poniedziałek, 25 stycznia 2010

zima

u nas mrozow nie ma i cale szczescie, bo by trzeba bylo grzejniki na maksa wlaczyc, a ja wole tego nie robic. Prad tu jest cholernie drogi, az mnie strzela cholera jak sobie pomysle ile mnie kosztuje taka przyjemnosc, no ale trudno zeby czlowiek siedzial w zimnej pieczarze. Kominek by sie przydal, marze o nim, ale jak na razie musi wystarczyc cieplo grzejnika elektrycznego oraz nocne grzanie mojego R.

Wlasnie w TV leci mecz w ktorym gra Zidane. Uwielbiam go tak nawiasem mowiac, a mecz jest oczywiscie charytatywny wszystkie fundusze zostana przekazane na rzecz fundacji, w ktorej dziala Zizu, cel jest szczytny pomoc dzieciom poszkodowanym w trzesieniu ziemii na Haiti.

Milo sie oglada takie wydarzenie, wiedzac, ze teraz Zidan nikomu z baski nie przylozy, choc z drugiej strony brakuje troche tej zadziornosci w tym spotkaniu. Chyba wszyscy majac na uwadze z jakiej okazji grany jest ten mecz, robia ladne przedstawienie dla publicznosci, a jak trafi sie komus bramka to i tak beda sie cieszyc wszyscy.
Fajnie, ale... no wlasnie, ja to sie zawsze do czegos doczepic musze... bo to spotkanie to raczej taka zabawa, trening, wiadomo graja "old boje" choc nie wszyscy z nich to tacy starzy wyjadacze murawy, bo Henry szaleje jak zawsze, a i gra przeciez w reprezentacji Francji nadal, ba nawet jest jej kapitanem! Ja po prostu chcialabym zobaczyc jeszcze w "normalnym" meczu Zidana, Figo, Barteza i ta cala reszte :)
Choc jedno sie nie zmienilo.... Zidan nadal fajnie pilka miesza, no i wyyyyyglada ;)

wtorek, 19 stycznia 2010

hmmm...

tak sobie koncypuje co by pisac tu czesciej.

Jednak, od mysli do czynu troche drogi jest ;)
Moze powinnam prowadzic mini pamietnik, w stylu... wstalam pozniej niz zwykle, Kota mrauczala i spac nie dala. Poszlam do lazienki umylam zeby, zrobilam siku, wykapalam sie, uczesalam, umalowalam - tak, jestem piekna!
Teraz czas na sniadanie, no dietetyczne oczywiscie, bo po miesiecznej labie od zdrowego zywienia to widze, ze czas sie wziac za siebie.
A po sniadaniu... no i tu bywa roznie jako, ze raz przyjezdza Szwagierka i zwijamy ploty, albo prasuje, sprzatam, gram w gierki z gatunku Hidden Objects, gotuje albo gadam przez telefon, albo mysle o tym co zrobic, zeby zarobic i sens w tym widziec... albo jestem poza domem, ale w innym domu np u Szwagierki albo Bratniej Duszy.

Dzien za dniem mija wlasnie w podobny sposob, czasem mnie to dobija, ale tak naprawde to doskwiera mi brak najblizszej rodziny.Juz rok sie nie widzialam z Bratem i Jego Rodzinka, z Mama sie widzialam niedawno, ale... chcialo by sie czasem ot tak podskoczyc na niedzielny obiadek do Mamy, usiasc przy jednym stole ze wszystkimi i po prostu pogledzic i pozwijac pierdoly.
Kiedy odwozilismy Tomka do Dojczlandu, to stwierdzilismy, ze gdybysmy nie musieli wracac do domu i przede wszystkim gdybysmy mieli wiecej kasy to podskoczylibysmy juz do Polski :)
To by byla dopiero niespodzinka dla wszystkich :))
No ale jest jak jest... moze kiedys sie uda :))

Poza tym... dzien sie robi co raz dluzszy, ptaki spiewaja, slonce swieci, po sniegu zostalo tylko wspomnienie... marze juz o lecie i zwiewnych sukienkach...A i wiosna jakos wszystko wyglada inaczej :))
Aaaa zapomnialam dodac, w koncu udalo mi sie znalezc pietruszke na tutejszym targu!! tzn korzen pietruszki :)) Po dwoch latach... poszukiwania zakonczylam sukcesem!!
I moj Ojciec ma dzisiaj urodziny... zadzwonilam z zyczeniami... Ucieszyl sie jak dziecko, gadalismy o pierdolach, o niczym waznym, ani slowa o tym co sie wydarzylo rok temu, i jak znam zycie, i mojego Ojca to juz raczej nigdy o tym nie porozmawiamy. W sumie to i dobrze...

Aaa i przefarbowalam sobie wlosy! Teraz jestem szatynka i jest mi z tym dobrze :))
Koniec z blondynka, przyszedl czas na szatanska szatynke!! ;)))

poniedziałek, 11 stycznia 2010

No i zyjemy w 2010 roku!

Tak fajnie i zarazem futurystycznie to brzmi.

Wszystko co fajne, juz sie skonczylo tzn. Syn R. juz w domu ze swoja Mama, my wracamy do codziennosci. R. dzis wrocil do pracy, a ja ... mobilizuje sie zeby ogarnac chalupe!
Syf mam nieprzecietny, a ochoty na sprzatanie zero. Wstawac mi sie rano nie chce, bo i po co? Cos jakos sens stracilam.

Od poniedzialku wracam na moja diete! Innej opcji nie widze, dzieki niej bowiem trzymam sie pionu, i cos mi sie chce. Fakt, ze dzis pisze to wszystko pod wplywem szalejacych hormonow przed okresem, zatem za kilka dni moja "spiewka" na pewno sie zmieni. Na ten czas jednak czuje sie beznadziejnie i zazeralabym sie czekolada na potege!!

Weekend zapowiada sie znow imprezowo, R. ma urodziny... jak dla mnie oznacza to oczywiscie robote, a dla niego zabawe (no w glownej mierze, bo martwic sie to i on sie martwi, tylko oczywiscie inaczej to okazuje) ... czasem sobie mysle, ze za duzo we mnie poczucia obowiazku jest, bo ja oczywiscie juz sie zastanawiam co damy goscia do zarcia, bo kasiory nie mamy, a i ktos to zarcie musi zrobic (czyt. ja), do chlewu ludzi sie tez nie zaprosi, bo i mnie samej w tym chlewie zyje sie ciezko - posprzatac zatem trzeba... generalnie kwestia finansow nadal jest beznadziejna... szkoda, bo czas wyprzedazy sie zaczal... moje gwiazdkowe 30 euro poszlo oczywiscie w przyslowiowe gary, zatem z zakupow nici. Soldy koncza sie 6 lutego wiec moze jednak do tego czasu cos sobie uskrobie, chocby z prasowania u szwagierki. Chialabym sobie cos kupic nowego, coz w tej materii jestem jednak typowa kobieta... ale najpierw jednak trzeba sie wyszczuplic po tych Swiateczno-Noworocznych atrakcjach kulinarnych :)))

A w ogole to wszystko bedzie dobrze, prawda??
W sumie nie widze innej opcji, tym bardziej, ze w tradycyjnym ciescie zjadanym tutaj na dzien Trzech Kroli zwanym Galettes des Rois znalazlam niespodzianke :)) Jest juz w moim portfelu, ponoc ma przyniesc szczescie niczym luska z wigilijnego karpia, i tego zamierzam sie trzymac!!