sobota, 25 grudnia 2010

Swieta, Swieta

Wigilia minela, swieta sie tocza, ja sie tocze...z przezarcia ;)
prezenty mam fajne, moj maz tez, mama rowniez :)
Generalnie fajnie jest i tylko szkoda, ze za jakis czas wszystko sie skonczy.. na razie jednak ciesze sie kazda chwila spedzana z moimi domownikami, choc kilku mi brakuje, ale nie bede sie w to zaglebiac... tak czasem w zyciu bywa i nic sie na to nie poradzi.
Pierogi sa boskie, pasztet maminy tez bomba, a ja sie juz zastanawiam jak sie wcisne w moja sylwestrowa kiecke, ktora niedawno sobie kupilam...oj ciezko bedzie...
Poza tym mam lekki stres, i ten stres moze mi przejdzie gdzies kolo 11 stycznia dopiero, mam nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze...
Poza tym, za szybko biegnie ten czas, o wiele za szybko!
Lece do mojej rodzinki, przytulic sie do Mamy musze, bo bardzo ja kocham!!!

WESOLYCH SWIAT WAM WSZYSTKIM :)

piątek, 10 grudnia 2010

I poukladalo sie tak jak trzeba...

tzn sprawa z telefonem i fryzjerem :)
Niczego nie musialam odkrecac, zmieniac, ot okazalo sie, ze znalazlam w skrzynce na listy awizo i moglam odebrac osobiscie moj telefonik :D



Co za tym idzie jutro mam wizyte u fryzjera, zobaczymy co z tego bedzie hehehe
Poza tym reszta bez zmian...
dzis wyslalam kilka kartek swiatecznych, ze tak powiem "z wkladka" ;) reszte posle w przyszlym tygodniu, poza tym czeka mnie mega sprzatanie, bo przeciez za tydzien przyjedzie pani z sanepidu hehehe
Poza tym kiedy dzis wracalam do domu z zajec, jechalam autobusem, potem wskoczylam szybko na poczte oraz zahaczylam jeszcze o mini Carrefour, poczulam sie naprawde dobrze i swojsko w miescie na M., ktore ubrane jest swiatecznie... ktore wydalo mi sie jakos cieple, przymilne, radosne i po prostu piekne. Poczulam zespolenie z tym miejscem, dziwne strasznie, ale czuje sie tu jak w Lodzi, to chyba dobrze :)a moze ja po prostu jestem zwierzeciem miastowym i jednak zycie na peryferiach nie jest dla mnie... choc w sumie na wsi moglabym mieszkac, tylko zeby praca byla :D
Kiedy wiec tak szlam ulicami wlaczylo mi sie myslenie, ze bardzo sie ciesze, ze choc moja Mama bedzie mogla to zobaczyc... bedzie mi brakowac brata i jego rodziny bardzo, ale jak zawsze wszystko sobie wytlumacze i zaakceptuje ten stan rzeczy, zyc przeciez trzeba dalej... i dlatego tez dzis przy kolacji R. poruszyl temat choinki, i tak cieplo mi sie zrobilo na sercu, bo cieszy mnie to, ze R. zmienia z roku na rok swoje nastawienie do Swiat, ot po prostu zaczyna lapac o co w nich chodzi i co jest dla mnie w nich najwazniejsze :D

Reasumujac: czuje sie dobrze, i tylko mi strasznie zal, ze przez to samopoczucie, nie strace ani grama na wadze! ;)))

wtorek, 7 grudnia 2010

zly mam humor, a raczej jakas straszna beznadzieja mnie dopadla

no i tak sobie postanowilam napisac...
Opadla ze mnie fala radosci ze stazu, z nauki, ot okrzeplam chyba, a i w sumie za miesiac z malym hakiem koncze moja przygode z praca w domu starcow, z nauka jezyka rowniez. Juz mysle o tym, ze przyjdzie znow ten dzien, ze nie bede wstawac o 5:15 do pracy... mowiac szczerze przygnebia mnie ta wizja ponownego bezrobocia i co najgorsze braku gotowki... jakby nie patrzec 600€ z groszami pojawiajace sie raz w miesiacu na moim koncie sprawialo mi ogromna frajde, dawalo choc odrobine poczucia niezaleznosci... Kretynskie to, ale zamiast myslec o Swietach, przyjezdzie Mamy to ja juz mysle o tym, ze styczen za pasem, no i wlasnie... i co dalej?? Nie chce znow tej beznadziei i zawieszenia w prozni, chce zmian, chce pracy, chce cos robic, byc przydatna i zarabiac pieniadze...
Jesli nie uda mi sie zaczepic w pracy, to mam plan z prawem jazdy, no i szukanie pracy rzecz jasna to priorytet.
W ogole to gruba jestem... zapuscilam sie koszmarnie, i nie moge odnalezc w sobie kompletnie sily na ogarniecie sie z tego beznadziejstwa, mam wrazenie, ze zajadam stresy, uciekam w zarcie slodyczy tak jak inni w jakies inne uzywki... zle mi ze soba... tzn ze swoim cialem... zla jestem na siebie, obwiniam sie caly czas, tak podswiadomie sie obwiniam... bo czuje, ze zawiodlam sama siebie, ponioslam porazke i na dodatek nie potrafie tego zmienic... czuje sie slaba i to chyba mnie wkurza najbardziej! Po prostu ja bardzo lubie miec poczucie, ze moge nad czyms panowac... panowanie nad waga dawalo mi sile, teraz mnie to tylko doluje, bo waga ciagle rosnie... nie potrafie sie odstawic od koryta... no to chyba czas doksztalcic sie w dziedzinie uzaleznien!

P.S.
zamowilam sobie nowy telefon.. Nokia C3... nie wiem czy sie w koncu na niego doczekam, bo kurier, ktory ma mi go dostarczyc rozwozi przesylki tylko do godziny 14tej...ja pracuje do 14:20... zadzwonilam tam do nich i poprosilam o zmiane daty, no i pani dala mi do wyboru dzien jutrzejszy badz sobote. Wybralam sobote, i wlasnie mi sie przypomnialo mi sie, ze na sobote rano mam "randke" z fryzjerka... no i teraz sie gryze, czy zmienic date "randki" z fryzjerka czy z kurierem... ciezki orzech do zgryzienia mam, bo i na jedno i drugie czekam z niecierpliwoscia!
Ale mam problemy... w obliczu glodu na swiecie, chorob, i biedy, ja o telefonach, fryzjerach i innych takich... w sumie to juz dawno nie mialam takich problemikow, bo te wieksze mnie przygniataly, wiec poniekad ciesze sie, ze na razie moge myslec o dokonaniu wyboru sposrod rzeczy jednak przyjemnych.

Bedzie dobrze, wyjscia nie ma!!

wtorek, 30 listopada 2010

Jest cudownie....

moc zarabiac pieniadze :)
Prac w nowej pralce, planowac zakupy bez stresu i kupowac sobie kolejna koszulke, ktora wiecej odkrywa niz przykrywa :P

Jako, ze weny na pisanie nadal nie mam, to jak na razie z mojej strony tyle :)

P.S.
niedlugo Swieta, a mnie sie sprzatac nie chce!! Koszmar jakis normalnie, praca zawodowa odbiera mi chec na prace domowe, to sie porobilo :))

wtorek, 2 listopada 2010

Coz zrobic

nogi mnie bola! No ale jak czlek owe nogi w pracy eksloatuje, to normalne, ze bola... moze kiedys sie przyzwyczaja ;)

Jak wszystko dobrze pojdzie Moja Mama przyjedzie do nas na Boze Narodzenie :)
R. juz rece zaciera bo obiadki bedzie mial pierwsza liga, i polski, pachnacy boczek w lodowce, a ja... bede miec... w koncu wolne od garow :)))
No to ide... no bo jeszcze przeciez jest listopad, i gotowac ktos musi, poki R. w pracy... a w ogole to spac mi sie chce... te zmiany czasu zawsze ciezko znosze, zreszta chyba nie tylko ja.

środa, 27 października 2010

Zmeczona jestem

Po 3 latach siedzenia w domu non stop kolor, mam teraz co robic i uwielbiam kazda wolna chwile spedzona z doopa na kanapie z kubkiem w reku i z lapem na kolanach :D
Na prace juz nie narzekam, jak mawiaja "pierwsze koty za ploty" juz polecialy i czuje sie coraz pewniej. Z jezykiem tez nie mam jakis wiekszych problemow, wiec nie narzekam... no moze nie tak calkiem, bo po pracy zawsze bola mnie nogi i plecy... no ale trzeba to przezyc :) Inne babki tez tak pracuja jak ja, i zyja, wiec ja chyba tez przezyje :) Najgorsze jest jednak to, ze nie moge sobie pospac, kocham wiec wszystkie weekendy i kazdy wolny dzien, jak ten jutrzejszy, kiedy bede mogla spac do oporu :) No bo jutro mam wolne od szkolki, a w poniedzialek od pracy :D Cudownie!!
Wczoraj mialam pierwszy raz zmiane popoludniowa, nie powiem fajniej sie pracuje, bo jest spokojniej, nie ma tego calego rejwachu porannego... no ale w sumie meczace to, ale wole to niz mialabym kiedykolwiek pracowac na noce.
W kazdym razie jak wczoraj wrocilam z pracy to R. byl juz w domu i jakiez bylo moje zdumienie kiedy okazalo sie, ze: kolacja byla zrobiona! No ja akurat juz nie jadlam, bo za pozno bylo, ale po kolacji uslyszalam pytanie z ust mojego meza: czy nie napilabym sie czegos, odpowiedzialam, ze i owszem moze herbaty... i odruchowo siegnelam po kubek zeby sobie ta herbate zrobic, zaraz potem wlaczylam wode w czajniku elektrycznym... na co moj maz mi rzekl: idz pod prysznic, pozniej Ci zrobie herbate jak sie skonczysz kapac, bo jak teraz Ci zrobie to wystygnie!
Stalam tak nadal w szoku i mysle sobie, no to moze przed tym prysznicem pozmywam jeszcze, a tu bach... moj maz odkrecil wode wzial gabke i plyn do zmywania naczyn i zaczal zmywac (szock!) :)) Polazlam wiec do lazienki niczym porazona pradem... i kiedy z niej wyszlam R. wstal z fotela i poszedl do kuchni robic mi herbate!!
Zaniosl do salonu gdzie ja juz lezalam na kanapie, postawil przede mna, a ja do niego mowie: sluchaj, dziekuje Ci za to co dzis zrobiles, ze pozmywales, zrobiles kolacje, herbate... a on mi na to: drobiazg, przeciez logiczne, ze jak wracasz pozno z pracy, to ja sie moge tym zajac!
Na co ja oczywiscie dodalam, ze jeszcze o smieciach zapomnial, ale na pewno bedzie o nich pamietal nastepnym razem hehehe
I teraz to sie tylko zastanawiam czy mi czasem ktos chlopa nie podmienil, i jak to zrobic zeby miec wiecej popoludniowek w pracy :PPPP

niedziela, 24 października 2010

Po prostu je kocham :)) I znow je mam na polce w lazience :D

Mala rzecz, a tak cholernie cieszy :))




A poza tym znow zmienilam szate graficzna - co na pewno zauwazyliscie :)), a wszystko dlatego, ze od tej cholernej czekolady to juz nie moge wlozyc spodni na moja doope!! No niech to szlag!!! ;))
Teraz musze znalezc chec do chudniecia... tylko, ze jakos ja zgubilam... i codziennie mowie, ze odchudzanie zaczne od jutra... tylko, ze jutro jest poniedzialek i ide do pracy, a po pracy potrzeba mi odstresowacza... jak na razie najlepiej odstresowuje mnie 100 g mlecznej rozkoszy. Ech beznadzieja... ja chce byc chuda!!!!!!!! Taka jak rok temu, no!! :)) Bo marzy mi sie taka fajna satynowa koszulka, ale zdjecia nie pokaze, bo koszulina z tych frywolnych jest hehehe no to chyba logiczne, ze kolo ratunkowe w okolicach pepka w polaczeniu z satynowatoscia koszulki niekoniecznie estetycznie wyglada, no ja na pewno za komfortowo nie bede sie czula, choc baleron to ja w sumie bardzo lubie :P

niedziela, 17 października 2010

Szata graficzna zmieniona

u mnie tez troche zmian, i przede wszystkim czuje jakas niechec do pisania.
Pomimo tego, ze naprawde sporo sie dzieje, nie widze sesnu pisac cokolwiek.
Zastanawialam sie juz nad tym czy aby nie zamknac bloga, ale z drugiej strony moze za jakis czas znow mi sie odwidzi i chec do pisania wroci :) niech wiec bedzie tak jak jest. Zatem blog zostaje, a ja Was nadal podczytuje, i nie zawsze zostawiam komentarz, za co przepraszam... i nie chodzi o to, ze nie mam nic do powiedzenia, wrecz przeciwnie, moglabym sporo dodac czesto do Waszych wpisow, ale po prostu mi sie nie chce, czuje sie po prostu zmeczona...a wszystko to za sprawa stazu.
Najzwyczajniej w swiecie pracuje i sie ucze, poznalam nowych ludzi, i jakos tak ucieka dzien za dniem. Poza tym chyba z tego stresu - bo nowe wyzwania pod postacia pracy okazuje sie stresujace - rozlozylam sie z lekka, na szczescie wszystko mi przechodzi. Chociaz z drugiej strony mowiac szczerze z checia bym sobie posiedziala w domu hehehehe Oj tak narzekalam na to, ze nie pracuje, ze siedze w domu, a teraz jak od poniedzialku do piatku zapitalam to nagle mi sie chce w domu siedziec ;) Mysle jednak, ze po pierwszych 3 dniach w pracy moje myslenie jest normalne, ot po prostu nie czuje sie jeszcze najpewniej na tym gruncie zawodowym, i na dodatek ta praca nie jest spelnieniem moich marzen. To motywuje mnie do tego, zeby jeszcze mocniej przylozyc sie do nauki jezyka... moze gdybym tez miala juz pierwsza wyplate za soba, byloby mi latwiej, a tak... wszystko przede mna :)

Dzis wazna data dla mnie, 3 lata temu przyjechalam do Francji... pol roku jestem w Alzacji, i co raz mocniej tesknie za Pas de Calais. No ale na razie jest jak jest, i nie bede lac lez z tesknoty, trzeba zyc tu i teraz :) Mam swoje pierwsze konto w banku, wlasna karte platnicza, zaczelam zdobywac jakies doswiadczenie zawodowe, poznaje nowych ludzi, ucze sie ciagle jezyka, z R. dobrze jest (no ale zeby nie zapeszyc, to juz nic wiecej nie mowie, wiadomo lepiej nie chwalic! zauwazylam bowiem, ze jak chwale to sie cosik chrzani, wiec to zostawiam jak jest :)) Mamy troche problemow, ktore jakos nie chca sie rozwiazywac, i trwaja przy nas wrednie, kilka nowych doszlo, i czasem mam leb szesc na dziewiec od myslenia, ale... w sumie jest dobrze! Trzeba myslec pozytywnie!!

No nic to koncze te moje wypociny i spadam... musze sie zrelaksowac przed nowym tygodniem i koniecznie wyspac... jutro pracuje od 8 rano do 15:20, we wtorek na 7:00 - 14:20 i w sumie ta wtorkowa zmiana najbardziej mi pasuje, bowiem szybko czas biegnie i nawet sie czlek nie spostrzeze jak juz jest 2 godzina na zegarze i czas sie szykowac do chalupki :D Taaaakkk najbardziej w mojej pracy lubie moment kiedy z niej wychodze hehehehe no moze mi to kiedys minie, oby :D

piątek, 1 października 2010

Oj ludzie, ludzie...

lata swietlne mnie tu nie bylo, ale zwyczajnie rzecz ujmujac lenistwo oraz zaraz potem brak czasu to wszystko spowodowal.
Przez ten czas troche sie rzeczy wydarzylo, odwiedzila mnie przyjaciolka z Niemiec, kochana Irenka, z ktora nie widzialysmy sie 3 lata!!! Musialysmy sie wiec nagadac, posmiac, i po prostu ze soba pobyc :) Bylo rewelacyjnie, tylko oczywiscie za krotko :)
Potem mialam urodziny, podczas nich tak fantastycznie sie bawilam, ze chorowalam - co akurat nie powinno dziwic, bo jak sie wypije za duzo szampana i pomiesza to z winem, to glowa moze naparzac zdrowo! Ale, po tej chorobie, naprawde sie rozlozylam, dopadla mnie jakas grypo-angina, a na jej leczenie znow nie mialam duzo czasu, bowiem od 27 wrzesnia zaczelam moje formation, ktore potrwa do stycznia.
Wlasnie zalatwianie wszelkich formalnosci ze stagem - ktory dzis akurat jakos szczesliwie sama sobie znalazlam :) - zajelo mi najwiecej czasu, szczegolnie proby dodzwonienia sie do moich dawnych pracodawcow i usilne tlumaczenie im, ze potrzebuje takie zaswiadczenie, w ktorym bedzie czarno na bialym, ze pracowalam w danym miejscu w takim, a takim okresie czasu, i co najwazniejsze, ten czas pracy bedzie przeliczony na godziny!!! Co rusz napotykalam wlasnie przez te godziny, na opor!! Bowiem zadna za przeproszeniem biurwa, nie chciala mi tego zrobic, w koncu jako ostatnia deske ratunku, wyslalam z misja niemalze niemozliwa do wykonania, moja wlasna Matke Polke!!! I coz, okazuje sie, ze jednak mozna przeliczyc, policzyc, i zrobic cos takiego!!! Ma sie jednak dobrego agenta do zadan specjalnych w rodzinie :) ja wiem, ze gdybym byla na miejscu,w PL to tez bym sobie to zalatwila, bo wyznaje zasade "jak nie drzwiami, to oknem", ale jak widac czasem na odleglosc, moja skutecznosc jest za slaba, mowiac inaczej "za krotka jestem" :D
No, ale... teraz mam nadzieje, ze wszystko bedzie oki, i dzieki temu cholernemu papierowi, ktory przetlumacze sobie u tlumacza przysieglego, ktorego mam pod bokiem (no, prawie ze pod bokiem :)) bede tez miala wiecej kasy z tego stazu :)) Bowiem okazuje sie, ze ow jeden papierek, podwyzsza mi pensje o 300 euro!!! Bylo wiec o co powalczyc :D
Poza tym zalozylam sobie tylko swoje konto w banku, i na nie beda wplywac moje pobory :D Czuje sie jak kobieta niezalezna... yeeeahhhh w koncu :))
R. oczywiscie radosny wraz ze mna, bo cieszy sie z mojego szczescia :) Fajnie, tez sie ciesze, ze jego to cieszy :)
W ogole to przez ta prace, i caly ten stage, czuje, ze oddycham!! Zyje!!! Poznalam fajnych ludzi, szczegolnie skumplowalam sie z pewna Bulgarka, oraz Rosjanka... nie ma to jak slowianska krew ;) poza tym nie bede skromna, bowiem okazuje sie, ze z nauka francuskiego bardzo sobie dobrze radze!! :)) Prof jest zadowolony i ciagle powtarza, ze swietnie pracuje, i szybko sie ucze :D, no ba, w to to ja akurat nigdy nie zwatplilam :)
A stage practyczny to dzis sobie znalzlam wchodzac do pewnego miejsca ot tak, z ulicy, pogadalam z kobitka i bach, jest :) papiery dyrektor mi podpisal i teraz jestem juz spokojna :) I co najwazniejsze, bede miala do pracy 10 min z kamasza, czy to nie jest piekne??? :))
Mam nadzieje, ze cala reszta bedzie sie ukladac rownie atrakcyjnie, szczegolnie dla mojego R., ktory akurat w pracy ma nie najlepsze chwile... prawde mowiac, jest nauczka, po raz drugi, zeby uwazac na prace w ktorej Polak, sie szarogesi.
Na razie to tyle z mojej strony, koncze i spadam do garow, R. wraca z pracy kolo 19tej wiec w przyplywie dobrego humoru cos ugotuje, tylko najpierw wyglaszcze Kote, ktora domaga sie pewnej zamiany... czyli zdjac laptopa z kolan, a polozyc ja, i wyglaskac najslodziej jak potrafie ;)
To na razie moi mili... spadywuje :)

P.S.
jest jeden minus z tego calego mojego stagu... nie jedziemy do PL na Swieta Bozego Narodzenia... nie mam po prostu urlopu... bardzo zaluje, no ale cos kosztem czegos, pocieszam sie, ze w tym roku Swieta wypadaja w weekend, wiec szybko mina, i nie bede za duzo rozmyslac... takie myslenie bowiem mnie boli...a ja nie lubie jak mnie cos boli, tego sie nie da zniwelowac tabletka Panadolu...

wtorek, 7 września 2010

Nie chce mi sie kompletnie pisac.

poza tym codziennie sie ucze, za tydzien mam spotkanie w sprawie kursu i stazu wiec na glaba wyjsc nie chce. Dzien ucieka za dniem, jesien zbliza sie niublaganie, za chwile mam urodziny, i za tydzien przyjezdza Irenka!
No i to sa rzeczy, ktore mnie ciesza najbardziej!!
Chalupe sobie sprzatam, tzn w szafkach i szufladach, ot... chyba, zeby mi sie nie nudzilo ;) poza tym nie lubie brudnych polek, a i co ja mam robic, ile mozna pierdziec w fotel i siedziec z nosem w kompie.... i tak uwazam, ze za duzo mi to czasu zjada.
Z R. mam faze docierania sie, ktora wymienia sie po chwili z mega eksplozja uczuc, wiec nie ma nudy, ja oczywiscie sie czepiam - to akurat nic nowego, a on uwaza, ze wsio jest oki, aczkolwiek wie, ze ja chce inaczej.
No nie wazne...
Nie bede zrzedzic, bo jak mowilam, pisac mi sie nie chce. Korzystam poki moge z wolnych porankow i celebrowania mojego dnia, troche sie dzika zrobilam przez sierpien, ale powoli sie odbijam od tego dna ;)
W sumie czuje sie oki, choc bywalo beznadziejnie... ciesze sie, ze juz mamy wrzesien... bo jestem blizej nowych wydarzen zyciowych, i choc troche sie lekam.... no ale co zrobic, jak czegos nie znamy to sie lekamy... ale pracuje tez nad tym... dam rade, jak zawsze :)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Majka (SDM)

Kocham ta piosenke, a zarazem zgrzytam zebami jak ja slysze, bo zawsze mam wrazenie, ze jest ona z gatunku tych, bez konca :) Jednak ... leje ona miod na moje serce, i przypomina o letnim obozie harcerskim w Borach Tucholskich nad jeziorem Charzykowskim, wieczornych ogniskach, gitarze, i po prostu o tym, ze kiedys, ktos spiewal to wlasnie dla mnie :))
W sumie szkoda, ze nie ma juz ognisk, szkoda , ze wiele rzeczy sie zmienilo... w koncu grill to kompletnie nie to samo...
Zreszta, ja w sumie chyba tez juz nie jestem taka sama... ale slowa piosenki nadal sprawiaja, ze usmiecham sie tak samo :))


niedziela, 15 sierpnia 2010

Czytajac czasem komentarze pod artykulami w necie

oprocz calej masy badziewia i chlewu, mozna znalezc perly, co cieszy, bo oznacza, ze sa jeszcze ludzie na tym swiecie, ktorzy mysla, ba mysla podobnie jak ja... i pewnie wiekszosc z Was :D
Takim sposobem wpadlo mi w oko dzis to, o czym myslalam od dluzszego czasu, nad czym kontemplowalam majac naprawde duzo czasu.
Czasu mam w nadmiarze, bo jestem prawie calymi dniami sama, teraz zreszta tez... jest niedziela, R. pracuje, dzwonil, ze zje obiad z ludzmi u ktorych pracuje, bo mu zaproponowali zeby zostal i zjadl... najpierw zrobilo mi sie przykro.... ale pozniej przypomnialam sobie, o tej mysli, ktora wlasnie dzis jakos niby przez przypadek znalazlam w czyims komentarzu:

"gdy ktoś jest naprawde dobry i tworzy dobre swoje życie powinien zapomniec o tym ,że jego szczęscie zależy od męża, partnera , zony itp. uzależniając szczęscie od kogoś zawsze będziemy nieszczęsliwi -to pewne!"

W sumie od dluzszego czasu wcielam ta zasade w zycie i czuje sie naprawde dobrze sama ze soba, ze swoja samotnoscia, i tylko znajomi ludzie pytaja sie R. dlaczego nie zadzwonie, czy mi sie cos stalo...a mnie po prostu coraz mniej chce gadac z ludzmi...moge pisac, to przychodzi mi latwiej jakos, ale gadanie tak srednio musze miec ochote ;) A poza tym znaja moj numer telefonu, dlaczego sami nie zadzwonia do mnie i nie zapytaja?? Dziwne to...
A moze widac, ze jakas dziwna dzikosc mnie dopadla... nic to, widac tego mi potrzeba bo wcale mi to nie przeszkadza :) Od jesieni przeciez wszystko sie zmieni... ide do ludzi, znow zrobie sie spoleczna ;)

Samotność nie bierze jeńców:
albo zabija, albo puszcza wolno.

Jonathan Carroll
....mnie puszcza wolno... przynajmniej ja w to wierze :))

wtorek, 10 sierpnia 2010

Tabsy dzis dostalam :)

Kocie juz zaaplikowalam :) Zaraz mina 2 godziny jak je podalam, Kota spi, ma sie dobrze i w koncu w jej oczach widze nadchodzacy spokoj...
Prawde mowiac wiem jak bardzo jest jej ciezko, w tym czasie...
Wczoraj wieczorem z godzine nosilam ja na rekach, niczym dziecko. Wyciagnieta byla jak struna, nie dala sie dotykac w okolicach ogonach - to akurat mnie nie dziwi, bo w czasie rui to jest akurat jej najwrazliwsza czesc ciala :) - w kazdym razie glowe miala oparta na moim ramieniu, przytulalam ja do siebie, w ogole sie nie wyrywala, probowalam przekazac jej swoj spokoj, i mowilam cichym i spokojnym glosem do niej, pomoglo na tyle, ze czulam, ze puls jej sie wyrownuje, i zawodzila tylko cichutkim glosem, jak konczace swoj placz dziecko... ech serce mi sie krajalo, a to przeciez tylko zwierzak :)
No ale teraz powinno byc wszystko dobrze, w koncu Kota odpocznie, no i my tez :)

A w ogole to wczoraj po krotkiej wymianie zdan z nowa sasiadka, to sie zastanawiam nad tym czy nie powinnam mowic do Koty po francusku... a dlaczego?
Ano wczoraj babka sie mnie pyta, czy jak bedzie miala Kote "na widelcu" jakims szczesliwym trafem, to czy Kota jest latwa, no to znaczy delikatna, nie agresywna, czy jest przyjazna... ja do niej, ze oczywiscie, ze przyzwyczajona do ludzi i sie nie boi innych, nie reaguje zloscia, ze nazywa sie Mika, i zeby tak ja wolac, tylko, ze jest jedno "ale"....
Babka sie mnie pyta, a jakie to "ale", na co ja odpowiadam, ze Kota nie rozumie kiedy mowi sie do niej po francusku, nie reaguje kompletnie, takze trzeba tylko wolac ja po imieniu... bo zdanie "Mika, chodz tutaj" wypowiedziane po fr zupelnie do niej dotrze, no oprocz reakcji na imie...

Tu musze dodac, ze kiedy mowimy do Koty "chodz tutaj" to Kota przychodzi a czasem nawet przybiega, kiedy pytam ja "chcesz jesc?" Kota odpowiada krotkim miauknieciem, ktore oznacza "tak".
"Nie wolno" to wiadomo, nie wolno, choc czasem jej lapa bardzo by chciala wlasnie to miec, badz polozyc sie na suszarce zlewu w kuchni :) "dam" i wie, skubana, ze cos dostanie :)
Nie wiem jak to sie stalo, ale tak to wlasnie jest, ze prosta komunikacja zostala miedzy nami wlasnie w taki sposob nawiazana...
Teraz jednak okazuje sie, ze trza bylo z Kota jak z dzieckiem i uczyc ja zrozumienia tych krotkich komend rowniez w jezyku kraju, w ktorym mieszkamy...
Dziwne to troche, bo jakos nie przyszlo mi do glowy, ze dwujezycznosc moglaby zwierzakowi tez zycie ulatwic :)
No to coz mi pozostaje, chyba jednak zaczne z nia gledzic po zabojadzku... dla jej i naszego dobra :)
Tak na wszelki wypadek :D

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Moja Kota ma znowu ruje!

Zamowilam tabsy, teraz wznosze modly do nieba, zeby przyslali je jak najszybciej!!!
Wlasnie dostalam meila, ze kase dostali i jak tylko wysla zamowienie, to tez dostane maila... najgorsze jest to, ze w mailu potwierdzajacym napisali, ze zamowienie powinnam dostac pomiedzy 10.08. a 13.08. czyli caly tydzien bede siedziec jak na szpilkach, a Kota znow bedzie spedzac noce w lazience...
O jeny mam dosyc!!! Chyba sobie stopery do uszu kupie i przy okazji sasiada wrecze bo podejrzewam, ze oni tez sa przymusowymi sluchaczami tych miaukow....Az mi glupo...
No nic to zobaczymu co to bedzie!!!
Trzymajcie prosze kciuki i slijcie dobre mysli, zebym te tabsy miala najlepiej juz jutro!!!!
Spadam, bo mi sie cebulka przypiecze... no bo obiad przygotowuje... Ot zatem jak widac, proza zycia :D

P.S.
Z ostatniej chwili, dostalam maila, ze przesylka wyslana... no to teraz prosze o dobre mysli, zeby tabsy doszly najlepiej juz jutro!!! :D

P.S. II.
Mialam dzis istny horror, Kota mi spieprzyla przez okno, a to okno zawsze bylo tak uchylone i nigdy nie wylazla, podejrzewam, ze to przez ruje wlasnie jej ten instynkt powsinogi wlaczyl... przelazla po gzymsikach wzdluz kamienicy i znalazla sie na balkonie u sasiadow... tylko, ze nie w domu obok, ale 2 domy obok... na szczescie, posiedziala z 2 godziny na tym balkonie, i wrocila... dzieki moim usilnym nawolywaniom, i szantazykiem, ze zrec jej dam. Zrec dostala jak wrocila, a i owszem, zeby jakby co, w razie kolejnej ucieczki wiedziala, ze naprawde do michy cos dostanie....
Poznalam dzieki temu sasiadke z owego domu... okolicznosci glupie troche, bo dupe jej zawracalam 2 razy...ale ona i tak nic poczynic nie mogla zeby mi ta moja Kote na dol sprowadzic, bo ludzi tamtejszych w chalupie nie bylo... naprawde bylam juz przekonana, ze ten moj futrzak zostanie tam do nocy, albo co gorsze, ze znajdzie jakos droge ucieczki, ale po drzewie, ktore rosnie obok tego domu i poleci w sina dal, i tyle ja widzieli... na szczescie nie miala tez kontaktu z zadnym kocurem wiec kocich dzieci nie bedzie... Ale co sie strachu najadlysmy, oby dwie - ja i Kota ;) to nasze... Kota teraz przysypia, a ja spijam kawe, bo w kuncu stres ze mnie odparowal...
No i niech te tabsy juz beda, to mi Kota na dupie usiadzie!! :))

piątek, 6 sierpnia 2010

Blog odlogiem lezy

pisac mi sie nie chce.
Leze, siedze, gram, i opieprzam sie ile wlezie :)
Zbieram sily przed jesienia, bo cos czuje, ze bedzie dosc pracowita. Wszyscy dookola mnie wyjezdzaja na wakacje i urlopy, a ja nie... a co! Bede oryginalna, nie musze robic tak jak wszyscy :P
Moze jak sie uda, to zrobie sobie wraz z malzonem urlop w grudniu, Moja Matka Polka juz sie dopytuje czy przyjedziemy, bo jakby co to po 1 listopada bedzie musiala u "swojego" rzeznika boczek dla ziecia zamowic... rety przeca do listopada to jeszcze tyle czasu, a ona mi tu o boczku... co za czlowiek w goracej wodzie kapany :)
Poza tym u nas jakos leci, R. do pracy pogina, ja nie :P na razie mam wolne od wstawania o 6 rano!! Cale szczescie, no ale cos za cos, bo obiad w poludnie gotuje, ale lepsze to niz wstawanie skoro swit... chyba nigdy nie polubie, no fizycznie i mentalnie jakos nie idzie, choc probowalam!!

Przedwczoraj zrobilam sobie wypad na caly dzien do kolezanki "emigrantki", co to ma sie zle na tej francuskiej ziemi, i tak jakos ja reanimowalam, ale i korzysc poszla w dwie strony, bo wrocilam z kilkoma ksiazkami wiec nudzic sie nie bede :)
Czas spedzilam cudnie!! Zwiedzalam. Zaczlysmy od Colmar, potem wywiozla mnie w gory na zamek, ktory widzialam zawsze z nizin, jest imponujacy i piekny, jeszcze gdyby tylko pozbyc sie tych dreptajacych turystow byloby jeszcze piekniej ;) no ale nie narzekam, bo pogoda byla fajna :)
W ogole to ciesze sie, ze ruszylam sie z domu i, ze mam blisko dworzec kolejowy :) Pojechalam bowiem pociagiem, do Colmar mam 20 min drogi po torach ;) za bilety zaplacilam 15,20 € (jeden 7,60 €), porobilam zdjec odrobine, ale ich tu na razie nie wrzuce bo strasznie leniwa dzis jestem i mi sie nie chce :P Poza tym mam picasse przeladowana, i wstawianie zdjec naprawde jest uciazliwe.

Z malzonkiem jakos sobie zywot ukladamy, ostatnio przez ten moj wypad turystyczno-relaksujacy poruszamy temat zazdrosci i zaufania, bo bidny sie zatrwozyl, ze mu zona wybywa na cale dnie, a on pomimo tego, ze dobrze wie gdzie jestem to snuje jakies pseudo erotyczne domysly :P chyba przemeczony jest ostatnio, albo jakis bzdetow sie w necie, badz tv naogladal i mu sie w glowie glupoty roja :P Ja tam zazdrosna bywam, ale zaufanie to podstawa :) Ja mu ufam, choc czasem tez mysli mi pracuja, no ale bez przesady!! Ja tam grzeczna jestem i takich przygod nie jestem spragniona, a jak bede to z wlasnym mezem... w sumie tak w centrum parku, przy fontannie... no czemu by nie! :PP Tfuuuuu co tez ja za rzeczy tu plote... chyba bede musiala wkleic kartke, ze tekst "tylko dla doroslych" :))
No w kazdym razie, czuje sie dobrze, zmieniam pozycje, to na fotelu, to na kanapie, dlubie w nosie, i laze dzis w odzieniu nocnym! Dzis mam wakacje i zamierzam zrealizowac moj plan na maksa... a plan jest nastepujacy: NIE ROBIC KOMPLETNIE JUZ NIC!
Rety, ale mi fajnie :))

czwartek, 29 lipca 2010

Wrocil

... po dlugim czasie, moze z dlugiej podrozy, i zostawil swoj slad na moim GG...


Witaj Podniebny :) i zagladaj czesciej!

wtorek, 27 lipca 2010

Po kolacji

moze powinnam raczej napisac po obiedzie, wszak pisze ten post juz po poludniu, no ale nie w tym rzecz, bo ja przeciez chcialam pisac o tej sobotniej kolacji. Musze rzec, ze udala sie ona wysmienicie!
Bigos wyszedl fantastyczny, kopytka tez calkiem znosne, ale stwierdzilam, ze moge im wkrecic troche kitu o kopytkach wszak, odrobine rozpadaly sie... ale w smaku miodzio :) podkolorowalam wiec troche, ze z francuskich ziemniakow to jakos polskie kopytka nie chca tak bosko wychodzic :P
Talerze jednak wyczyscili, pomimo tego, ze aperitif tez jakos obfity mi wyszedl... jednym zdaniem fajnie bylo :)
Z innej beczki to musze sie przyznac, ze przywalilam kg... Alzacja mi wiec bokiem wychodzi ;P i czas sie znow wziac za siebie, bez dwoch zdan!! Jesien bowiem przyjdzie za chwil pare a ja znow bede plakac nad swoja oblesna niedola, ze nie moge gaci na doope wlozyc!
Nie cierpie tego cholernie, ale z tego co widze, juz do konca zycia bede musiala byc na jakiejs diecie, pilnowac co jem i staranniej wybierac menu z karty w kazdej knajpie... i zal mi, bo ja lubie smakowac, lubie wszystko to co sprawia, ze tyje... do kitu z tym zarciem, ze tez to w ogole czlowiekowi do zycia potrzebne :/
A, wiecie co jeszcze? Moj wlasny, rodzony brat nie rozpoznal mnie na ostatnich zdjeciach, ktore im podeslalam!! Pytal naszej rodzicielki, co to za brunete sciska R. na focie... no zenada po prostu :) Nie widzial mnie raptem 1,5 roku a tu sie okazuje, ze mnie ciezko poznac!! Fakt, zmienilam sie, nawet w sobote mi to nasi goscie powiedzieli ogladajac nasze zdjecia sprzed kilku lat, no ale nie spodziewalam sie tego, ze najblizsza mi osoba, moja najblizsza rodzina moze mnie nie rozpoznac!
To sie porobilo :)) Coz, wiec chyba kiedy pojawie sie w Ojczyznie to inni tez mnie nie poznaja... moge wiec tam byc calkiem anonimowo... nie powiem brzmi ciekawie :)
Poza tym rozkrecaja sie moje znajomosci w Miluzie, nie czuje sie tutaj tak samotna jak na polnocy, inaczej sie tutaj jakos zyje, pewnie dlatego, ze jestesmy w miescie... i tylko czasem zateskni sie za cisza i spokojem, i swierzym powietrzem wsi, ktore zostawilismy na polnocy... no ale kto wie, moze w koncu spelni sie moje ciche marzenie o tej chalupce z niebieskimi okiennicami i morzem lawendy do okola... pozyjemy, zobaczymy :)

foto zapozyczone z bloga "Lawendowy dom...od kuchni"

wtorek, 20 lipca 2010

Nic mi sie nie chce...

wakacje sie skonczyly, a ja mam tyle rzeczy do zrobienia, ze sie obrobic jakos nie moge...
Pewnie wszystko jest kwestia organizacji, ale kompletnie mi sie organizowac nie chce :)
Jest za goraco!
Daje jednak jakis znak zycia i spadam kroic kapuche... w sobote mamy gosci, obiecalam im bigos... no to przelewek nie ma ;)
narka i korzystajcie ze slonca ile sie da, bo przeciez zima byla dluga i kazdy za sloncem tesknil :))

środa, 7 lipca 2010

No i ta cholerna osmiornica sie jednak nie myli...


niestety final nie jest taki jaki sobie wymarzylam... zamiast Hiszpanii mieli byc Niemcy... no nic to, moze za 4 lata :))

Pisze szybko i w skrocie

1. jest u nas syn R. w sobote go R. przywiozl, a w sobote 17 lipca niestety jego wakacje u nas dobiegna konca. Na razie jest sympatycznie i wesolo :) Szkoda tylko, ze R. normalnie pracuje, przez co T. czeka na niego jak na zbawienie, bo normalne jest to, ze teskni. Wieczorami ogladamy filmy, na razie jestesmy na etapie Spidermena - o rety gorszej szmiry to ja nie ogladalam! No ale ogladam, bo T. mowi, ze tylko z nami sie fajnie oglada, i tak milo jest i rodzinnie - no to spoko siedze, ogladam i czasem zasmieje sie, bo fabula mnie powala... na szczescie tragedii nie ma i z tego domowego kina mi nie kaza wychodzic :)
2. dzis chyba nie obejrze meczu i jestem zrozpaczona! No ale dzis wiecczorem ma byc pokaz sztucznych ogni w pewnej miejscowosci oddalonej od nas o 30 km... wiec jedziemy je ogladac, ze wzgledu na T. oczywiscie. R. sie martwi, ze sztuczne ognie skoncza sie kolo polnocy, no moze ciut wczesniej, ale zanim dojedziemy do domu to polnoc juz pewnie bedzie, no a jutro przeciez do pracy i znow po 5 rano trzeba bedzie wstac (czyt. wstajemy razem, bo ja szykuje mezowi kanapki i pijemy razem kawe). No a ja rozpaczam bo jednak chcialabym zobaczyc jak Niemcy dobijaja Hiszpanow ;D oby, oby :))
3. Jutro jade na basen z Mlodym i mam nadzieje, ze nie zobacze zadnych chudych lasek, bo je powybijam, albo raczej potopie ;P
4. Musze sobie kupic nowe gacie, bo juz dawno sobie niczego nie kupilam, a przeciez jestem baba i musze sobie cos czasem kupic, choc portfel piszczy cienko i rozpaczliwie.
5. W ta sobote mamy jechac na polnoc, bo przyjezdza ojciec mojego R.. Szykuje sie wiec maly zlot rodziny T.... skich. Jeszcze nie wiemy czy szef pusci mojego chlopa z roboty, bo ponoc nie ma ludzi, a terminy gonia... bla, bla, bla... wiadomo standardowa spiewka kazdego pracodawcy... No i mam nadzieje, ze da mu to wolne, bo juz o tej wolnej sobocie i poniedzialku to gledzilismy juz jakis czas temu, i wowczas sie zgodzil, ale ze ten szef to kretyn to w sumie mozna wszystkiego sie po nim spodziewac. Mam tez nadzieje, ze w koncu wyplaci R. cala pensje, bo mnie szczerze doprowadza do szewskiej pasji placenie na raty.... od razu przypominaja mi sie czasy pracy w PL... dlatego w cholere R. musi stamtad uciekac i pamietac, ze juz nigdy nie pracowac u Polaka, no chyba, ze jako wspolnik! Moze to glupie, ale jednak prawdziwe!
6. My wakacji w tym roku nie mamy, z przyczyn prozaicznych, zyciowych. Moze sie uda, ze na BN pojedziemy do PL. A na razie jest jak jest... na cale szczescie pomiedzy nami jest ok :)

Co ma byc to i tak bedzie :) A teraz jest lato i trzeba sie z tego cieszyc :D
No i najwazniejsze, ze fajnie mi z R. a jemu ze mna :) w koncu chyba o to glownie w zyciu chodzi :)

czwartek, 1 lipca 2010

Mam nadzieje, ze bede uratowana

zadzwonilam do Mamy z prosba o kupienie lekow, juz mi je wyslala, ale beda dopiero w przyszlym tygodniu. Poza tym R. od kilku dni jest tlumaczem i kierowca, wozi innych pracownikow na kontrolne badania lekarskie. Dzis sam byl na takim badaniu, ponoc cisnienie mial troche za wysokie, ale po chwili odpoczynku wszystko wrocilo do normy, zatem i tak trzeba juz uwazac jakby co.
Napisalam tez krotki liscik do owej pani doktor, z zapytaniem o jakies leki bez recepty na ta moja alergie. Zobaczymy co odpowie. Kurcze, fajnie tak pisac lisciki w innym jezyku, i to na dodatek innym niz angielski :D Nie przypuszczalam, ze kiedys w miare bez stresowo mi to przyjdzie.
A poza tym jak na razie nadal sie bujam z tona chusteczek, kicham namietnie i bezwiednie, oczy mnie bola, i dlatego skracam do minimum siedzenie przed kompem.
Jutro ma do mnie przyjechac kolezanka z tego samego departamentu, ale z innej miejscowosci.... zastanawiam sie nad ta wizyta, bo nie czuje sie naprawde najlepiej, zreszta owa kolezanka tez mnie pyta, ze moze lepiej przelozyc spotkanie na inny dzien.... pomysle jeszcze chwile nad tym... ale jestem sklonna przelozyc to spotkanie, bo ani ona, ani ja nie skorzystamy z niego za bardzo... ja sie skupic na niczym nie moge, glowa boli od tego kataru, kichanie wkurza i na dodatek zmeczona jestem tym upalem, nie chce sie gadac za bardzo przy takim samopoczuciu.
Poza tym moj R. tyle pracuje, ze nie mamy nawet czasu kiedy zrobic zakupow, no i na przyjmowanie gosci tez trzeba cos miec w szafce, a i przeciez niedziela za pasem... nic to, denerwowac sie nie zamierzam, bo przeciez jak znam zycie wszystko bedzie ok :)

wtorek, 29 czerwca 2010

Klimat

no chyba mi on w ogole w tej Alzacji nie sprzyja!
Od kiedy tutaj przyjechalismy walcze z katarem i jak na razie przegrywam!
Kiedy mieszkalismy na polnocy skonczyly sie moje wszelakie problemy z przeciekajacym nosem, a teraz znow... zwariowac idzie!
Moze jestem na cos uczulona, bo kicham na potege, ale na Boga, testy mialam robione w 2007 roku i nic nie wykazaly, zreszta wowczas okazalo sie, ze jestem chora na koklusz! Teraz na pewno nie jest to koklusz, bo nie kaszle, chyba, ze cos zadrapie w gardlo, no ale bez chusteczki ruszyc sie nigdzie nie moge... wnerwia mnie to jak cholera, bo lato w pelni, upal jak na piaskach pustyni, slonce prazy jak w Emiratach Arabskich a ja laze z conajmniej paczka chusteczek w torbie i zazwyczaj sciskam jakas w rece - fuj!
Najgorzej jest rano, i wieczorem, w poludnie jakos idzie wytrzymac, ale wieczorami zatyka mi sie nochal, jest w nim sucho i przez to wszystko bardzo mi sie ciezko oddycha, i laze z otwarta paszcza jak jakis niewydarzony egzemplarz ludzki.
Nie wiem jak jeszcze dlugo potrwaja te upaly, ktore daja popalic wszystkim, ale oby juz niedlugo... nie ma kurza stopa zadnego wyposrodkowania, harmonii, ot jak ma byc cieplo to daje ponad 30°C jak zimno w przeginka w druga strone... lato jest fajne, ale takie z 25 kreskami na plusie max, cala reszta to patologia, odchylenie od normy!

A z innej beczki to dodam, ze w niedziele znow bedziemy we trojke, tzn przyjezdza syn mojego R. a dokladnie to R. po niego jedzie. Znow bede z nim calymi dniami, bo R. pracuje do 18tej... nie tak to wszystko mialo wygladac, no ale nic na to sie nie poradzi.
Trzeba bedzie mu jakos czas zorganizowac, zeby sie nie nudzil chlopak.
Powiem szczerze, ze co raz mniejszy entuzjazm mam jak mysle o przyjezdzie syna R. jak sie tak zaglebiam w powod tego mniejszego entuzjazmu to wychodzi mi, ze najzwyczajniej w swiecie czuje sie przez syna R. kompletnie ignorowana i niewazna. Dziwne to bardzo, ale po ostatniej naszej wizycie u niego takie wlasnie odnioslam wrazenie. Nic to najblizszy czas pokaze jest jak naprawde, i tak po cichu bardzo bym sie chciala mylic!

Najgorsze jest to, ze pozniej tak bardzo boli serce. Mnie, a jeszcze mocniej mojego R. i tego chyba nie trzeba kompletnie nikomu tlumaczyc.

No ale tak wracajac do klimatu... w tym mieszkaniu, w ktorym teraz mieszkamy czuje sie bardziej po domowemu, i bardziej przytulnie niz w domu na polnocy... posune sie nawet do stwierdzenia, ze lubie to mieszkanie, i dobrze mi w nim z moim kochanym R. lepiej niz na polnocy... bo w ogole to moj R. sie jakos naprawil tutaj, i ja sie nie czepiam nazbyt czesto, czuje lepsza jakosc naszego zwiazku, jakbysmy weszli na jakis kolejny poziom... no to chyba klimat nam sprzyja... ech, a kichac na ten katar... moze zima przejdzie!

wtorek, 22 czerwca 2010

Lato

od wczoraj sie rozgoscilo, swieci sloncem w oczy, i przekonuje, ze juz w ten weekend temperatura da nam popalic. No i super, mnie to pasuje, tylko jest jeden problem, przytylam i zle mi z tym. Zatem co by zlikwidowac problem nalozylam sobie kaganiec i pilnuje tego co jem. Minus taki, ze nie moge w tej chwili pozwolic sobie na kupowanie tego co mi sie chce, i czego mi potrzeba wiec jem dosc niedbale. Nic to postaram sie jakos z tego wybrnac i przede wszystkim zapanowac nad apetytem na slodycze!! Zgrozo, to moj wrog, wiec jak mawiaja Ci co to lubia popic, leje tego wroga w morde... tylko dlaczego akurat w swoja?!?! Bez sensu! Wiec szlaban na takie smaczki, szczegolnie, ze za 2 tygodnie przyjezdza syn R., i cos kolo 10 lipca przyjezdza moj osobisty tesc do szwagierki, moze sie wiec zdarzyc, ze i my sie tam pojawimy i nie chce sie pokazac z tej strony, z jakiej widac mnie teraz... no to czasu mam niewiele, ale tak to jest jak sie czlowiek budzi na ostatnia chwile.. wrecz z przyslowiowa reka w nocniku... cholera oby nie bylo dla mnie za pozno!

P.S.
Wczoraj Francja swietowala pierwszy dzien lata bawiac sie przy muzyce. Pierwszy dzien lata to i Fête de la Musique... tak swietowali, ze spac sie nie dalo, niby mam 10 min spacerkiem do starowkowego rynku, ale coz decybele nie znaja ograniczen, to i probowaly sie wdzierac do naszego mieszkania, uderzajac w okna... pozostalam jednak twarda i dalam im odpor opuszczajac rolety zewnetrzne... no to przy odchudzaniu tez musze sobie tak zrobic, najlepiej zakleic otwor gebowy, zeby nic do niego nie wpadalo nadprogramowego!

I to tyle w temacie na dzis... w sumie to o niczym ten post.... no bo i nie dzieje sie nic interesujacego o czym mozna by pisac... przynajmniej na razie! :)

piątek, 18 czerwca 2010

Ten wczorajszy mecz...

ogladalismy w knajpie, wraz z innymi kibicami druzyny francuskiej.
Atmosfera byla w miare fajna, za to mecz - co ja bede mowic, wszyscy wiedza jaki on byl - dumna jestem za to z innych Francuzow, ze potrafili sie cieszyc z sukcesu Meksyku, w koncu jakby nie patrzec wygral lepszy!!!

A z tego wszystkiego to mi sie przypomina wypowiedz szanownego trenera Domenech'a, ktory zapytany: "czy zawodnicy sa przygotowani do tego meczu?" odpowiedzial: "mam nadzieje".
I tym o to wesolym akcentem koncze moj malutki wpis, a po poludniu czekam na "mam nadzieje" dobre spotkanie niemieckiej druzyny ze slodkim Lukaszkiem P. w roli glownej!

;)

czwartek, 17 czerwca 2010

No to moge juz powiedziec

mam to na papierze, czarno na bialym i wcale mi sie nie przysnilo, i choc wszyscy mi mowia, ze to niemozliwe, bo nie znaja nikogo komu by sie cos takiego przytrafilo! ... no ale do rzeczy!

W tamtym tygodniu, dokladnie w 2. miesiacu naszego mieszkania w miescie na eM. bylam na tescie jezykowym.
Skierowana zostalam tam z Pôle emploi, gdzie podczas spotkania z doradca sama sie o kurs jezykowy upomnialam.
Poszlam tam z mysla, ze bedzie to zwykla gadka, taka jak zawsze przed kursem jezyka kiedy to musza sprawdzic do jakiej grupy mnie wsadzic, i coz... byla gadka, a przemila kobitka walkowala mnie przez godzine!

Na wstepie naszej rozmowy pani mnie zapytala czy ja rozumie, przez co chwilowo poczulam sie jak w "Wielkiej Grze" tylko ta pani testujaca nijak nie byla podobna do Stanislawy Ryster.

Odpowiedzialam twierdzaco, no bo przeciez rozumiem co sie do mnie mowi wiec nie bylo sensu twierdzic inaczej. Uslyszalam, ze test bedzie skladal sie oczywiscie z czesci mowionej, pisanej oraz bedzie rozumienie tekstu...

Na szczescie kobita byla oaza spokoju i czesto sie usmiechala. Do pracy z wariatami nadawala by sie idealnie... moze dlatego tak dobrze sie czulam w jej towarzystwie, a stres jakos prawie calkiem ze mnie wyparowal wraz z uplywajacym czasem.

Rozmowa okazala sie nie tylko rozmowa o codziennosci, rodzinie, zyciu ale przede wszystkim o moim wyksztalceniu i doswiadczeniu zawodowym, nawet musialam przejsc przez pseudo rozmowe kwalifikacyjna! Prawde mowiac pierwszy raz od kiedy jestem we Francji spotkalo mnie cos takiego!! Nie bylam przygotowana na takie pytania, odnalazlam sie jednak jakos w tej sytuacji i jakos z tego wybrnelam... najwazniejsze, ze nie poddalam sie i walczylam dzielnie :) Najgorzej bylo z pisaniem, bo juz na poczatku mowilam, ze mam z tym problem... ale okazalo sie, ze i z tym jakos daje sobie rade... czasem pisalam fonetycznie, ale dalo sie zrozumiec ;) Zrozumienie tekstu tez nie bylo jakas tragedia, podolalam i temu.

Kiedy test sie skonczyl pani nie chciala mi powiedziec jaki jest jego wynik, stwierdzila, ze wszystkie informacje dostane poczta. Nastepnie zapytala mnie jeszcze w jaki sposob chciala bym sie uczyc jezyka, czy w trybie wolniejszym czy intensywnym. Odpowiedzialam, ze oczywiscie intensywnym wszak chce jak najszybciej znalezc prace, poza tym nie pracujac jestem dyspozycyjna, nie mam bowiem zadnych dodatkowych obowiazkow.

No i stalo sie... zaproponowano mi wlasnie to, w co nikt nie mogl uwierzyc, bo takie rzeczy nie zdarzaja sie ponoc prawie nigdy!!
Zatem mam miec kurs polaczony ze stazem!
Kurs trwajacy 35 godzin tygodniowo, czyli tyle ile normalny tydzien pracy statystycznego Francuza. Bedzie on polegal na tym, ze w poniedzialek i wtorek bede miala francuski (przez 7 godzin dziennie), a w srode, czwartek i piatek bede miala staz najprawdopodobniej w zlobku (rowniez 7 godzin dziennie), bo to miejsce pracy akurat najbardziej mi odpowiada, szczegolnie, ze tutaj chce zostac assistance maternelle, pracowac z dziecmi.
Oczywiscie przyjelam takie rozwiazanie z radoscia, i poniekad z wielkim zaskoczeniem, szczegolnie, ze jak uslyszalam od pani maja mi za to placic, gdyz kurs i staz zajmuja mi rzeczone 35 godzin w tygodniu zatem to tak jakbym pracowala na etacie! Nie wiem jaka ta kasa, tzn ile tej kasy, bo mi pani nie potrafila powiedziec, ale mam cicha nadzieje, ze choc na waciki wystarczy... w liscie tez nic na ten temat nie ma...
Nie powiem, ale podekscytowana jestem bardzo, dumna z siebie, ze cos mi sie w koncu udaje, i tak sobie mysle, ze z tym moim jezykiem nie jest chyba tak tragicznie skoro cos takiego mi zaproponowali. Oczywiscie, ze wynik testu jest jaki jest, bo pani ocenila moj francuski na poziom A2. Zatem z tego co wyczytalam i zrozumialam z owego listu z wynikami, ktory jest tak napisany, ze chyba trzeba miec co najmniej C3 zeby go zrozumiec ;D, to potrafie porozumiewac sie swobodnie z podstawowym zasobem slownictwa... z pisaniem jest troche gorzej, ale mozna zrozumiec o co mi chodzi, i nie mam problemu z tworzeniem krotkich rzeczowych zdan.
Zatem ...
jakby nie patrzec zawsze moglo byc gorzej
:) A po tym nowym kursie to na 100% powinnam byc na poziomie conajmniej B1 :) ambicje mam na B2 i zamierzam to osiagnac!
Na razie jednak mam jeszcze wolne, szukam sobie pracy ale raczej nie na umowe, bo jak mnie ktos zatrudni na umowe to strace owy kurs, a tego nie chce!
Dopiero 14 wrzesnia mam spotkanie organizacyjne dotyczace kurso-stazu... a dokladnie od pazdziernika przez 4 miesiace bede intensywnie sie uczyc no i pracowac... no to zle chyba nie jest, co? Przynajmniej bede miala o jedna pozycje wiecej w CV!

No i szczesliwa jestem, pomimo tego, ze nie mam pracy na juz, i zadna kasa mi nie wpada do kieszeni. W sumie wiec nadal bedziemy zyc z jednej pensji mojego R. i nic sie nie zmieni przez najblizszy czas. Jednak mam nadzieje, ze dzieki tej najblizszej jesieni ruszy sie cos w moim zawodowym zyciu i skonczy sie moje siedzenie w domu, przynajmniej te 4 miesiace zapowiadaja sie ciekawie! A wiadomo jak czlowiek nawiaze jakies kontakty to wszystko wyglada inaczej, i moze sie uda gdzies zahaczyc :)

I wiecie co powiem Wam na koniec, ze tak najbardziej to ucieszyla mnie radosc i duma, ktora uslyszalam w glosie mojej mamy oraz dumne i cieple spojrzenie mojego R, kiedy streszczalam im moja rozmowe testowa ;) Poza tym nowo poznana francuzka kiedy uslyszala jak z nia rozmawiam i kiedy powiedzialam jej ze jestem we FR 2 lata i 7 miesiecy, a w sumie mowie od jakiegos roku, bo wczesniej sie balam cokolwiek z siebie wyartykulowac... to rzekla mi: "chapeau"...
Skromna wiec nie bede, bo jednak nie ona jedna mi tak powiedziala... coz trzeba sie cenic i przede wszystkim wierzyc w siebie, pomimo tego, ze w tabelkach kwalifikuje sie czlowiek na A2 ;)

No to co... zapowiada sie calkiem niezle, a jak bedzie to powiem w okolicach listopada :))

niedziela, 13 czerwca 2010

11 przykazanie emigranta

I pamietaj....

nie wdawaj sie w blizsze relacje z Polakami pracujacymi za granica tylko na czasowym kontrakcie!!

Tacy zawsze usmiechaja sie do Ciebie przyjaznie, a za chwile za twoimi plecami obrobia ci tylek.

No i to tyle w temacie.

sobota, 12 czerwca 2010

spotkanie


Jak widac na zalaczonym obrazku bylo fajnie :))
Prawde mowiac czlowiek sie nagadac nie mogl... baby, jak to baby czuja niedosyt, bo wiadomo, ze kobitom to sie geby nie zamykaja, Zeby nie bylo, to nie mowie, ze wszystkie cechuje ta gadatliwosc, no ale jednak znaczna wiekszosc :)) Faceci tez w sumie nie odbiegaja od tej normy, szczegolnie, ze jakos naturalnie podzielilo sie to nasze grono na meskie i zenskie.
Rodzaj meski pod postacia 3 doroslych oraz 2 niepelnoletnich naturalnie przeniosl sie na taras domu, tak nawiasem mowiac slicznego domku, z dusza... no ale to akurat logiczne, bo wlasciciele tego domu sa wyjatkowi. :) Poniekad przypominali mi mojego brata i bratowa, nie fizycznie, ale za to mentalnie :))

Czas nam minal wprost zabojczo szybko!! Nawet sie nie zorientowalismy, kiedy przyszla godzina 18. Bardzo sie ciesze, ze tam pojechalismy, ze moglam/moglismy poznac tych fajnych ludzi :)) Kazdy przepelniony roznymi doswiadczeniami zycia we Francji. Do jednego doszlismy wniosku, ze jednak Polak na "obczyznie" nie jest taki sam, po prostu trzeba trafic na odpowiedniego osobnika :) Bedac na spotkaniu nie szukalam przyjazni, dlatego nie czuje sie rozczarowana, czy zawiedziona, wrecz przeciwnie czuje sie bardzo zadowolona, bo teraz mam poczucie, ze nie jestem tutaj calkiem sama, zawsze moge zadzwonic, pogadac, albo ktos dzwoni do mnie :))

Dzieki wymianie informacji pomagamy sobie wzajemnie, nie spotkalam sie z zadna zazdroscia, zawiscia, ba co dziwne kazda z nas wspiera druga, ladujemy sobie akumulatory, w zadnym wypadku nie podcinamy skrzydel. I prawde mowiac dobrze wiem, ze wszystko to dzieki temu, ze po prostu jestesmy osobami o podobnym toku myslenia i wrazliwosci, nie z kazdym przeskoczyla ta magiczna iskra, ale nic porozumienia istnieje :)
Ciezko w sumie opowiedziec w szczegolach o tym spotkaniu, jako, ze glownie jedlismy, pilismy i gadalismy.... na koniec pojawila sie mega burza i ulewa, ale w sumie byl to dobry akcent, bo jakby nie patrzec spotkanie bylo nazwane "powodziowym" :)) O i wlasnie, zapomnialam dodac, ze kazdy przywiozl co mogl i naprawde sporo tego bylo, a jutro kolezanka, u ktorej goscilismy (pierwsza po lewej na zdjeciu) wywozi wszystko do Niemiec, a stamtad pomoc jedzie do Sandomierza.

Mowiac szczerze od tego spotkania troche sie poprawilo moje samopoczucie, czuje sie troche lepiej w miescie na M. i poza tym wydarzylo sie w tym tygodniu jeszcze cos, co sprawilo, ze jednak z odrobina optymizmu zaczynam spogladac w przyszlosc... no ale o tym bedzie w przyszlym tygodniu :)) Lubie dozowac emocje... bo co to za atrakcja zezrec od razu wisienke z tortu :DD

Tymczasem uciekam i zycze Wam milego weekendu :)) Moj bedzie mily, bo znow zapowiada sie towarzysko, nawet trzeba bylo dokonac pewnych zmian, bo w jeden wieczor nie da sie obskoczyc kilku osob, szczegolnie, ze dzis ma byc grill... a w ogole to nie wiem czy Wam juz mowilam, ze jezdze po miescie samochodem.... tylko ciiiiii nie powtarzajcie nikomu, bo w cholere nie dadza mi prawa jazdy!!! A ja chcialabym najpozniej w przyszlym roku w koncu je zrobic... no oczywiscie tutaj, nie w PL, tutaj jakos latwiej mi ta jazda przychodzi i same egzaminy wydaja sie latwiejsze... no ale zobaczymy jak bedzie, na razie jest jak jest i staram sie nie robic tego za czesto, bo wiadomo licho nie spi!! ;))

środa, 9 czerwca 2010

Matko z corka....

"Jak codzien rano bulke maslana, popijam kawa, nad gazety plama" ... taaa no w sumie to nie tak dokladnie bylo jak w piosence Perfectu, choc kawe spijamy, i nie nad gazeta tylko przed odbiornikiem TV, ktory ustawiony jest z rana na francuski kanal informacyjny, wiecie takie TVN24 albo jaki inny polski grzyb.

No i tak gapimy sie bezmyslnie w ten ekran, pijemy kawe, sluchamy wiesci o tym, ze Angela posuwa sie do radykalnych ciec w wydatkach glownie socjalnych, by uchronic swoj kraj od kryzysu, i ze oczywiscie jej krajanie juz za to kolki na jej glowie ciosaja. Potem leci na zywca relacja z uspionego jeszcze miasta w RPA, gdzie za niecale 48 godzin rozpocznie sie najwieksza impreza pilkarska na swiecie - na, ktora tak nawiasem mowiac czekam z radoscia i niecierpliwie, bo futbol to ja lubie ogladac - opowiadaja o ekipie "naszych" czyli les Blues, ktorzy przygotowuja sie do rozgrywek i zaraz o tym, ze maja najdrozszy hotel ze wszystkich ekip mundialu, komfort pelna geba... a ja sie tylko zastanawiam, dlaczego oni o tym teraz truja, skoro juz od jakiegos czasu wiedzieli, ze Francuzi beda grali w Mistrzostwach Swiata, i spac przeciez gdzies musza... ktos wiec zgodzil sie na taki hotel, na takie stawki... po co wiec teraz wywlekac takie glupoty, zamiast cieszyc sie tym, ze pilkarze beda mieli wypasione miejsce na regeneracje i relax... i zycze im tylko, zeby doszli w tych mistrzostwach jak najwyzej, bo jak nie to ich ludzie zezra zywca, pewnie za ten hotel tez!
Dyskutujemy sobie tak z R. o tych wiesciach, kiedy po chwili podaja news...
jak lezalam tak wstalam i wyprostowalam sie jak tyczka od grochu, co to go moja ciocia w ogrodku hodowala.... news brzmial tak...

"W towarzyskim spotkaniu Hiszpania : Polska, Hiszpania wygrala 6:0"

tutaj pojawil sie ironiczny usmiech pani prowadzacej, a ja juz nawet nie sluchalam tego dalej... zal mi po prostu naszej ekipy, trenera, i w ogole jako Polka poczulam sie okrutnie zazenowana i zawstydzona! Zazwyczaj nie mowia o takich dziwnych spotkaniach futbolowych, jednak to widac nadawalo sie do pokazania nawet we francuskiej telewizji informacyjnej...
Od razu sie zjezylam, bo o powodzi w PL to nie mowia, za to o ciagle wyciekajacej ropie w USA i owszem... I od razu naszla mnie mysl, ze jednak kazdy kraj lubi sobie pouzywac na tych co to im sie noga podwinela, i nie ma znaczenia jakiego koloru skory jestesmy, w co wierzymy, co zjadamy na sniadanie i ile zarabiamy... po prostu kazdy czeka na jakas sensacje...bo bez sensacji nie ma newsa...
Dlatego teraz slucham sobie radia... mojego ulubionego Cherie FM tu przynajmniej jest lagodnie i nie ma zadnych wiesci, no oprocz pogody, a ze dzis goraco to mi to bardzo pasuje!


P.S.
ja wiem, ze miala byc notka ze spotkania... no i bedzie, tylko, ze jeszcze nie dzis :D

sobota, 5 czerwca 2010

No minal tydzien...

jak z bicza strzelil!!

Od rana krzatam sie w kuchni, warzywa na salatke gotuje, mieso musialam poporcjowac i zapakowac do mrozenia, Kocie zrec dac i licier wymienic, a w ogole to cale szczescie, ze sie obudzilam 10 min po tym jak R. wylaczyl brzeczacy budzik w telefonie bo bysmy nadal spali... zatem R. by sie do roboty spoznil na 100%. Jak wstalam od razu swoje kroki do kuchni skierowalam, bo jak przystalo na cudna zone mezowi sznytki szykuje do roboty, zazwyczaj wrzucam sie pozniej na jeszcze chwile do wyrka, i spijam kawe w pozycji horyzontalnej - dla zainteresowanych dodam, ze bez uzycia rurki!
No ale dzis wyglada to troche inaczej, zreszta fala upalow zagoscila u nas od wczoraj, wiec trzeba wydostac sie z domu (celem zakupienia pieczywa na weekend) najlepiej przed poludniem, zeby czlowiek nie splynal wraz z asfaltem. Mam jeszcze troche rzeczy do zrobienia przed tym poludniem wiec musze sie pospieszyc z tym pisaniem tutaj. W kazdym razie chcialam Wam powiedziec, ze jutro jade z R. na pewne spotkanie.

Spotkanie jest towarzyskie, zapoznawcze.
Wszystko to za sprawa powodzi w Polsce... ale po kolei.
Zatem ostatnimi czasy poznalam droga internetowa - no tak, jakze by inaczej ;) - kilka Polek, ktore mieszkaja w moim regionie, tak sobie gledzilysmy i sie zmawialysmy na spotkanie, ale wszystko sie co chwile po kosciach rozlazilo. Z niektorymi nawet przeszlysmy juz na gadki telefoniczne, no bo ile mozna pisac. I tak, nagle padlo haslo, ze trzeba pomoc rodakom w ojczyznie, ktorzy stracili wszystko podczas powodzi, przyklasnelysmy chetnie. Jedna z dziewczyn zaproponowala spotkanie u siebie w domu, przygotowanie czegos na zab, i zwiezienie do niej wszelkich darow. Pozniej wszystkie pakunki ona wiezie do Niemiec jako, ze niemieckie miasto organizuje w przyszla niedziele transport dp Polski wszelkich potrzebnych rzeczy, ktore zostaly zebrane przez ten czas.

Prawde mowiac jestem bardzo ciekawa jak bedzie, jakie sa nowe dziewczyny ich mezowie, dzieci, czy beda to znajomosci, ktore przetrwaja, ktore sie przemienia w cos stalego...
Poza tym po ostatnim poscie Ani, na temat samotnosci i Polakow za granica pomyslalam, ze bede mogla znow skonfrontowac doswiadczenia. Jak na razie bowiem oprocz paru malych wyjatkow z Polakami na "obczyznie" mialam dobre doswiadczenia, trafiaja sie oczywiscie totalne pomylki, ale powiedzmy szczerze, przeciez w kazdym stadzie moze sie trafic czarna owca!
Zobaczymy wiec jak bedzie. Poza tym jeszcze jedna rzecz... ostatnio ogladalam z R. serial "Wyjechani" na ktorym zobaczylam, ze jednak myslenie ludzi mieszkajacych za granica po to by tam zyc, a tych, ktorzy przyjechali tylko na zarobek rozni sie i to bardzo... My jestesmy w grupie tych pierwszych, zyjemy tutaj, i to jest nasz DOM... szkoda tylko, ze nasze rodziny i przyjaciele sa tak daleko od nas... Coz, zyc trzeba i nie zamierzam zasmiecac sobie glowy myslami, ze tylko w PL jesien jest najpiekniejsza, badz tylko w PL mozna zobaczyc bociany... bo to akurat nieprawda, bowiem ten polski akcent jest symbolem Alzacji, w ktorej od bocianow az sie dwoi i troi :)
Zatem nie wazne gdzie sie mieszka... bo jak ktos powiedzial "Tam dom twoj, gdzie serce twoje"...
A moje serce jest tutaj wraz z sercem R...
:))


Opowiesci z "powodziowego" spotkania zamieszcze nastepnym razem... i wowczas postaram sie zaglebic w temat, ktorey poryszyla juz Ania :)

Miejcie sie dobrze i odpoczywajcie ile wlezie!!
No i zeby juz nikogo nie zalewalo!!!

sobota, 29 maja 2010

Z alzacka piesnia na ustach...

Dziekuje za Wasze slowa, bardzo mi pomogly :))
Dlatego dzis odrobine muzyki... znalazlam to z rana, pomyslalam, ze z checia sie tym z Wami podziele, bo jakos sympatycznie mi sie zrobilo :))
Poza tym ja przeciez uwielbiam sie smiac :DD


piątek, 28 maja 2010

Dzis mam ochote zawyc

i to wcale nie ze szczescia.
Mam dol.

Nie wierze kompletnie w siebie, w poprawe naszego zycia, zla jestem, ze tu przyjechalismy. Mysle sobie, ze to dopiero 1,5 miesiaca naszego pobytu w Alzacji, i moze trzeba dac sobie jeszcze troche czasu, jednak brak gotowki, i wrecz beznadzieja na koncie sprawia, ze ciezko znalezc pozytywy.

Bywalo juz w naszym zyciu ciezko, czasem nawet rownie beznadziejnie, ale zawsze znajdowalam w sobie sile do walki, do szukania rozwiazan, dzialania. Teraz natomiast jestem juz tak zmeczona ta beznadziejna sytuacja finansowa, zawodowa, ze nie daje rady sobie ze soba. Nachodza mnie mysli, ze moze trzeba bylo siedziec na tylku na polnocy, tam mielismy znajomych, jakies znajomosci, a i przeciez z moja praca mogloby sie cos ruszyc, przeciez do mnie dzwonili z oferta pracy (tylko, ze ja juz bylam tutaj), no i nie bylismy calkiem sami...

Ludzie zasypuja mnie poradami w stylu za bardzo sie spinasz, wyluzuj, nie mysl tyle... ale jak nie myslec kiedy po prostu brakuje na wszystko!!!
Ktos powie, ze materializm mna rzadzi i za duzo o kasie mysle... ja mu odpowiem, guzik prawda! Po prostu jak nie myslec o pieniadzach kiedy czlowiek sie zastanawia z czego zaplacic za rachunki, uzupelnic debet i jeszcze uczynic ten cud zeby wystarczylo na przezycie kolejnego miesiaca. Przestalam juz nawet myslec o urzadzeniu mieszkania czyli kupnie mebli... pralki... juz nawet przestalam wierzyc w wyjazd do Polski na wakacje... o ciuchach i innych babskich gadzetach nie wspominam.

Wszystko jest tak pokrecone, trudne, i smutne, ze nie potrafie sie niczym cieszyc. Potrzebuje cudu, czegos co mnie, nas upewni w mysli, ze dobrze zrobilismy... jesli nie, to wowczas moze warto pomyslec nad powrotem?
Nie wiem, juz nic nie wiem.... wiem tylko jedno... czuje sie troche zawiedziona zyciem w miescie na M. .... w miescie, gdzie mialam miec tyle mozliwosci na nowe zycie.

Na razie wylaczam sie ze zycia blogowego i spolecznosciowego, wylaczam myslenie... bo ono mnie dzis szczegolnie bardzo boli.

Jedynym i najwazniejszym moim szczesciem jest moj R. i moze ktos bedzie sie smial, ale i Kota... On i ten zwierz sa moim plastrem na zbolala dusze, w koncu milosc jest najwazniejsza.... brakuje jednak spokoju w tej duszy, tylko z jednego powodu...
... no to ide, na razie przytulic sie do Koty, pozniej do meza!

środa, 26 maja 2010

Wow

Sprawdzajac dzis nasza skrzynke pocztowa natknelam sie na list z Pôle emploi. Otwierajac go, tak sobie myslalam, ze przeciez to pewnie moja karta, w ktorej jak byk stoi, ze jestem od 6 dnia maja ponownie pelnoprawna poszukajaca pracy... no i owszem, taka karte tez dostalam, tylko, ze akurat w innej kopercie. W tej wczesniejszej bylo jednak zupelnie cos innego... mianowicie propozycja pracy!

Rzekniecie zaraz gromkim chorem w koncu sie babie poszczescilo, cos sie ruszylo, nie bedzie kobita gnila w domu... i sama sklonna bylam tak zakrzyknac, do momentu kiedy moj wzrok nie zjechal odrobine ponizej, gdzie czarno na bialym krzyczala do mnie nazwa firmy, w ktorej moglabym pracowac...

A powiem Wam, nie bede tego utrzymywac w tajemnicy, bo i po co... zatem proponuja mi prace w miedzynarodowej firmie co sie zwie AVON, zapraszaja na spotkanie rekrutujace na 3 czerwca i jak dodali w szczegolach oferty, praca nie jest oczywiscie o stalym wynagrodzeniu, bowiem jestes po prostu sprzedawca domowym... czyli domokrazca, zreszta co ja bede tlumaczyc, wszyscy powszechnie wiedza na czym to polega...
A ja sie najzwyczajniej w swiecie zastanawiam co ja mam z tym zrobic?!?
Moge odmowic, oczywiscie koniecznie podajac motyw rezygnacji... ponoc mam mozliwosc dwukrotnego odrzucenia oferty pracy, potem mnie skresla z listy poszukujacych pracy...
A moze isc i zobaczyc co mi z tego wyjdzie, tak dla ciekawosci, tylko, ze jak pojde, to mozliwe, ze kurs francuskiego mi przepadnie, bo jesli zaczne ta przygode, to wowczas juz nie bede poszukujaca pracy...

I tylko tak sie zastanawiam, czy to normalne, ze w Pôle emploi maja  t a k i e oferty pracy?!
Jak dla mnie nie... no ale cos z tym poczac musze... i to jeszcze w tym tygodniu...

Ale najpierw posmieje sie jeszcze troche, w koncu smiech to zdrowie :))

wtorek, 25 maja 2010

Moja pierwsza ksiazka...

czytana po francusku... jeszcze niekiedy z pomoca slownika. Czuje sie i tak bardzo zadowolona, ze jakos daje rade, po 2 latach i 7 miesiacach zycia we Francji czytam cos co nie jest tylko listem, ulotka reklamowa, lub gazetka miejska, ha na dodatek czytam ze zrozumieniem!
Bez ksiazek zycie dla mnie jest ubogie i plytkie, myslalam, ze juz zawsze bede mogla tylko czytac ksiazki pisane po polsku, a tu taka niespodzianka... Oczywiscie lektura, ktora sie teraz racze jest pisana dosc jasnym i prostym jezykiem, nie jest to zadna pozycja na miare "Pana Tadeusza", ale ot opowiesc o zydowskim chlopcu zyjacym w czasach okupacji niemieckiej.
Mozliwe, ze wielu z Was zna juz ta opowiesc, oraz inne ksiazki tego autora. Kilka pozycji czytalam bedac jeszcze w PL, choc akurat ten tytul mi nie wpadl w rece... widac czekal na mnie tutaj... moze to i dobrze, bo Eric-Emmanuel Schmitt zawsze nalezal do pisarzy, ktorych lubilam. Jesli wiec nie znacie jego piora, to polecam Wam serdecznie!
A ja czytam..."Dziecko Noego" Eric-Emmanuel Schmitt

piątek, 21 maja 2010

Rosol se dzis gotuje

i zrobie salatke warzywna, i galaretki drobiowe... bo ja to w sumie lubie czasem tak w kuchni posiedziec... byle nie za czesto i ciagle... poza tym mam w koncu mila odmiane, bo ostatnimi czasy od gotowania makaronu z sosem na bazie pomidorow to mi sie po prostu mdlo robilo.

Ja to bym i nawet posuwala sie dalej w tym pichceniu, ale moj malzonek raczej z tych tradycjonalistow kulinarnych jest, zatem najbardziej rozsmakowuje sie w bigosie, golonce, pierogach z miesem i w ogole garmazem szeroko pojetym. Mnie az ciary przechodza po plecach, bo ja, wole kuchnie bardziej srodziemnomorska, no moze wloska, chinska, turecka, libanska ... no na pewno jakkolwiek egzotyczna, z typowo polskich potraw najlepiej przyswajam kluski na jablkach z fura cynamonu i cukru, mloda kapuste z koperkiem, i leniwe... cala reszta jest tylko dodatkiem ;)

Mam wiec czasem zagwozdke co gotowac, i jak gotowac, zeby wilk byl syty i owca cala...
No, ale ja w ogole to chcialam pisac o czyms innym... mianowicie o tym, ze bylam we wtorek przeciez w Pole emploi.

Spotkanie mialam na 10:30, wiec wyszlam z domu o 9:15. Wszedzie chodze na piechote wiec taka rezerwa czasu byla mi potrzebna. Musze pamietac, zeby nastepnym razem wskoczyc w trampki, a nie ladne trzewiki, bo po przejsciu w nich 6 km strasznie bola nogi, a pecherze tak szybko z nich nie schodza pomimo ostrej pielegnacji... na szczescie widac juz znaczna poprawe!
Jako, ze GPS rozladowal sie juz w domu przy wprowadzeniu adresu, bylam skazana na mapke, ktora sobie przeszkicowalam z google maps. Zeby nie bylo, ze taka pierdola jestem to powiem, ze mapka byla dobra, tylko oznakowanie ulic do doopy dlatego przy koncu trasy pogubilam sie troche. No, ale w koncu to spotkanie mialam nie gdzie indziej tylko na zadoopiu miasta. Nawet nie mialam kogo zapytac, bo zywej duszy nie widzialam, postanowilam wiec isc na tzw nosa... i udalo sie, widac mam dobry zmysl wechu, albo duzy nos.
Na miejscu bylam okolo 10:10. Szybko podeszlam do blatu rejestracji, przedstawilam sie i powiedzialam na ktora godzine mam spotkanie... pani skierowala mnie na pietro i prosila o skserowanie potrzebnych dokumentow, ale ze ja juz taka hop do przodu jestem, to zawsze przychodze zwarta i gotowa, tzn z plikiem dokumentow ode mnie wymaganych juz skserowanych.
Nastepnie znow wykorzystujac zmysl jakis zwierzecy, skierowalam sie w kierunku stadka takich jak ja... znalazlam tam liste, na ktorej bylo rowniez moje nazwisko i imie... usiadlam wiec spokojnie i czekalam na rozwoj wypadkow...

Po chwili, z jednego z pokoi wyszla pani i zapytala kto czeka jeszcze na zapisanie sie do PE... smialo podnioslam reke i oznajmilam, ze ja we wlasnej osobie, na co pani poprosila mnie zebym powiedziala jak sie nazywam i poprosila o skserowanie dokumentow, karty Vitale (ubezpieczenie), paszportu, aktu malzenstwa (bo paszport mam jeszcze na eksowe nazwisko... tak, musze zmienic paszport, bo i na focie mnie juz urzednicy nie poznaja... nie, nie zebym az sie tak postarzala ;p) powiedzialam z usmiechem pani urzedniczce, ze ja to juz wszystko mam, i jestem gotowa! Ach radosc w oczach pani byla bezcenna!

Kiedy zasiadlam juz za biurkiem, przed licem pani urzedniczki, oraz monitorem jej komputera, nastapila weryfikacja moich dokumentow. No i wtopa, nie bylam jednak taka gotowa jak myslalam, bowiem nie mialam w swoich zasobach makulaturowych papieru, ktory wypelnialam zapisujac sie do ich instytucji. Pani sie zirytowala wyraznie, na co odpowiedzialam, ze zapisywalam sie droga internetowa, i niby skad mialam miec ten papier, ktory ode mnie teraz wymaga?! Uslyszalam, ze ten papier powinnam dostac droga pocztowa, tak jak zaproszenie na to spotkanie. Odpowiedzialam, ze jak widac nie dostalam zadnego papieru, bo przeciez mialabym go ze soba, jak i cala reszte. Zaperzona pani urzedniczka zaczepila swojego kolege, ktory akurat przechodzil z takimi papierami pod pacha i powiedziala mu w czym rzecz, na co on jej odparowal zeby sie nie denerwowala, bo on wlasnie wraca z dolu, w tej sprawie. Okazalo sie bowiem, ze zadne z tych papierow nie zostaly wyslane poczta, ale czekaja sobie na dole na swoj czas... taaaa i w tym miejscu pomyslalam sobie, ze wlasnie przekonuje sie po raz kolejny, ze znow mam do czynienia z papierowym bajzlem do jakiego juz przywyklam w tym kraju.

Nic to, pani nie zrazona zupelnie wyciagnela papier z szuflady i zapytala czy moge go wypelnic jeszcze raz, bo ona juz nie bedzie zbiegac na dol i szukac mojej deklaracji. Pewnie, ze moglam wypelnic, w koncu przyszlam w swojej sprawie, wiec wypelnienie formularza formatu A4 nie jest problemem. W tym samym czasie pani uzupelniala moje dane w swojej bazie danych i zapytala nieopatrznie czy Polska jest w UE.... chyba moj wzrok jej duzo powiedzial, bo od razu zaczela mnie przepraszac mowiac, ze powinna przeciez takie rzeczy wiedziec...

Cala ta procedura nie trwala dluzej niz 15 min. ... ale to niestety nie bylo wszystko. Musialam jeszcze czekac na doradce, ktory zwyczajowo przeprowadza ze mna gadke, co chce robic, jak i dlaczego oraz zaglada w moje papiery uczelniane jakie by one nie byly...
Monsieur Mathias okazal sie dosc zniewiescialym paniczem, o dlugich i chudych rekach, i nogach iscie pajeczych... na szczescie od czasu do czasu wykazywal czlowiecze odruchy wykrzywiajac w grymasie usmiechu kaciki ust.

Reasumujac, udalo mi sie wyegzekwowac skierowanie na kurs francuskiego (co by go ostro pomeczyc glownie w pismie)... i to w sumie tyle... pracy szukac sobie musze dalej, co zreszta robie... Pierwsze spotkanie na kursie mam dopiero 10.06. i wowczas przeegzaminuja mnie i okaze sie na jakim poziomie jestem, a co dalej to zobaczymy... powiem w czerwcu. Za kurs oczywiscie nie place, bo finansuje go PE... zle wiec nie jest, prawda?

No i teraz po czasie chwilowego marazmu, lekkiego zniesmaczenia wszystkim i wszystkimi, pisze sobie o tym wszystkim tutaj... i tylko szlag mnie trafia, bo jak na razie moim jedynem polem do popisu moze byc tylko kuchnia... jak tak dalej pojdzie to sie moze w koncu naucze te pierogi lepic... moze na tym jakies pieniadze zarobie... i nazre sie za wszystkie czasy!! Tylko zeby mi to czasem bokiem nie wyszlo!!

Tymczasem spadam po chleb, a pozniej skroje salatke.
ech ta proza zycia.... ;))

poniedziałek, 17 maja 2010

Dzis uslyszalam, ze mam dziwny akcent...

ludzie!!! Zatem okazuje sie, ze ja w ogole mam jakis akcent!! :))
Alleluja!! :))
Nie myslalam, ze kiedys doczekam takiego dnia :)))
Niech zyje Polka we Francji!!

Na dodatek po raz kolejny zaczepil mnie jakis mlodzian na ulicy i najpierw zapytal o godzine, a po chwili juz przeszedl do konkretow pytajac czy jestem mezatka... no, a ze jestem to i odpowiedzialam zgodnie z zaistnialym stanem cywilnym, na co uslyszalam, ze to wielka szkoda, bo jestem taka piekna.... no i to przynajmniej byl pierwszy facet, ktory mnie zapytal o stan cywilny, bo innym jakos moj maz by chyba nie przeszkadzal...

Jednym slowem ciekawe ja mam zycie w tej Alzacji...
A jutro ide do Pole emploi...
... pracy mi sie chce i zarabiania pieniedzy!!! No to lece poskakac po anonsach jeszcze, a pozniej przygotowac papiery na jutro i przede wszystkim mezowi kolacje trza bedzie zrobic... dzis grzanki z cebulka, wedlina i serem zoltym... chyba mi jezyk do tylka ucieknie!
Nienawidze byc na diecie, ale jak mus to mus... w koncu jakos trzeba wygladac!

poniedziałek, 10 maja 2010

Zastanawialam sie co powinnam napisac,

moze nie co powinnam, ale co chcialabym napisac... i stwierdzam, ze pisac to ja ostatnio nie lubie.

Duzo rozmyslam, planuje, ale nie chce mi sie tego przenosic na te strony, poza tym co chwile okazuje sie, ze mam sporo rzeczy do zrobienia, jak miedzy innymi wyszorowac musze lozko, ktore stoi pod sciana i czeka na mnie od jakiegos tygodnia. Lozko jest fajne, lubie taki styl, choc to co mielismy na polnocy bylo fajniejsze! Tamto bylo takie bardziej mieszczanskie choc na prowincji, a to jest bardziej wiejskie choc w miescie... To oznacza, ze w takim klimacie bede utrzymywac styl w sypialni. Oczywiscie nie wszystko od razu, bo to, ze mamy lozko nie oznacza, ze bedziemy miec cala reszte... no przynajmniej nie teraz. Jestesmy w koncu malzenstwem na dorobku, i bedziemy sie teraz dorabiac ... w sumie to zabawne jest to, ze nie doskwieraja mi jakos okropnie te braki (no oprocz braku pralki, bo to jest akurat brak bolesny... co odczuwam wraz z uplywajacym czasem), bo ja z natury czepliwa i kaprysna jestem. Mam nadzieje, ze w koncu jakos sie ustawimy :)

Tymczasem dzien uplywa za dniem, i nawet nie wiem kiedy mija kolejny tydzien. Weekendy mijaja jak na razie tak samo... tzn chodzimy w gosci... laczy sie to z konsumpcja, przede wszystkim alkoholowa, ale rowniez z tancem, zabawa, i pogaduchami relaksujacymi. Szkoda, ze pogoda nam nie sprzyja, bo wowczas mozna by troche poznamwac okolice, a jak na razie jest paskudnie, leje deszcz, i znow wieje chlodem... co to za maj kurza stopa...prawie jak z tej piosenki...
W ogole to dzis Kota mnie okupuje wprost okrutnie, nie zlazi ze mnie od momentu kiedy R. wyszedl do pracy tzn od 7:15... zwariowac idzie, nawet kawy wypic nie moge, pisanie tez idzie dosc ciezko, na szczescie dlonie mam od Koty uwolnione. Nie wiem co ja tak naszlo i dlaczego mnie tak molestuje, moze jej zimno i dlatego sie tal wtula we mnie!? Cholera ja wie!

Z innej beczki to jak pewnie zauwazyliscie, zmienilam sobie troche szate graficzna.... hehehe jak to brzmi pieknie i tak profesjonalnie :D w kazdym razie zniknela juz plaza w Boulogne sur Mer, pojawil sie za to placyk, przy kilku ulicach, ktorymi codziennie sie przechadzam idac po chleb. Madame Lempicka tez zmienila swoje oblicze, ale tak sobie mysle, ze za chwil pare on znow ulegnie przemianie... Lempicka kocham od lat, miloscia cicha i nienachalna, przewija sie ona przez moje zycie, stad jej zdjecie w moim profilu... Zatem zmiany w zyciu, zmiany na blogu, zmiany... nieodlaczna czesc zycia czlowieczego.
Bedzie tak jak ma byc, w koncu to my sami jestesmy kowalami swojego losu...
No to ide ksztaltowac rzeczywistosc, tzn szybki skok na poczte, po chleb i do domu... codziennosc czeka... parasol musze wziac, bo deszcz nie odpuszcza, choc widze, ze niebo toczy walke z chmurami... oby wygrala ta jasniejsza strona nieba :))

poniedziałek, 3 maja 2010

No dobra

koniec sciemniania ;) Jestem juz od jakiegos czasu podpieta do sieci, ino pisac mi sie kompletnie nie chcialo, a poza tym co chwile wynajdowalam sobie jakies inne zajecia. Fakt, ze mialam ich jednak sporo, bo ciagle sie musze meczyc z jakimis glupowatymi sprawami po przeprowadzce, w sumie standard, da sie zyc :)

W Mulhouse jest ok, miasto w sumie jak miasto, czasem mam dziwne wrazenie, ze jestem w Lodzi... w ogole to slysze w koncu jaskolki, na polnocnej prowincji jaskolki sie chyba gdzies zagubily, moze dlatego, ze jednak za nisko dla nich bylo. Tutaj sa jakies dziwne wysokie budowle, paskudne jak cholera, ale sa i piekne wieze koscielne, na ktorych jaskolki moga sobie gniazdka uwic.
Lubie architekture nowoczesnych miast, ale jednak czasami brzydota takich budowli nijak nie da sie scalic z pieknem i sztuka zabytkow lat minionych... No ale taki to juz los miast, zawsze znajdzie sie w nich cos paskudnego, ale i cos zachwycajacego nasze oko :)
Musze powiedziec, ze nie jestem jakos powalona urokiem Alzacji, moze na razie, bo jeszcze niewiele widzialam, mam nadzieje, ze to sie zmieni... choc sklamalabym jesli powiedzialabym, ze czuje sie tu zle. Psychicznie czuje sie tutaj o wiele lepiej niz na polnocy, tutaj jestem anonimowa - no moze juz nie tak bardzo, bo znaja juz mnie w piekarni, w ktorej kupuje codzien chleb ;) - no ale mimo wszystko jedno miejsce, w ktorym pracuje jakies 6 osob, to naprawde male miki w koncu Mulhouse to ponad 100 tys ludzi! Chodzi mi o to, ze czuje sie tutaj jakos bezpiecznie, dobrze, juz jak u siebie... choc czasem mam wrazenie, ze jestemy na wakacjach z racji tego, ze nie posiadamy stolu, krzesel i tej calej reszty, bez ktorej jak widac da sie zyc, choc lekko nie jest .
Najgorzej jest bez lodowki, i pralki.... mam nadzieje, ze w koncu ja kupimy w tym miesiacu... bo doprawdy pranie reczne bywa ciezkie, szczegolnie tych ubraniach mojego R., ktore sa po prostu uflejone jak po jakims poligonie... no ale co zrobic, dobrze, ze mam wanne, a nie brodzik wiec latwiej to wszystko wyprac. Bez lodowki tez troche kichowato sie zyje, bo nei mozna niczego kupic na tzw "zas"... no i niczego nie da sie przygotowac na pozniej i np. zamrozic...
No ale takie to juz mamy zycie, widac musimy sie dorabiac wszystkiego od poczatku, jak przystalo na mlode malzenstwo... mlode stazem rzecz jasna hehehe

W ogole to zaliczylismy juz podroz do Niemiec, do syna R. Zrobilismy mu niespodzianke :)) Rety szczescie po prostu tryskalo z chlopaka, a i z Taty tez :)) Zazdroszcze im tej magicznej nici, ktora ich laczy... ale dobra juz wiecej nie mowie, obiecalam sobie, ze nie bede sie w to zaglebiac, dla wlasnego dobra!
Minusem takiej podrozy jest to, ze kiedy R. spedza czas ze swoim Synem, ja spedzam ten czas z jego byla zona, czyli matka jego syna.... Coz, juz powiedzialam, ze to ostatni raz taka sytuacja sie zdarza, jako, ze po takiej wizycie zamiast byc wypoczeta i szczesliwa, to wracam do domu zdolowana, zagadana, emocjonalnie wymieta i kompletnie pozbawiona energii!! Na dodatek Exica zaczela jakas dziwne akcje, i probowala mnie chyba przeciagnac na swoja strone, zrobic ze mnie swoja najlepsza kolezanke opowiadajac o dosc intymnych chwilach jej pozycia z moim R, o zalach, lzach, zlosciach, o tym jaki to R. jest zly i w ogole .... pomimo mojego ciaglego powtarzania, ze to sa sprawy miedzy nimi i mnie one naprawde nie interesuja ona brnela dalej... czesto wychodzilam do toalety, ale cholera ile mozna, w koncu moze se pomyslala, ze mam cos z pecherzem, albo z jelitami :P A w ogole to ja nie wiem, jak ja moge byc z takim potworem jak moj R... az sie sama dziwie, bo po takich opowiesciach to powinnam chyba uciec od niego gdzie pieprz rosnie i zakonczyc wszelakie relacje... a u nas jest jak jest... tzn sielana... kurna, moze mi tego R. kto podmienil?! ... no i teraz Exica moze zazdrosci?! Ech cholera ja wie... na szczescie widuje ja raptem kilka razy w roku, i niech tak zostanie!

No i co ja tam moge Wam jeszcze powiedziec, aaaa nasza Kota zaklimatyzowala sie juz w nowym miejscu bardzo dobrze :)) W ogole cala 7 godzinna podroz samochodem zniosla bardzo dzielnie... glownie na moich kolanach :) mialam ja na smyczy, kiedy wychodzilismy cos zjesc badz na kawe zostawala w samochodzie i schodzila sobie na dywanik kladac sie tuz obok sprzegla i tej calej reszty. Tam czekala na nas cierpliwie, czula sie tam bezpiecznie. Raz tylko wzielam ja ze soba, na mala przerwe na kawe, ale trzesla sie okropnie - pewnie przez wiejacy chlodny wiatr, ale i przez stres. Zjadla i wypila dopiero na 1,5 godzinny przed dojazdem do celu, potrzeby fizjologiczne zalatwila juz w nowym mieszkaniu oczywiscie do swojego kibelka! No bo ja mam czysta Kote i bardzo madra :DD

No i to w sumie jak na razie tyle.... teraz bede mogla pisac na biezaco :) A w ogole to 8 maja mina 3 lata, jak zaczelam gledzic z moim R. ... kurcze niby to tylko 3 lata, a ja sie czuje jak bysmy byli ze soba od zawsze :)))
A tym czasem na koniec kilka fotek... Do nastepnego :DD

Kota na plazy ;)

Kocie drzemanie w pieknych okolicznosciach przyrody ;)

A taki mamy widok z okien naszego salonu... w sumie jest ok ;)


piątek, 9 kwietnia 2010

przerwa w nadawaniu

Jak sie zainstaluje w nowym miejscu, podlacze do internetu i zrobie inne jakze potrzebne rzeczy to sie odezwe...
Na razie jednak zegnam sie na czas jakis, trzymajcie kciuki za nas i za samochod, zeby dzielnie zmiescil to co wg mnie do niego nie wejdzie i dziarsko zniosl podroz wraz z nasza Kota na pokladzie ;))

Buziakuje i do nabazgrania za czas jakis :)))

Pa :))

P.S.
juz tesknie ...
no nic to spadywuje :D

.........Alzacjo witaj i przyjmij nas do siebie jak swoich :DD

wtorek, 6 kwietnia 2010

Wielkanoc po francusku

co to za koszmar, ja Wam mowie! Spedzanie Swiat w tym kraju, gdzie nie ma zadnej tradycji, a przejaw Swietowania odbierany jest co najmniej dziwnie i z usmiechem na ustach nijak mi nie odpowiada!

R. stwierdzil, ze posiedze tu jeszcze ze 2-3 lata i bedzie mi to tez tak obojetne jak i dla Francuzow... a guzik, ja tak nie chce... jak do cholery w ogole mozna zyc, ocierajac sie tylko koncem nosa po czyms co stanowi istne sacrum...co jest piekna tradycja, radoscia.... ale na Boga, nie radoscia z tego, ze sa wiosenne ferie, ze zaczal sie 2 tygodniowy czas laby... glownie dla dzieci, ale kto tylko mogl, to wzial urlop z pracy i czmychnal czym predzej na wiosenne wywczasy.
Beznadzieja!!!

W niedziele sklepy do poludnia byly otwarte, wiec jakby Wam jajec zabraklo to zawsze dacie rade kupic... W poniedzialek do poludnia tez sklepy otwarte. Tradycja Wielkanocnego sniadania nie istnieje, to raczej my staramy sie ja kultywowac, ale tutejsi zupelnie nie rozumieja dlaczego... dla nich wazny jest uroczysty obiad i tyle, reszta polega na tym zeby sobie pospac, odpoczac, przy ladnej pogodzie no ostatecznie mozna sie przejsc... zeby choc troche rodzinnie bylo... glownie jednak te Swieta polegaja na sprzataniu w ogrodzie, sadzeniu wiosennych kwiatkow i po prostu lenistwie. Niby w PL podobnie, jednak tutaj, nie ma zadnego nadecia swiatecznego, nikt nie bedzie paradowal w ubraniu przeznaczonym "tylko na niedziele", ba niektorzy nawet swiatecznej kapieli nie zaliczyli, badz fryzjera... jak dla mnie zenada.... zalosne to, smutne i smierdzace beznadzieja! Nie wspomne o tym, ze w Sobote, Niedziele knajpy sa otwarte!! No sorra, ale dla mnie to jakas porazka totalna!! Mam wrazenie, ze po prostu tu wszyscy Swietosc Swiat maja po prostu w dupie!
Nie lubie Swiat spedzac we Francji, choc to w sumie moja 3 Wielkanoc tutaj, kazda byla podobna, ale ta ostatnia juz mnie dobila... nic nie bylo takie jak powinno byc, samotnosc mnie bolala, i nawet poniedzialkowa wizyta u znajomych nijak nie poprawila nastroju... ot zwykle spotkanie, takie jak zawsze, no moze odrobine inne, bo w sumie mozliwe, ze ostatnie... w sobote przeciez wyjezdzamy...
Szkoda, ze nie mozna tych wszystkich gratow jakos teleportowac, bo pakowac mi sie nie chce, nic mi sie nie chce.... odczuwam stan totalnej beznadziei i niecheci do wszystkich i wszystkiego.
A w ogole ja chce w koncu isc do pracy i zarabiac jakas kase... to chyba mnie najbardziej demotywuje i deprymuje...

Jak na razie jestem totalnie na "nie"... bez humoru, a raczej na hustawce emocjonalnej czyli raz smiech, raz lzy... znam zrodlo tego stanu, ale nijak nie potrafie zmienic tego co czuje.
Nie jest dobrze ze mna, z moim swiatem, z tym co mnie otacza, a i ludzie mi najblizsi tez mnie zawodza... na swoj sposob czuje sie bardzo przegrana osoba, glownie na gruncie zawodowym, w tym dziale wrzucam sie do zakladki "nieuzyteczna i bezproduktywna"...

Koncze wiec to pisanie i jeczenie, bo musze na poczte smignac, potem ziemniaki obierac i sos preparowac jakis, R. dzis bowiem na obiad zjedzie, a po poludniu czas sie brac za pakowanie....

.... kurwa... zeby mi sie chcialo, tak jak mi sie nie chce!!

No to tyle... po tym wzmocnieniu slownym, odrobine mi lepiej.
Dziekuje.
Narka!

czwartek, 1 kwietnia 2010

????

Czy ktos moze mnie zapewnic, ze wszystko bedzie dobrze??
Targaja mna dzis okropne leki, moze to przez ten rachunek ... ja wiem, ze przed @ to tak mam, mozna by rzec depresja rullez...
Brakuje mi dzis okropnie R., ja wiem, ze on zarabia, pracuje, ale mam takiego dola, ze po prostu az trudno mi go opisac.
Poza tym im blizej Swiat tym bardziej tesknie za Polska i rodzina... po prostu potrzebuje zapewnienia... magicznej obietnicy, ze wszystko sie ulozy i, ze wszystko bedzie dobrze...

Niech juz bedzie po wszystkim...

środa, 31 marca 2010

cos jakos pisac mi sie chce :)

Tzn chyba pogadac, bo na codzien nie mam z kim ... Kota to super towarzystwo, ale milczace znacznie :)) Podyskutowac sie z nia nie da, no chyba, ze kiedy jej zamykam okno w sypialni, a ona by wlasnie jeszcze chciala posiedziec sobie na parapecie... wtedy pyskuje zawziecie smarkula Futrzasta! No, ale wiadomo pogledzic sie z nia nie da, choc nie powiem, nie raz probowalam :P

Przewalilam dzis ciuchy w szafie, odlozylam juz 2 torby tych, ktorych nie nosze od x czasu... sporo nawet tego wyszlo :)) W sumie mowiac szczerze, to moglabym sie juz pakowac dokumentnie, ale nie ma za bardzo to sensu... Dzis sroda wiec tez nigdzie sie nie ruszam, bo Szwagierka ma dzieciaki w domu (u nas w srode dzieci maja wolne od szkoly... zeby nie bylo oczywiscie sobote i niedziele tez maja wolne, przynajmniej te dzieci w tzw podstawowkach). Musze bowiem wykorzystac ja i jej samochod, zeby pojechac w dwa, no moze nawet w trzy miejsca i zalatwic pewne rzeczy w urzedach.
Mam nadzieje, ze do Wielkiego Piatku to sie wszystko uda.

Swieta za pasem... a ja Swiat w ogole nie czuje! Nie mam na nie czasu, a moze to kwestia tego, ze sama nie chce sie w nie zaglebiac jakos mocniej, tylko z tego wzgledu, ze chcialabym moc spedzic Swieta z rodzinka, ale w PL, choc jeden dzien! Niedzielne sniadanie spedzimy ze Szwagierka i jej rodzinka, i znow na pewno bedzie tak jak w Wigilie, czyli nijak. Ot wspolne jedzenie, radosc dzieciakow poszukujacych czekoladowych jajec w ogrodzie bedzie najfajniejszym akcentem tego dnia, a poza tym... "nuda panie... az sie chce z kina wyjsc" ze sie tak posluze cytatem z pewnego kultowego polskiego filmu.
No, ale nic to... rozpaczac nie bede, w koncu na pewne rzeczy wplywu nie mam i nie zamierzam sie z tego powodu irytowac, wazne jest tylko jedno; mianowicie zebym sie nie przejadla! :PP

A w ogole to wydarzyla sie tragedia.... skonczylam czytac moja ostatnia polska ksiazke!!!
Chyba musze sobie sciagnac jakas wersje e-bookowa, no bo jak mi przyjdzie zyc przez pewien czas bez internetu to trzeba bedzie sie jakos wspomagac czymkolwiek... no, moje ulubione gierki juz sobie posciagalam :))) Lubie byc przygotowana na kazda ewentualnosc ;))
No i tak po cichu polecam ksiazki Carlosa Ruiza Zafona... jak dla mnie sa rewelacyjne, mroczne ale piekne!! Teraz czekam na jakas dobra okolicznosc, i moze uda mi sie zakupic jego kolejna ksiazke wydana w PL pt. "Marina"....

Tymczasem uciekam...bo widze, ze mi sie cos wena na pisanie skonczyla ;)
To do nastepnego ;)

poniedziałek, 29 marca 2010

bylo, minelo, jeszcze wroci

Wrocilismy na "swoja polnoc" z weekendowego pobytu w Alzacji.
Zal mnie cos sciska, chyba sie zzylam i zasymilowalam ogolnie rzec ujmujac z calym klimatem "mojej" polnocy.

Kilka rzeczy musze Wam powiedziec natychmiast, mianowicie wyjazd okazal sie bardzo owocny. Tzn. R. podpisal kontrakt, fakt, ze w nim troche glupot napisali - na szczescie jutro maja go poprawic i wyslac go mailem. Moj malzonek jeszcze nie czuje tego co bedzie robic, bo jak stwierdzil bedzie sie musial troche poduczyc, no ale jego nowy szef powiedzial, ze liczy na niego i, ze w niego wierzy... tym samym wyjscie R. nie ma ;) Nie ma co sciemniac najwiekszym plusem R. jest to, ze gada po francusku!! Reszta wyjdzie w trakcie pracy :))
Mnie sposrod wielu ogloszen, udalo sie wylowic kilka interesujacych i dzieki temu znalazlam juz mieszkanie do wynajecia! Dzieki zreszta nowo poznanej kolezance, ktora okazala sie super babka, nomen omen urodzona tego samego dnia i miesiaca co i ja :))) Ona jest o rok starsza, ale to nic, bowiem czulam sie jak z kims, kogo dobrze sie zna... nawet czesto i gesto mialysmy podobne spostrzezenia, zdanie, mysli... zatem jest ok :))

Co do mieszkania to juz owa kolezanka, jako, ze jest na miejscu to zalatwia wszelkie formalnosci, ja jej tylko skanuje odpowiednie dokumenty i dolaczam do maila. Dzis wlasciciel mieszkania wyskoczyl z tekstem, ze chce 3 ostatnie wyciagi z banku - pogielo chlopa!! Od razu kolezanka A. zatopila sie w stronach www poszukujac wiarygodnych informacji o tym, co na pewno jest potrzebne do wynajecia mieszkania... oczywiscie, o zadnych wyciagach z banku mowy nie ma, zatem do tego wgladu ow pan wlasciciel miec nie bedzie!! Jestem ciekawa jak zareaguje na to... mam nadzieje, ze troche spusci z tonu, bo okaze sie, ze bedziemy mieszkac pod mostem... albo w mieszkaniu, ktore mi sie za bardzo nie podoba, no ale na poczatek moze nie ma co narzekac, zawsze innego lokum mozna szukac... ale jakby co o tym bede myslec jutro :)

W sumie, dzieki temu, ze znalazlam juz mieszkanie, to bedziemy mogli jechac wszyscy razem, od razu :)) Razem to znaczy, R. ja i nasza Kota, ktora przez te 3 dni naszej nieobecnosci tesknila przeokropnie za nami czyt. szczegolnie za mna, a teraz nie odstepuje mnie ani na krok! :)
Wyjezdzamy 10 kwietnia, zatem to juz za 2 tygodnie...
Rzeczy i spraw do zalatwienia mam po prostu ilosc ogromna, o pakowaniu nie wspominam... ale skoro 2 lata temu jakos dalam rade zmienic kraj zamieszkania, to teraz chyba zmiana regionu nie powinna byc az takim problemem ;)
Te 3 dni poza domem, duzo mi daly, poznalam troche siebie, musialam sie sprawdzic w kilku sytuacjach :) Cieszy mnie to, ze przelamuje swoje obawy, leki, strachy, ze przede wszystkim jezykowo radze sobie coraz lepiej. Nadal oczywiscie najlepiej radze sobie z zalatwianiem jakis spraw, natomiast gadki o przyslowiowej "dupie Maryni" - wszystkie Marynie w tym miejscu przepraszam :) - ida mi bardziej opornie... no ale mysle, ze po 2 latach nie jest ze mna tak zle, szczegolnie, ze ja nigdy przenigdy z tym jezykiem wspolnego nic nie mialam!!
Dobra, nie ma co sie tu rajcowac :)) Trzeba zakasac rekawy i zaczac pakowac dobytek, co od jutra zaczynam. Dzis zaleglam w lozku, bo od wczoraj katar mi zyc nie dawal, na szczescie wygrzalam sie dzisiaj, i czuje sie lepiej, przynajmniej glowa mnie nie boli.

Co do Alzacji.. powiem Wam szczerze, ze jeszcze nie czuje tego regionu, juz widze, ze ludzie maja inne charaktery niz Ci z polnocy... tam panuje bardziej niemiecka kultura, wszak do Szwajcarii i Niemiec rzut beretem jest...nic to zobaczymy jak to bedzie, jak na razie gdybac nie bede...
Jak znajde prace (a mojego R. szef wraz ze wspolnikiem powiedzieli, ze pomoga cos w tej kwestii) to na pewno tam mi sie bardziej spodoba hehehe bo jak na razie to przez to, ze myslenie skoncentrowane mialam na czyms innym, to za wiele nie zapamietalam... Nic to, mam jednak nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze, a my w koncu wyjdziemy na prosta!!

Jedna rzecz mi tylko mocno zapadla w pamiec... ten tramwaj i te bloki... no przez chwile to prawie jak na Retkini badz Widzewie sie poczulam... tylko te panie ubrane w swoje burki nie pasowaly do tego obrazka ;) Ech no tesknie za Polska...
I wiecie co... bardzo kocham mojego R. ... ale o tym to ja juz nie raz mowilam...dobrze, ze jedziemy razem, wszak we dwoje razniej, a z Kota, to nawet ciekawiej :))

No to tyle tej mojej bazgraniny... leb mam dzis 6 na 9 wiec popisalam dzis calkiem jak nie ja... a moze to juz jakies alzackie nalecialosci mnie dopadly... kto wie, bo ja to w sumie szybko sie asymiluje hehehe

środa, 24 marca 2010

mysle

co by tu napisac?

Wiosna w koncu chyba wiosna sie poczula, bo dzis bylo cieplo i slonecznie!
Kolezanka z Paryzewa mowila mi, ze w tamtym tygodniu bylo u niej bardzo cieplo... my musielismy czekac troche dluzej, ale w koncu stalo sie! Slonce i cieplo na polnoc Fr tez zawitalo :)
W sumie to slonce bylo caly czas, tylko temp jakos nie chciala sie podniesc... no a tak w ogole ponoc juz jutro ma padac :P To ci dopiero fajne, wiosenne wiadomosci :D

Dobra, jakby nie patrzec pogoda jest zawsze to i narzekac nie ma na co.
Ja dzis zamiast cieszyc sie tym co za oknem i odzywiac sie powietrzem i swiezymi listkami chocby np. salaty, to ja dorwalam czekolade mleczna i ja spozywam z ogromnymi wyrzutami sumienia! Co to czlowiekiem rzadzi, ze takie glupoty do reki bierze, ba do pyska dobie wklada!! No nie wiem, po prostu nie wiem...

Tak z innej beczki, to powiem Wam, ze mam pewna pralke, ktora nie jest moja pralka, bo moja pralka juz od konca grudnia jest naprawiana, a ja piore w pralce zastepczej wydanej przez serwis sklepu z pralkami, i w ogole z ta pralka to jedna wielka kolomyja jest i mam nadzieje, ze sie skonczy to szybko i bezbolesnie... No ale, co ja tu chcialam...aj juz wiem... zatem dzis w pralce zastepczej wstawilam sobie pranie i o dziwo cos mi sie ono szybko skonczylo.... zorientowalam sie, ze objawy sa identyczne jak wczesniej, czyli kiedy dostalam pralke do domu i probowalam w niej prac...
Tutaj musze zaznaczyc, ze jakies 2 tygodnie temu byl fachowiec od tejze pralki, bo coz... pralke zastepcza dostalam, ale nie moglam w niej przez 3 miesiace prac, bo nie dzialala... a nie dzialala, gdyz.... tu diagnoza byla prosta, ot spadl pasek wprawiajacy w ruch beben pralki... Fachowiec jak to zobaczyl, to prawie skoczyl z radosci, bo teraz przynajmniej byl pewien co sie stalo... po prostu bylo to widac na pierwszy rzut oka... nawet ja zupelny laik w dziedzinie mechaniki pralkowej od razu wiedzialam, ze to, to to!
No i dzis jak juz mowilam, wstawilam pranie, a tu znow kuku.... pralka sie zaciela i postanowila skonczyc pranie, tak szybko jak je zaczela! Nic to, jako, ze malzonka w domu nie bylo, to postanowilam poczekac, bo i tak zadnych narzedzi w domu nie mialam... no mlotek bym znalazla, ale nie bede odbijac metalowej obudowy mlotkiem.... cholerykiem nie jestem.... choc moze czasem... no, ale nie, nie w takim przypadku...
Malzonek wrocil z pracy i melduje mu prawie od drzwi, co to sie znow zadzialo... Ten wzial odpiewiedni sprzet, odkrecil srubki i coz sie okazalo...a i jakze pasek znow spadl... a dlaczego znow spadl?? Przeciez pralki nikt nie przekreca we wszystkie strony! A no spadl dlatego, ze Pan fachowiec z Bozej Laski, go zle zalozyl!!!!
Rece mi po prostu opadly!
Zatem jesli taki serwis naprawia moja pralke, to az sie boje co oni z nia zrobia!! Moze przemienia w zwywarke do naczyn, albo jakis ciagnik....
Rety, teraz to juz nie wiem czy nie lepiej bylo kupic nowa pralke! W sumie juz nie dziwie, ze wiekszosc tubylcow tak robi.... a my robimy to co zrobiloby sie w PL, w koncu pralka byla jeszcze na gwarancji wiec gratisowy serwis sie nam nalezy...
Tylko co sie czlowiek nairytuje, i naderwuje to jego!! I wcale nie jest to bezcenne!!!

Nie ma to jak poczciwa Frania... byla"prawie"niezawodna... tylko tak calkiem samo sie w niej nie pralo :))


No, a pralka zastepcza po blyskawicznej interwencji Kochanego Meza dziala jak ta lala... ale nie bede sciemniac, tesknie za moja pralka...Ona to jednak fajniejsza byla!