piątek, 21 maja 2010

Rosol se dzis gotuje

i zrobie salatke warzywna, i galaretki drobiowe... bo ja to w sumie lubie czasem tak w kuchni posiedziec... byle nie za czesto i ciagle... poza tym mam w koncu mila odmiane, bo ostatnimi czasy od gotowania makaronu z sosem na bazie pomidorow to mi sie po prostu mdlo robilo.

Ja to bym i nawet posuwala sie dalej w tym pichceniu, ale moj malzonek raczej z tych tradycjonalistow kulinarnych jest, zatem najbardziej rozsmakowuje sie w bigosie, golonce, pierogach z miesem i w ogole garmazem szeroko pojetym. Mnie az ciary przechodza po plecach, bo ja, wole kuchnie bardziej srodziemnomorska, no moze wloska, chinska, turecka, libanska ... no na pewno jakkolwiek egzotyczna, z typowo polskich potraw najlepiej przyswajam kluski na jablkach z fura cynamonu i cukru, mloda kapuste z koperkiem, i leniwe... cala reszta jest tylko dodatkiem ;)

Mam wiec czasem zagwozdke co gotowac, i jak gotowac, zeby wilk byl syty i owca cala...
No, ale ja w ogole to chcialam pisac o czyms innym... mianowicie o tym, ze bylam we wtorek przeciez w Pole emploi.

Spotkanie mialam na 10:30, wiec wyszlam z domu o 9:15. Wszedzie chodze na piechote wiec taka rezerwa czasu byla mi potrzebna. Musze pamietac, zeby nastepnym razem wskoczyc w trampki, a nie ladne trzewiki, bo po przejsciu w nich 6 km strasznie bola nogi, a pecherze tak szybko z nich nie schodza pomimo ostrej pielegnacji... na szczescie widac juz znaczna poprawe!
Jako, ze GPS rozladowal sie juz w domu przy wprowadzeniu adresu, bylam skazana na mapke, ktora sobie przeszkicowalam z google maps. Zeby nie bylo, ze taka pierdola jestem to powiem, ze mapka byla dobra, tylko oznakowanie ulic do doopy dlatego przy koncu trasy pogubilam sie troche. No, ale w koncu to spotkanie mialam nie gdzie indziej tylko na zadoopiu miasta. Nawet nie mialam kogo zapytac, bo zywej duszy nie widzialam, postanowilam wiec isc na tzw nosa... i udalo sie, widac mam dobry zmysl wechu, albo duzy nos.
Na miejscu bylam okolo 10:10. Szybko podeszlam do blatu rejestracji, przedstawilam sie i powiedzialam na ktora godzine mam spotkanie... pani skierowala mnie na pietro i prosila o skserowanie potrzebnych dokumentow, ale ze ja juz taka hop do przodu jestem, to zawsze przychodze zwarta i gotowa, tzn z plikiem dokumentow ode mnie wymaganych juz skserowanych.
Nastepnie znow wykorzystujac zmysl jakis zwierzecy, skierowalam sie w kierunku stadka takich jak ja... znalazlam tam liste, na ktorej bylo rowniez moje nazwisko i imie... usiadlam wiec spokojnie i czekalam na rozwoj wypadkow...

Po chwili, z jednego z pokoi wyszla pani i zapytala kto czeka jeszcze na zapisanie sie do PE... smialo podnioslam reke i oznajmilam, ze ja we wlasnej osobie, na co pani poprosila mnie zebym powiedziala jak sie nazywam i poprosila o skserowanie dokumentow, karty Vitale (ubezpieczenie), paszportu, aktu malzenstwa (bo paszport mam jeszcze na eksowe nazwisko... tak, musze zmienic paszport, bo i na focie mnie juz urzednicy nie poznaja... nie, nie zebym az sie tak postarzala ;p) powiedzialam z usmiechem pani urzedniczce, ze ja to juz wszystko mam, i jestem gotowa! Ach radosc w oczach pani byla bezcenna!

Kiedy zasiadlam juz za biurkiem, przed licem pani urzedniczki, oraz monitorem jej komputera, nastapila weryfikacja moich dokumentow. No i wtopa, nie bylam jednak taka gotowa jak myslalam, bowiem nie mialam w swoich zasobach makulaturowych papieru, ktory wypelnialam zapisujac sie do ich instytucji. Pani sie zirytowala wyraznie, na co odpowiedzialam, ze zapisywalam sie droga internetowa, i niby skad mialam miec ten papier, ktory ode mnie teraz wymaga?! Uslyszalam, ze ten papier powinnam dostac droga pocztowa, tak jak zaproszenie na to spotkanie. Odpowiedzialam, ze jak widac nie dostalam zadnego papieru, bo przeciez mialabym go ze soba, jak i cala reszte. Zaperzona pani urzedniczka zaczepila swojego kolege, ktory akurat przechodzil z takimi papierami pod pacha i powiedziala mu w czym rzecz, na co on jej odparowal zeby sie nie denerwowala, bo on wlasnie wraca z dolu, w tej sprawie. Okazalo sie bowiem, ze zadne z tych papierow nie zostaly wyslane poczta, ale czekaja sobie na dole na swoj czas... taaaa i w tym miejscu pomyslalam sobie, ze wlasnie przekonuje sie po raz kolejny, ze znow mam do czynienia z papierowym bajzlem do jakiego juz przywyklam w tym kraju.

Nic to, pani nie zrazona zupelnie wyciagnela papier z szuflady i zapytala czy moge go wypelnic jeszcze raz, bo ona juz nie bedzie zbiegac na dol i szukac mojej deklaracji. Pewnie, ze moglam wypelnic, w koncu przyszlam w swojej sprawie, wiec wypelnienie formularza formatu A4 nie jest problemem. W tym samym czasie pani uzupelniala moje dane w swojej bazie danych i zapytala nieopatrznie czy Polska jest w UE.... chyba moj wzrok jej duzo powiedzial, bo od razu zaczela mnie przepraszac mowiac, ze powinna przeciez takie rzeczy wiedziec...

Cala ta procedura nie trwala dluzej niz 15 min. ... ale to niestety nie bylo wszystko. Musialam jeszcze czekac na doradce, ktory zwyczajowo przeprowadza ze mna gadke, co chce robic, jak i dlaczego oraz zaglada w moje papiery uczelniane jakie by one nie byly...
Monsieur Mathias okazal sie dosc zniewiescialym paniczem, o dlugich i chudych rekach, i nogach iscie pajeczych... na szczescie od czasu do czasu wykazywal czlowiecze odruchy wykrzywiajac w grymasie usmiechu kaciki ust.

Reasumujac, udalo mi sie wyegzekwowac skierowanie na kurs francuskiego (co by go ostro pomeczyc glownie w pismie)... i to w sumie tyle... pracy szukac sobie musze dalej, co zreszta robie... Pierwsze spotkanie na kursie mam dopiero 10.06. i wowczas przeegzaminuja mnie i okaze sie na jakim poziomie jestem, a co dalej to zobaczymy... powiem w czerwcu. Za kurs oczywiscie nie place, bo finansuje go PE... zle wiec nie jest, prawda?

No i teraz po czasie chwilowego marazmu, lekkiego zniesmaczenia wszystkim i wszystkimi, pisze sobie o tym wszystkim tutaj... i tylko szlag mnie trafia, bo jak na razie moim jedynem polem do popisu moze byc tylko kuchnia... jak tak dalej pojdzie to sie moze w koncu naucze te pierogi lepic... moze na tym jakies pieniadze zarobie... i nazre sie za wszystkie czasy!! Tylko zeby mi to czasem bokiem nie wyszlo!!

Tymczasem spadam po chleb, a pozniej skroje salatke.
ech ta proza zycia.... ;))

3 komentarze:

  1. No ja na Twoim miejscu pomyślałabym o tych pierogach i nie tylko :) ( zebra albinoska zrobiła by kolejną furorę )

    OdpowiedzUsuń
  2. Rany! Ty jak już coś napiszesz, to się nawet tego czytać nie chce, tyle tego!
    Nie czytałem, ale pozdrawiam :)

    ... może kiedyś, jak będę miał więcej czasu... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powinnaś zatytułować wpis "rosół z urzędnika". Jednak nam do Francji pod niektórymi względami wcale nie tak daleko! Nie tylko więc kiszony ogórek, ale i urzędnik wytwarza taki ...swojski klimat.
    Poza tym wyobraziłam sobie Twoje spojrzenie mordercze po pytaniu o to, czy Poland to UE... hehe - co za ignoranci. Po prostu żal dupę ściska.

    A ja ściskam Ciebie!

    OdpowiedzUsuń