sobota, 29 maja 2010

Z alzacka piesnia na ustach...

Dziekuje za Wasze slowa, bardzo mi pomogly :))
Dlatego dzis odrobine muzyki... znalazlam to z rana, pomyslalam, ze z checia sie tym z Wami podziele, bo jakos sympatycznie mi sie zrobilo :))
Poza tym ja przeciez uwielbiam sie smiac :DD


piątek, 28 maja 2010

Dzis mam ochote zawyc

i to wcale nie ze szczescia.
Mam dol.

Nie wierze kompletnie w siebie, w poprawe naszego zycia, zla jestem, ze tu przyjechalismy. Mysle sobie, ze to dopiero 1,5 miesiaca naszego pobytu w Alzacji, i moze trzeba dac sobie jeszcze troche czasu, jednak brak gotowki, i wrecz beznadzieja na koncie sprawia, ze ciezko znalezc pozytywy.

Bywalo juz w naszym zyciu ciezko, czasem nawet rownie beznadziejnie, ale zawsze znajdowalam w sobie sile do walki, do szukania rozwiazan, dzialania. Teraz natomiast jestem juz tak zmeczona ta beznadziejna sytuacja finansowa, zawodowa, ze nie daje rady sobie ze soba. Nachodza mnie mysli, ze moze trzeba bylo siedziec na tylku na polnocy, tam mielismy znajomych, jakies znajomosci, a i przeciez z moja praca mogloby sie cos ruszyc, przeciez do mnie dzwonili z oferta pracy (tylko, ze ja juz bylam tutaj), no i nie bylismy calkiem sami...

Ludzie zasypuja mnie poradami w stylu za bardzo sie spinasz, wyluzuj, nie mysl tyle... ale jak nie myslec kiedy po prostu brakuje na wszystko!!!
Ktos powie, ze materializm mna rzadzi i za duzo o kasie mysle... ja mu odpowiem, guzik prawda! Po prostu jak nie myslec o pieniadzach kiedy czlowiek sie zastanawia z czego zaplacic za rachunki, uzupelnic debet i jeszcze uczynic ten cud zeby wystarczylo na przezycie kolejnego miesiaca. Przestalam juz nawet myslec o urzadzeniu mieszkania czyli kupnie mebli... pralki... juz nawet przestalam wierzyc w wyjazd do Polski na wakacje... o ciuchach i innych babskich gadzetach nie wspominam.

Wszystko jest tak pokrecone, trudne, i smutne, ze nie potrafie sie niczym cieszyc. Potrzebuje cudu, czegos co mnie, nas upewni w mysli, ze dobrze zrobilismy... jesli nie, to wowczas moze warto pomyslec nad powrotem?
Nie wiem, juz nic nie wiem.... wiem tylko jedno... czuje sie troche zawiedziona zyciem w miescie na M. .... w miescie, gdzie mialam miec tyle mozliwosci na nowe zycie.

Na razie wylaczam sie ze zycia blogowego i spolecznosciowego, wylaczam myslenie... bo ono mnie dzis szczegolnie bardzo boli.

Jedynym i najwazniejszym moim szczesciem jest moj R. i moze ktos bedzie sie smial, ale i Kota... On i ten zwierz sa moim plastrem na zbolala dusze, w koncu milosc jest najwazniejsza.... brakuje jednak spokoju w tej duszy, tylko z jednego powodu...
... no to ide, na razie przytulic sie do Koty, pozniej do meza!

środa, 26 maja 2010

Wow

Sprawdzajac dzis nasza skrzynke pocztowa natknelam sie na list z Pôle emploi. Otwierajac go, tak sobie myslalam, ze przeciez to pewnie moja karta, w ktorej jak byk stoi, ze jestem od 6 dnia maja ponownie pelnoprawna poszukajaca pracy... no i owszem, taka karte tez dostalam, tylko, ze akurat w innej kopercie. W tej wczesniejszej bylo jednak zupelnie cos innego... mianowicie propozycja pracy!

Rzekniecie zaraz gromkim chorem w koncu sie babie poszczescilo, cos sie ruszylo, nie bedzie kobita gnila w domu... i sama sklonna bylam tak zakrzyknac, do momentu kiedy moj wzrok nie zjechal odrobine ponizej, gdzie czarno na bialym krzyczala do mnie nazwa firmy, w ktorej moglabym pracowac...

A powiem Wam, nie bede tego utrzymywac w tajemnicy, bo i po co... zatem proponuja mi prace w miedzynarodowej firmie co sie zwie AVON, zapraszaja na spotkanie rekrutujace na 3 czerwca i jak dodali w szczegolach oferty, praca nie jest oczywiscie o stalym wynagrodzeniu, bowiem jestes po prostu sprzedawca domowym... czyli domokrazca, zreszta co ja bede tlumaczyc, wszyscy powszechnie wiedza na czym to polega...
A ja sie najzwyczajniej w swiecie zastanawiam co ja mam z tym zrobic?!?
Moge odmowic, oczywiscie koniecznie podajac motyw rezygnacji... ponoc mam mozliwosc dwukrotnego odrzucenia oferty pracy, potem mnie skresla z listy poszukujacych pracy...
A moze isc i zobaczyc co mi z tego wyjdzie, tak dla ciekawosci, tylko, ze jak pojde, to mozliwe, ze kurs francuskiego mi przepadnie, bo jesli zaczne ta przygode, to wowczas juz nie bede poszukujaca pracy...

I tylko tak sie zastanawiam, czy to normalne, ze w Pôle emploi maja  t a k i e oferty pracy?!
Jak dla mnie nie... no ale cos z tym poczac musze... i to jeszcze w tym tygodniu...

Ale najpierw posmieje sie jeszcze troche, w koncu smiech to zdrowie :))

wtorek, 25 maja 2010

Moja pierwsza ksiazka...

czytana po francusku... jeszcze niekiedy z pomoca slownika. Czuje sie i tak bardzo zadowolona, ze jakos daje rade, po 2 latach i 7 miesiacach zycia we Francji czytam cos co nie jest tylko listem, ulotka reklamowa, lub gazetka miejska, ha na dodatek czytam ze zrozumieniem!
Bez ksiazek zycie dla mnie jest ubogie i plytkie, myslalam, ze juz zawsze bede mogla tylko czytac ksiazki pisane po polsku, a tu taka niespodzianka... Oczywiscie lektura, ktora sie teraz racze jest pisana dosc jasnym i prostym jezykiem, nie jest to zadna pozycja na miare "Pana Tadeusza", ale ot opowiesc o zydowskim chlopcu zyjacym w czasach okupacji niemieckiej.
Mozliwe, ze wielu z Was zna juz ta opowiesc, oraz inne ksiazki tego autora. Kilka pozycji czytalam bedac jeszcze w PL, choc akurat ten tytul mi nie wpadl w rece... widac czekal na mnie tutaj... moze to i dobrze, bo Eric-Emmanuel Schmitt zawsze nalezal do pisarzy, ktorych lubilam. Jesli wiec nie znacie jego piora, to polecam Wam serdecznie!
A ja czytam..."Dziecko Noego" Eric-Emmanuel Schmitt

piątek, 21 maja 2010

Rosol se dzis gotuje

i zrobie salatke warzywna, i galaretki drobiowe... bo ja to w sumie lubie czasem tak w kuchni posiedziec... byle nie za czesto i ciagle... poza tym mam w koncu mila odmiane, bo ostatnimi czasy od gotowania makaronu z sosem na bazie pomidorow to mi sie po prostu mdlo robilo.

Ja to bym i nawet posuwala sie dalej w tym pichceniu, ale moj malzonek raczej z tych tradycjonalistow kulinarnych jest, zatem najbardziej rozsmakowuje sie w bigosie, golonce, pierogach z miesem i w ogole garmazem szeroko pojetym. Mnie az ciary przechodza po plecach, bo ja, wole kuchnie bardziej srodziemnomorska, no moze wloska, chinska, turecka, libanska ... no na pewno jakkolwiek egzotyczna, z typowo polskich potraw najlepiej przyswajam kluski na jablkach z fura cynamonu i cukru, mloda kapuste z koperkiem, i leniwe... cala reszta jest tylko dodatkiem ;)

Mam wiec czasem zagwozdke co gotowac, i jak gotowac, zeby wilk byl syty i owca cala...
No, ale ja w ogole to chcialam pisac o czyms innym... mianowicie o tym, ze bylam we wtorek przeciez w Pole emploi.

Spotkanie mialam na 10:30, wiec wyszlam z domu o 9:15. Wszedzie chodze na piechote wiec taka rezerwa czasu byla mi potrzebna. Musze pamietac, zeby nastepnym razem wskoczyc w trampki, a nie ladne trzewiki, bo po przejsciu w nich 6 km strasznie bola nogi, a pecherze tak szybko z nich nie schodza pomimo ostrej pielegnacji... na szczescie widac juz znaczna poprawe!
Jako, ze GPS rozladowal sie juz w domu przy wprowadzeniu adresu, bylam skazana na mapke, ktora sobie przeszkicowalam z google maps. Zeby nie bylo, ze taka pierdola jestem to powiem, ze mapka byla dobra, tylko oznakowanie ulic do doopy dlatego przy koncu trasy pogubilam sie troche. No, ale w koncu to spotkanie mialam nie gdzie indziej tylko na zadoopiu miasta. Nawet nie mialam kogo zapytac, bo zywej duszy nie widzialam, postanowilam wiec isc na tzw nosa... i udalo sie, widac mam dobry zmysl wechu, albo duzy nos.
Na miejscu bylam okolo 10:10. Szybko podeszlam do blatu rejestracji, przedstawilam sie i powiedzialam na ktora godzine mam spotkanie... pani skierowala mnie na pietro i prosila o skserowanie potrzebnych dokumentow, ale ze ja juz taka hop do przodu jestem, to zawsze przychodze zwarta i gotowa, tzn z plikiem dokumentow ode mnie wymaganych juz skserowanych.
Nastepnie znow wykorzystujac zmysl jakis zwierzecy, skierowalam sie w kierunku stadka takich jak ja... znalazlam tam liste, na ktorej bylo rowniez moje nazwisko i imie... usiadlam wiec spokojnie i czekalam na rozwoj wypadkow...

Po chwili, z jednego z pokoi wyszla pani i zapytala kto czeka jeszcze na zapisanie sie do PE... smialo podnioslam reke i oznajmilam, ze ja we wlasnej osobie, na co pani poprosila mnie zebym powiedziala jak sie nazywam i poprosila o skserowanie dokumentow, karty Vitale (ubezpieczenie), paszportu, aktu malzenstwa (bo paszport mam jeszcze na eksowe nazwisko... tak, musze zmienic paszport, bo i na focie mnie juz urzednicy nie poznaja... nie, nie zebym az sie tak postarzala ;p) powiedzialam z usmiechem pani urzedniczce, ze ja to juz wszystko mam, i jestem gotowa! Ach radosc w oczach pani byla bezcenna!

Kiedy zasiadlam juz za biurkiem, przed licem pani urzedniczki, oraz monitorem jej komputera, nastapila weryfikacja moich dokumentow. No i wtopa, nie bylam jednak taka gotowa jak myslalam, bowiem nie mialam w swoich zasobach makulaturowych papieru, ktory wypelnialam zapisujac sie do ich instytucji. Pani sie zirytowala wyraznie, na co odpowiedzialam, ze zapisywalam sie droga internetowa, i niby skad mialam miec ten papier, ktory ode mnie teraz wymaga?! Uslyszalam, ze ten papier powinnam dostac droga pocztowa, tak jak zaproszenie na to spotkanie. Odpowiedzialam, ze jak widac nie dostalam zadnego papieru, bo przeciez mialabym go ze soba, jak i cala reszte. Zaperzona pani urzedniczka zaczepila swojego kolege, ktory akurat przechodzil z takimi papierami pod pacha i powiedziala mu w czym rzecz, na co on jej odparowal zeby sie nie denerwowala, bo on wlasnie wraca z dolu, w tej sprawie. Okazalo sie bowiem, ze zadne z tych papierow nie zostaly wyslane poczta, ale czekaja sobie na dole na swoj czas... taaaa i w tym miejscu pomyslalam sobie, ze wlasnie przekonuje sie po raz kolejny, ze znow mam do czynienia z papierowym bajzlem do jakiego juz przywyklam w tym kraju.

Nic to, pani nie zrazona zupelnie wyciagnela papier z szuflady i zapytala czy moge go wypelnic jeszcze raz, bo ona juz nie bedzie zbiegac na dol i szukac mojej deklaracji. Pewnie, ze moglam wypelnic, w koncu przyszlam w swojej sprawie, wiec wypelnienie formularza formatu A4 nie jest problemem. W tym samym czasie pani uzupelniala moje dane w swojej bazie danych i zapytala nieopatrznie czy Polska jest w UE.... chyba moj wzrok jej duzo powiedzial, bo od razu zaczela mnie przepraszac mowiac, ze powinna przeciez takie rzeczy wiedziec...

Cala ta procedura nie trwala dluzej niz 15 min. ... ale to niestety nie bylo wszystko. Musialam jeszcze czekac na doradce, ktory zwyczajowo przeprowadza ze mna gadke, co chce robic, jak i dlaczego oraz zaglada w moje papiery uczelniane jakie by one nie byly...
Monsieur Mathias okazal sie dosc zniewiescialym paniczem, o dlugich i chudych rekach, i nogach iscie pajeczych... na szczescie od czasu do czasu wykazywal czlowiecze odruchy wykrzywiajac w grymasie usmiechu kaciki ust.

Reasumujac, udalo mi sie wyegzekwowac skierowanie na kurs francuskiego (co by go ostro pomeczyc glownie w pismie)... i to w sumie tyle... pracy szukac sobie musze dalej, co zreszta robie... Pierwsze spotkanie na kursie mam dopiero 10.06. i wowczas przeegzaminuja mnie i okaze sie na jakim poziomie jestem, a co dalej to zobaczymy... powiem w czerwcu. Za kurs oczywiscie nie place, bo finansuje go PE... zle wiec nie jest, prawda?

No i teraz po czasie chwilowego marazmu, lekkiego zniesmaczenia wszystkim i wszystkimi, pisze sobie o tym wszystkim tutaj... i tylko szlag mnie trafia, bo jak na razie moim jedynem polem do popisu moze byc tylko kuchnia... jak tak dalej pojdzie to sie moze w koncu naucze te pierogi lepic... moze na tym jakies pieniadze zarobie... i nazre sie za wszystkie czasy!! Tylko zeby mi to czasem bokiem nie wyszlo!!

Tymczasem spadam po chleb, a pozniej skroje salatke.
ech ta proza zycia.... ;))

poniedziałek, 17 maja 2010

Dzis uslyszalam, ze mam dziwny akcent...

ludzie!!! Zatem okazuje sie, ze ja w ogole mam jakis akcent!! :))
Alleluja!! :))
Nie myslalam, ze kiedys doczekam takiego dnia :)))
Niech zyje Polka we Francji!!

Na dodatek po raz kolejny zaczepil mnie jakis mlodzian na ulicy i najpierw zapytal o godzine, a po chwili juz przeszedl do konkretow pytajac czy jestem mezatka... no, a ze jestem to i odpowiedzialam zgodnie z zaistnialym stanem cywilnym, na co uslyszalam, ze to wielka szkoda, bo jestem taka piekna.... no i to przynajmniej byl pierwszy facet, ktory mnie zapytal o stan cywilny, bo innym jakos moj maz by chyba nie przeszkadzal...

Jednym slowem ciekawe ja mam zycie w tej Alzacji...
A jutro ide do Pole emploi...
... pracy mi sie chce i zarabiania pieniedzy!!! No to lece poskakac po anonsach jeszcze, a pozniej przygotowac papiery na jutro i przede wszystkim mezowi kolacje trza bedzie zrobic... dzis grzanki z cebulka, wedlina i serem zoltym... chyba mi jezyk do tylka ucieknie!
Nienawidze byc na diecie, ale jak mus to mus... w koncu jakos trzeba wygladac!

poniedziałek, 10 maja 2010

Zastanawialam sie co powinnam napisac,

moze nie co powinnam, ale co chcialabym napisac... i stwierdzam, ze pisac to ja ostatnio nie lubie.

Duzo rozmyslam, planuje, ale nie chce mi sie tego przenosic na te strony, poza tym co chwile okazuje sie, ze mam sporo rzeczy do zrobienia, jak miedzy innymi wyszorowac musze lozko, ktore stoi pod sciana i czeka na mnie od jakiegos tygodnia. Lozko jest fajne, lubie taki styl, choc to co mielismy na polnocy bylo fajniejsze! Tamto bylo takie bardziej mieszczanskie choc na prowincji, a to jest bardziej wiejskie choc w miescie... To oznacza, ze w takim klimacie bede utrzymywac styl w sypialni. Oczywiscie nie wszystko od razu, bo to, ze mamy lozko nie oznacza, ze bedziemy miec cala reszte... no przynajmniej nie teraz. Jestesmy w koncu malzenstwem na dorobku, i bedziemy sie teraz dorabiac ... w sumie to zabawne jest to, ze nie doskwieraja mi jakos okropnie te braki (no oprocz braku pralki, bo to jest akurat brak bolesny... co odczuwam wraz z uplywajacym czasem), bo ja z natury czepliwa i kaprysna jestem. Mam nadzieje, ze w koncu jakos sie ustawimy :)

Tymczasem dzien uplywa za dniem, i nawet nie wiem kiedy mija kolejny tydzien. Weekendy mijaja jak na razie tak samo... tzn chodzimy w gosci... laczy sie to z konsumpcja, przede wszystkim alkoholowa, ale rowniez z tancem, zabawa, i pogaduchami relaksujacymi. Szkoda, ze pogoda nam nie sprzyja, bo wowczas mozna by troche poznamwac okolice, a jak na razie jest paskudnie, leje deszcz, i znow wieje chlodem... co to za maj kurza stopa...prawie jak z tej piosenki...
W ogole to dzis Kota mnie okupuje wprost okrutnie, nie zlazi ze mnie od momentu kiedy R. wyszedl do pracy tzn od 7:15... zwariowac idzie, nawet kawy wypic nie moge, pisanie tez idzie dosc ciezko, na szczescie dlonie mam od Koty uwolnione. Nie wiem co ja tak naszlo i dlaczego mnie tak molestuje, moze jej zimno i dlatego sie tal wtula we mnie!? Cholera ja wie!

Z innej beczki to jak pewnie zauwazyliscie, zmienilam sobie troche szate graficzna.... hehehe jak to brzmi pieknie i tak profesjonalnie :D w kazdym razie zniknela juz plaza w Boulogne sur Mer, pojawil sie za to placyk, przy kilku ulicach, ktorymi codziennie sie przechadzam idac po chleb. Madame Lempicka tez zmienila swoje oblicze, ale tak sobie mysle, ze za chwil pare on znow ulegnie przemianie... Lempicka kocham od lat, miloscia cicha i nienachalna, przewija sie ona przez moje zycie, stad jej zdjecie w moim profilu... Zatem zmiany w zyciu, zmiany na blogu, zmiany... nieodlaczna czesc zycia czlowieczego.
Bedzie tak jak ma byc, w koncu to my sami jestesmy kowalami swojego losu...
No to ide ksztaltowac rzeczywistosc, tzn szybki skok na poczte, po chleb i do domu... codziennosc czeka... parasol musze wziac, bo deszcz nie odpuszcza, choc widze, ze niebo toczy walke z chmurami... oby wygrala ta jasniejsza strona nieba :))

poniedziałek, 3 maja 2010

No dobra

koniec sciemniania ;) Jestem juz od jakiegos czasu podpieta do sieci, ino pisac mi sie kompletnie nie chcialo, a poza tym co chwile wynajdowalam sobie jakies inne zajecia. Fakt, ze mialam ich jednak sporo, bo ciagle sie musze meczyc z jakimis glupowatymi sprawami po przeprowadzce, w sumie standard, da sie zyc :)

W Mulhouse jest ok, miasto w sumie jak miasto, czasem mam dziwne wrazenie, ze jestem w Lodzi... w ogole to slysze w koncu jaskolki, na polnocnej prowincji jaskolki sie chyba gdzies zagubily, moze dlatego, ze jednak za nisko dla nich bylo. Tutaj sa jakies dziwne wysokie budowle, paskudne jak cholera, ale sa i piekne wieze koscielne, na ktorych jaskolki moga sobie gniazdka uwic.
Lubie architekture nowoczesnych miast, ale jednak czasami brzydota takich budowli nijak nie da sie scalic z pieknem i sztuka zabytkow lat minionych... No ale taki to juz los miast, zawsze znajdzie sie w nich cos paskudnego, ale i cos zachwycajacego nasze oko :)
Musze powiedziec, ze nie jestem jakos powalona urokiem Alzacji, moze na razie, bo jeszcze niewiele widzialam, mam nadzieje, ze to sie zmieni... choc sklamalabym jesli powiedzialabym, ze czuje sie tu zle. Psychicznie czuje sie tutaj o wiele lepiej niz na polnocy, tutaj jestem anonimowa - no moze juz nie tak bardzo, bo znaja juz mnie w piekarni, w ktorej kupuje codzien chleb ;) - no ale mimo wszystko jedno miejsce, w ktorym pracuje jakies 6 osob, to naprawde male miki w koncu Mulhouse to ponad 100 tys ludzi! Chodzi mi o to, ze czuje sie tutaj jakos bezpiecznie, dobrze, juz jak u siebie... choc czasem mam wrazenie, ze jestemy na wakacjach z racji tego, ze nie posiadamy stolu, krzesel i tej calej reszty, bez ktorej jak widac da sie zyc, choc lekko nie jest .
Najgorzej jest bez lodowki, i pralki.... mam nadzieje, ze w koncu ja kupimy w tym miesiacu... bo doprawdy pranie reczne bywa ciezkie, szczegolnie tych ubraniach mojego R., ktore sa po prostu uflejone jak po jakims poligonie... no ale co zrobic, dobrze, ze mam wanne, a nie brodzik wiec latwiej to wszystko wyprac. Bez lodowki tez troche kichowato sie zyje, bo nei mozna niczego kupic na tzw "zas"... no i niczego nie da sie przygotowac na pozniej i np. zamrozic...
No ale takie to juz mamy zycie, widac musimy sie dorabiac wszystkiego od poczatku, jak przystalo na mlode malzenstwo... mlode stazem rzecz jasna hehehe

W ogole to zaliczylismy juz podroz do Niemiec, do syna R. Zrobilismy mu niespodzianke :)) Rety szczescie po prostu tryskalo z chlopaka, a i z Taty tez :)) Zazdroszcze im tej magicznej nici, ktora ich laczy... ale dobra juz wiecej nie mowie, obiecalam sobie, ze nie bede sie w to zaglebiac, dla wlasnego dobra!
Minusem takiej podrozy jest to, ze kiedy R. spedza czas ze swoim Synem, ja spedzam ten czas z jego byla zona, czyli matka jego syna.... Coz, juz powiedzialam, ze to ostatni raz taka sytuacja sie zdarza, jako, ze po takiej wizycie zamiast byc wypoczeta i szczesliwa, to wracam do domu zdolowana, zagadana, emocjonalnie wymieta i kompletnie pozbawiona energii!! Na dodatek Exica zaczela jakas dziwne akcje, i probowala mnie chyba przeciagnac na swoja strone, zrobic ze mnie swoja najlepsza kolezanke opowiadajac o dosc intymnych chwilach jej pozycia z moim R, o zalach, lzach, zlosciach, o tym jaki to R. jest zly i w ogole .... pomimo mojego ciaglego powtarzania, ze to sa sprawy miedzy nimi i mnie one naprawde nie interesuja ona brnela dalej... czesto wychodzilam do toalety, ale cholera ile mozna, w koncu moze se pomyslala, ze mam cos z pecherzem, albo z jelitami :P A w ogole to ja nie wiem, jak ja moge byc z takim potworem jak moj R... az sie sama dziwie, bo po takich opowiesciach to powinnam chyba uciec od niego gdzie pieprz rosnie i zakonczyc wszelakie relacje... a u nas jest jak jest... tzn sielana... kurna, moze mi tego R. kto podmienil?! ... no i teraz Exica moze zazdrosci?! Ech cholera ja wie... na szczescie widuje ja raptem kilka razy w roku, i niech tak zostanie!

No i co ja tam moge Wam jeszcze powiedziec, aaaa nasza Kota zaklimatyzowala sie juz w nowym miejscu bardzo dobrze :)) W ogole cala 7 godzinna podroz samochodem zniosla bardzo dzielnie... glownie na moich kolanach :) mialam ja na smyczy, kiedy wychodzilismy cos zjesc badz na kawe zostawala w samochodzie i schodzila sobie na dywanik kladac sie tuz obok sprzegla i tej calej reszty. Tam czekala na nas cierpliwie, czula sie tam bezpiecznie. Raz tylko wzielam ja ze soba, na mala przerwe na kawe, ale trzesla sie okropnie - pewnie przez wiejacy chlodny wiatr, ale i przez stres. Zjadla i wypila dopiero na 1,5 godzinny przed dojazdem do celu, potrzeby fizjologiczne zalatwila juz w nowym mieszkaniu oczywiscie do swojego kibelka! No bo ja mam czysta Kote i bardzo madra :DD

No i to w sumie jak na razie tyle.... teraz bede mogla pisac na biezaco :) A w ogole to 8 maja mina 3 lata, jak zaczelam gledzic z moim R. ... kurcze niby to tylko 3 lata, a ja sie czuje jak bysmy byli ze soba od zawsze :)))
A tym czasem na koniec kilka fotek... Do nastepnego :DD

Kota na plazy ;)

Kocie drzemanie w pieknych okolicznosciach przyrody ;)

A taki mamy widok z okien naszego salonu... w sumie jest ok ;)