczta, ale czekaja sobie na dole na swoj czas... taaaa i w tym miejscu pomyslalam sobie, ze wlasnie przekonuje sie po raz kolejny, ze znow mam do czynienia z papierowym bajzlem do jakiego juz przywyklam w tym kraju.

Nic to, pani nie zrazona zupelnie wyciagnela papier z szuflady i zapytala czy moge go wypelnic jeszcze raz, bo ona juz nie bedzie zbiegac na dol i szukac mojej deklaracji. Pewnie, ze moglam wypelnic, w koncu przyszlam w swojej sprawie, wiec wypelnienie formularza formatu A4 nie jest problemem. W tym samym czasie pani uzupelniala moje dane w swojej bazie danych i zapytala nieopatrznie czy Polska jest w UE.... chyba moj wzrok jej duzo powiedzial, bo od razu zaczela mnie przepraszac mowiac, ze powinna przeciez takie rzeczy wiedziec...

Cala ta procedura nie trwala dluzej niz 15 min. ... ale to niestety nie bylo wszystko. Musialam jeszcze czekac na doradce, ktory zwyczajowo przeprowadza ze mna gadke, co chce robic, jak i dlaczego oraz zaglada w moje papiery uczelniane jakie by one nie byly...
Monsieur Mathias okazal sie dosc zniewiescialym paniczem, o dlugich i chudych rekach, i nogach iscie pajeczych... na szczescie od czasu do czasu wykazywal czlowiecze odruchy wykrzywiajac w grymasie usmiechu kaciki ust.

Reasumujac, udalo mi sie wyegzekwowac skierowanie na kurs francuskiego (co by go ostro pomeczyc glownie w pismie)... i to w sumie tyle... pracy szukac sobie musze dalej, co zreszta robie... Pierwsze spotkanie na kursie mam dopiero 10.06. i wowczas przeegzaminuja mnie i okaze sie na jakim poziomie jestem, a co dalej to zobaczymy... powiem w czerwcu. Za kurs oczywiscie nie place, bo finansuje go PE... zle wiec nie jest, prawda?

No i teraz po czasie chwilowego marazmu, lekkiego zniesmaczenia wszystkim i wszystkimi, pisze sobie o tym wszystkim tutaj... i tylko szlag mnie trafia, bo jak na razie moim jedynem polem do popisu moze byc tylko kuchnia... jak tak dalej pojdzie to sie moze w koncu naucze te pierogi lepic... moze na tym jakies pieniadze zarobie... i nazre sie za wszystkie czasy!! Tylko zeby mi to czasem bokiem nie wyszlo!!

Tymczasem spadam po chleb, a pozniej skroje salatke.
ech ta proza zycia.... ;))

poniedziałek, 17 maja 2010

Dzis uslyszalam, ze mam dziwny akcent...

ludzie!!! Zatem okazuje sie, ze ja w ogole mam jakis akcent!! :))
Alleluja!! :))
Nie myslalam, ze kiedys doczekam takiego dnia :)))
Niech zyje Polka we Francji!!

Na dodatek po raz kolejny zaczepil mnie jakis mlodzian na ulicy i najpierw zapytal o godzine, a po chwili juz przeszedl do konkretow pytajac czy jestem mezatka... no, a ze jestem to i odpowiedzialam zgodnie z zaistnialym stanem cywilnym, na co uslyszalam, ze to wielka szkoda, bo jestem taka piekna.... no i to przynajmniej byl pierwszy facet, ktory mnie zapytal o stan cywilny, bo innym jakos moj maz by chyba nie przeszkadzal...

Jednym slowem ciekawe ja mam zycie w tej Alzacji...
A jutro ide do Pole emploi...
... pracy mi sie chce i zarabiania pieniedzy!!! No to lece poskakac po anonsach jeszcze, a pozniej przygotowac papiery na jutro i przede wszystkim mezowi kolacje trza bedzie zrobic... dzis grzanki z cebulka, wedlina i serem zoltym... chyba mi jezyk do tylka ucieknie!
Nienawidze byc na diecie, ale jak mus to mus... w koncu jakos trzeba wygladac!

poniedziałek, 29 marca 2010

bylo, minelo, jeszcze wroci

Wrocilismy na "swoja polnoc" z weekendowego pobytu w Alzacji.
Zal mnie cos sciska, chyba sie zzylam i zasymilowalam ogolnie rzec ujmujac z calym klimatem "mojej" polnocy.

Kilka rzeczy musze Wam powiedziec natychmiast, mianowicie wyjazd okazal sie bardzo owocny. Tzn. R. podpisal kontrakt, fakt, ze w nim troche glupot napisali - na szczescie jutro maja go poprawic i wyslac go mailem. Moj malzonek jeszcze nie czuje tego co bedzie robic, bo jak stwierdzil bedzie sie musial troche poduczyc, no ale jego nowy szef powiedzial, ze liczy na niego i, ze w niego wierzy... tym samym wyjscie R. nie ma ;) Nie ma co sciemniac najwiekszym plusem R. jest to, ze gada po francusku!! Reszta wyjdzie w trakcie pracy :))
Mnie sposrod wielu ogloszen, udalo sie wylowic kilka interesujacych i dzieki temu znalazlam juz mieszkanie do wynajecia! Dzieki zreszta nowo poznanej kolezance, ktora okazala sie super babka, nomen omen urodzona tego samego dnia i miesiaca co i ja :))) Ona jest o rok starsza, ale to nic, bowiem czulam sie jak z kims, kogo dobrze sie zna... nawet czesto i gesto mialysmy podobne spostrzezenia, zdanie, mysli... zatem jest ok :))

Co do mieszkania to juz owa kolezanka, jako, ze jest na miejscu to zalatwia wszelkie formalnosci, ja jej tylko skanuje odpowiednie dokumenty i dolaczam do maila. Dzis wlasciciel mieszkania wyskoczyl z tekstem, ze chce 3 ostatnie wyciagi z banku - pogielo chlopa!! Od razu kolezanka A. zatopila sie w stronach www poszukujac wiarygodnych informacji o tym, co na pewno jest potrzebne do wynajecia mieszkania... oczywiscie, o zadnych wyciagach z banku mowy nie ma, zatem do tego wgladu ow pan wlasciciel miec nie bedzie!! Jestem ciekawa jak zareaguje na to... mam nadzieje, ze troche spusci z tonu, bo okaze sie, ze bedziemy mieszkac pod mostem... albo w mieszkaniu, ktore mi sie za bardzo nie podoba, no ale na poczatek moze nie ma co narzekac, zawsze innego lokum mozna szukac... ale jakby co o tym bede myslec jutro :)

W sumie, dzieki temu, ze znalazlam juz mieszkanie, to bedziemy mogli jechac wszyscy razem, od razu :)) Razem to znaczy, R. ja i nasza Kota, ktora przez te 3 dni naszej nieobecnosci tesknila przeokropnie za nami czyt. szczegolnie za mna, a teraz nie odstepuje mnie ani na krok! :)
Wyjezdzamy 10 kwietnia, zatem to juz za 2 tygodnie...
Rzeczy i spraw do zalatwienia mam po prostu ilosc ogromna, o pakowaniu nie wspominam... ale skoro 2 lata temu jakos dalam rade zmienic kraj zamieszkania, to teraz chyba zmiana regionu nie powinna byc az takim problemem ;)
Te 3 dni poza domem, duzo mi daly, poznalam troche siebie, musialam sie sprawdzic w kilku sytuacjach :) Cieszy mnie to, ze przelamuje swoje obawy, leki, strachy, ze przede wszystkim jezykowo radze sobie coraz lepiej. Nadal oczywiscie najlepiej radze sobie z zalatwianiem jakis spraw, natomiast gadki o przyslowiowej "dupie Maryni" - wszystkie Marynie w tym miejscu przepraszam :) - ida mi bardziej opornie... no ale mysle, ze po 2 latach nie jest ze mna tak zle, szczegolnie, ze ja nigdy przenigdy z tym jezykiem wspolnego nic nie mialam!!
Dobra, nie ma co sie tu rajcowac :)) Trzeba zakasac rekawy i zaczac pakowac dobytek, co od jutra zaczynam. Dzis zaleglam w lozku, bo od wczoraj katar mi zyc nie dawal, na szczescie wygrzalam sie dzisiaj, i czuje sie lepiej, przynajmniej glowa mnie nie boli.

Co do Alzacji.. powiem Wam szczerze, ze jeszcze nie czuje tego regionu, juz widze, ze ludzie maja inne charaktery niz Ci z polnocy... tam panuje bardziej niemiecka kultura, wszak do Szwajcarii i Niemiec rzut beretem jest...nic to zobaczymy jak to bedzie, jak na razie gdybac nie bede...
Jak znajde prace (a mojego R. szef wraz ze wspolnikiem powiedzieli, ze pomoga cos w tej kwestii) to na pewno tam mi sie bardziej spodoba hehehe bo jak na razie to przez to, ze myslenie skoncentrowane mialam na czyms innym, to za wiele nie zapamietalam... Nic to, mam jednak nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze, a my w koncu wyjdziemy na prosta!!

Jedna rzecz mi tylko mocno zapadla w pamiec... ten tramwaj i te bloki... no przez chwile to prawie jak na Retkini badz Widzewie sie poczulam... tylko te panie ubrane w swoje burki nie pasowaly do tego obrazka ;) Ech no tesknie za Polska...
I wiecie co... bardzo kocham mojego R. ... ale o tym to ja juz nie raz mowilam...dobrze, ze jedziemy razem, wszak we dwoje razniej, a z Kota, to nawet ciekawiej :))

No to tyle tej mojej bazgraniny... leb mam dzis 6 na 9 wiec popisalam dzis calkiem jak nie ja... a moze to juz jakies alzackie nalecialosci mnie dopadly... kto wie, bo ja to w sumie szybko sie asymiluje hehehe

poniedziałek, 15 marca 2010

Chwila oddechu

zycie toczy sie swoim rytmem.
Do mysli o przeprowadzce juz sie przyzwyczailismy.
Mebli zadnych ze soba nie zabieramy, no w sumie zabierzemy jeden, a mianowicie lozko.
Szafa, stol, krzesla... to trzeba bedzie kupic... no chyba, ze uda sie wynajac mieszkanie juz umeblowane... tak byloby w sumie najlepiej!
Na razie jednak czekamy na nasz weekend w Alzacji. Zarezerwowalam juz nam hotel na 26-28 marca. Co ciekawe okazalo sie, ze na weekendy znalezc wolny pokoj dla dwojga nie jest latwo. Turystyka zatem kwitnie.

Jestem bardzo ciekawa jak tam bedzie, i ciesze sie, ze spedzimy tam troche wiecej czasu. R. pozna swoje miejsce pracy, podpisze umowe, i licze na to, ze moze sie uda obejrzec juz jakies mieszkanie do wynajecia. Podekscytowana jestem.

Wczoraj R. przyniosl dla Koty transporter :))) Alez jestem zadowolona!
Dzis wlozylam tam moj sweter, ktorego oczywiscie juz nie bede nosic. Ona jakos lubi nasze swetry i w ogole najlepiej jej sie spi na ubraniach, na szczescie nie w szafie :)
Transporter stoi otwarty caly czas i zrobilismy to dlatego, zeby sie do niego przyzwyczaila, i nie bala. Jednak dopiero dzis kiedy wlozylam do srodka ten sweter Kota postanowiala wejsc do transportera i zobaczyc jak tam jest... oczywiscie nie siedziala tam dlugo, ale najwazniejsze, ze weszla tak, sama z siebie :)
Zatem pierwsze koty za ploty hehehe

A tak z innej beczki.... od przyszlego tygodnia zaczynam sie pakowac... pocieszajace jest jedno... znow powyrzucam ubrania, ktorych od ponad roku nie mialam na sobie! Tak samo zrobilam kiedy zmienialismy lokum rok temu.... w sumie jest to jedyny pozytyw przeprowadzek. Wyrzucam wowczas wszystko to, czego nie uzywam i nie nosze... badz cos co sie psuje, a szkoda mi sie z tym rozstac...

Kurcze .... w sumie to od nowego roku czulam, ze nadchodzi czas zmian... nie wiedzialam tylko, ze to az TAKIE zmiany....
...a w ogole to wiecie co.... do PL bym pojechala, choc na chwile! I do Barcelony!
Barcelone uwielbiam... a wszystko to przez wczorajszy program w TV, ktory ogladalismy wraz z R. Znow sie zapatrzylam w ten magiczny klimat Gaudiego....


Ech, a Matka Polka nie przyjedzie na Swieta... szkoda... ale, z drugiej strony moze jednak nie utyje.... az tak bardzo ;D

poniedziałek, 8 marca 2010

Palec Bozy?! Wierze i mam nadzieje!

No dobra, to tak w dniu tak uroczystym zapodam ta nowine! :))

Przeprowadzamy sie!!!

Zeby nie bylo to dodam od razu, ze o 700 km dalej niz teraz mieszkamy.
Przyszedl w koncu czas by opuscic Nord-Pas-de-Calais na korzysc Alsace...
Ja pierdziu... nadal mi to jakos ciezko wszystko ogarnac.

Od poczatku jednak, bo wszystko zadzialo sie znow dzieki internetowi.
Pamietacie przeciez, ze ja i R. to tez historia internetowa :)) No i tym razem tez tak wyszlo.
Udzielam sie bowiem na pewnego rodzaju portalu, poznalam tam wiele ciekawych osob, w tym kilka dziewczyn, ktore mieszkaja we Francji, tylko w innych regionach tego kraju.

Przed Swietami Bozego Narodzenia jedna z tych internetowych kolezanek wyslala mi maila, z propozycja pracy dla mojego R. (tak nawiasem mowiac to ma ten chlop szczescie, mnie to zadna robota sama znalezc nie chce, a dla niego to zawsze cosik wpadnie...:)).
Jej maz ma firme budowlana i zatrudnia duzo ludzi, potrzeba mu kierownika budowy.
Na dwoch innych budowach ma juz kierownikow Polakow (bo zatrudnieni sa tam glownie Polacy), ale potrzebuje jeszcze jednego... dodatkowy plus, ze R. zna francuski szczegolnie dotyczacy pracy.

R. sie krygowal, mial wiele obiekcji, kolezanka nie namawiala, ale prosila zeby zadzwonic, bo jednak przez telefon troche lepiej zalatwiac takie sprawy, a poza tym okazalo sie, ze wszystkie obiekcje, ktore mial sa do obalenia!
Jak widac dlugo myslal o tej propozycji. Okazala sie ona nadal aktualna, i po tych 2 miesiacach przyszedl jednak czas na burze mozgow i w koncu doszlo do polaczenia telefonicznego obu panow.
Okazalo sie zatem, ze proponuja mu:
Samochod firmowy i nawet telefon firmowy.
Kontrakt na stale, pierwszy miesiac pracy jest probny na stanowisku owego szefa ekipy, za stawke godzinowa taka, ze tutaj nawet jakby na rzesach stanal to by tyle nie zarobil.
Czeka go ciezki miesiac, bo bedzie mial pod soba okolo 20 chlopa prosto ze Slaska... przyszly szef R. powiedzial, ze im bardziej beda na niego psioczyc i jezdzic po nim tym lepiej... zatem wiadomo, ze ludnosc owa nie bedzie nalezala do potulnych. Psyche wiec trzeba bedzie miec twarda, dupe tez, o sercu nie wspominam. O zadnym kumplowaniu sie z nimi mowy byc nie moze...kurcze chyba musze R. uzbroic w jakas wiedze psychologiczna, zeby sie nie dal podchodzic w zaden sposob :)
Jesli uda mu sie wytrwac ten miesiac proby to szefowac bedzie nadal, ale za jeszcze wieksza stawke! Jest wiec o co powalczyc!!!
W najgorszym wypadku, jesli nie podola to w firmie i tak zostaje zatrudniony nadal na CDI czyli na stale. Stanowisko inne, ale za stawke nadal wieksza niz zarabia tutaj.
Zatem mimo wszystko gra warta swieczki.

Wiaze sie z tym jednak wiele zmian, znow szukanie mieszkania, zamkniecie wszystkich spraw tutaj, czyli spakowanie calego dobytku, porozkrecanie mebli - tu moze byc problem, bo zostaje w kwietniu tutaj sama - R. jedzie juz do pracy - no i trza sie bedzie znow zajac zamknieciem wszelkich licznikow, przeniesieniem internetu i telefonu.
Teraz z perspektywy czasu wydaje mi sie, ze to co zrobilam 2 lata temu wyjezdzajac z Polski i przewracajac do gory nogami cale moje zycie, to byla betka ... nie wiem bowiem jak sie zabrac za to co mnie czeka... chyba musze jakis plan nakreslic, najwazniejsze jednak to znalezc tam mieszkanie!
Bowiem przez ten miesiac probny R. bedzie zakwaterowany z robotnikami... co akurat uwazam, za nie najlepsze rozwiazanie, bowiem wg mnie lepiej zachowac dystans i nie wlazic w zadne blizsze koneksje z ludzmi, ktorymi ma sie zlecac robote i patrzec im na rece.
W sumie kiedy ja pracowalam to w koncu wypracowalam sobie taka metode, czyli niespoufalania sie z nikim, ot praca to praca, zadnych tam takich sympatii, bowiem zawsze znalazl sie ktos, kto wladowal w odpowiednim momencie przyslowiowy noz w plecy badz podlozyl wypasiona swinie!
Bardzo bym wiec chciala zeby ta sprawe z mieszkaniem udalo sie zalatwic jakos inaczej i jak najszybciej. No i zebysmy jak najszybciej znow byli razem... R. juz przezywa troche to nasze rozstanie, ze w sumie od czasu slubu nie zostawalismy bez siebie na dluzszy czas, a tutaj caly miesiac....ja tez oczywiscie to przezywam, ale co zrobic, czasem sie trzeba pomeczyc, dla dobra zwiazku. W tym czasie kazde z nas bedzie mialo mnostwo zajec, tylko, ze R. bedzie na nowym terenie sam, i sam bedzie musial przetrzec szlaki, przede wszystkim wdrozyc sie w prace. Nawet nie wiecie jak bardzo mu kibicuje, i wspieram, bo ciesze sie, ze jest przed nim taka szansa, w koncu nie bedzie jakims popychadlem... beda od niego wymagac wiecej i bedzie pod sporym obstrzalem przynajmniej na poczatku, ale w koncu moze przyszedl moment na to by zajac lepsze stanowisko w zyciu, poleciec o ten jeden stolek wyzej, cos osiagnac!!!

Dla siebie tez upatruje szansy na wyjscie z tego marazmu, licze na to, ze uda mi sie w koncu znalezc prace, skonczy sie ten czas siedzenia i zamykania sie w sobie. Prawde mowiac zaczelam zauwazac u siebie co raz gorsze nastawienie do zycia, z wielu powodow... nie chce mi sie w to teraz zaglebiac.
W kazdym razie moze przyjdzie ten moment, ze odetchne, a nawet wezme znow swiezego gorskiego powietrza w pluca.
Jak mantre powtarzam sobie "bedzie dobrze" w koncu skoro sie cos zaczelo to trzeba isc za ciosem...

No wlasnie na dodatek ta kolezanka z Alsace zadzwonila dzis do mnie i powiedziala, ze ma znajoma, ktora ma szkole nauki jazdy i zapytala ja czy wie cos o tym, ze tutejszy Urzad Pracy robi dofinansowania ludziom do kursu prawa jazdy... no i coz, okazuje sie, ze i owszem...
Zatem jak tylko zadomowie sie w nowym miejscu to szoruje do ANPE zeby sie ponownie zapisac w szeregi bezrobotnych, szlifuje francuski i skladam odpowiednie papiery o dofinansowanie mojego kursu prawa jazdy!! Daja cale 1500 euro!! Toz to koszt calego kursu!! Zatem to nie dofinansowanie, ale pokrycie kosztow ;)) No to co... nie ma co sie zastanawiac, trza sie brac z tym za bary... R. mam nadzieje bedzie mnie troche uczyl w wolnych chwilach, tylko jakby co to neospasmine mu podam, zeby sie nie darl na mnie ;P.... no bo nie wiem czy Wam juz mowilam, ze samochod "nowy" mamy...
...sliczna, czarnulke, ktora mnie wyszczupli.... Renault Megane... no to coz... marzenia sie chyba spelniaja :)))

A i tak troche z innej beczki... chyba Matka Polka zawita do nas na Swieta :))
Ludzie.... znowu przytyje!! :PP

i tak cichutko tylko powiem, ze wierze w Nas :)) Damy rade, bo najwazniejsze, ze jestesmy razem... My i nasza Kota ;))

...palec Bozy?... Mulhouse.