poniedziałek, 1 marca 2010

Knajpowe spostrzezenia

W sobote poszlismy opijac nasz nowy nabytek.

Jest nim czarny, wyszczuplajacy Renault megane, zwany przeze mnie Meganka - czyli jednak marzenia sie spelniaja :)) Rocznikowo jest to nastolatka, wchodzaca w wiek buntu miejmy jednak nadzieje, ze nie bedzie nam dopiekac, i z radoscia spedzi ona pod naszymi tylkami jeszcze sporo czasu!
Brakuje jej jeszcze do perfekcyjnego wygladu kolpakow srebrzystych, ale to wiadomo detal jest, moze nawet w tym tygodniu podejde do sklepu zeby je kupic, a moze zamowic, bo za cholere w takich rzeczach to ja zupelnie nie orientuje.
Jak dla mnie jest bajerka i ma sterowanie radyjkiem juz w kierownicy... ech no ale ja nie o tym...

W kazdym razie jezdzic juz czym mamy i R. w koncu moze sam dysponowac czasem pracy, i wychodzic punkt 17ta do domu, a nie tak jak ostatnio... zdarzalo sie, ze przyjezdzal po 18tej... bo tak go przywozili, oczywiscie nikt mu za te nadgodziny nie placil, a kiedy przyszedl raz pozniej na poranne miejsce, w ktorym czekal na J. bo zabieral go stamtad do pracy, to uslyszal, ze to J. jest szefem i moze sie spozniac... na co moj R. powiedzial, ze jak zostaje za darmo w pracy po godzinach to jest ok, i nikt tego nie widzi, ale w druga strone to jak widac juz szef widzi wszystko...
Przestalam szanowac J i A... ale o tym to kiedy indziej...

Zatem w sobotni wieczor trafilismy do knajpy naszych znajomych... ja przy winie, R. przy piwie...siedzimy, gledzimy, przegladamy gazety... przychodza rozni ludzie, wiekszosc ich juz znam - z widzenia i knajpowego bajdurzenia rzecz jasna - R. zna ich dluzej, ale to nie oznacza, ze lepiej. Zazwyczaj gramy we fleszetki czyli strzalki, albo w kosci - popularne tutaj 4 2 1. Nie wszystkich tutejszych gosci lubie, przyczyn jest wiele, jedna z nich jest naduzywanie, ale przymykam troche na to oko, bo w koncu siedze w knajpie wiec nie moge wymagac od ludzi trzezwosci. Poza tym mieszkam we Francji i znalezienie tutaj kogos, kto nie wypije szklanki czegokolwiek z % w ciagu dnia graniczy z cudem. Przynajmniej na mojej prowincji. W wiekszych miastach byc moze jest inaczej, ja jednak mowie o swiecie widzianym moimi oczami, o swiecie, w ktorym przyszlo mi zyc... Oj chcialoby sie czasem uciec od tego otumanionego tlumu, albo przynajmniej zrobic posrod niego selekcje. Ty z ta nienaturalna przerwa pomiedzy gorna 1 i 3 na lewo, pan w czapeczce na prawo, a ten gruby pan niech stoi gdzie usiadl, w koncu nikt tej masy nie da rady ruszyc... malolaty do domu!
Nie da sie jednak zrobic takiej selekcji i przegrupowania, przez co, wychodze z tych knajp szybciej niz czasem mysle, ze to zrobie. Od razu mowie, ze nie zawsze tak sie dzieje, bo i czasem atmosfera jest swietna i zabawa pelna para, tance sie odbywaja, i pogadac normalnie tez mozna.

Ostatnio jednak wyszlam wlasnie wczesniej, ale nie bylo to spowodowane tym, ze chcialam obejrzec zloty bieg Kowalczyk, przynajmniej jego finisz, tylko tym, ze nudzilam sie wsrod tej dziwnej masy, dziwnych ludzi... Towarzystwo R. bylo ok, ale w sumie jak ja juz sie nie bawie i nie czuje na silach robic teatru z soba w roli glownej, to wychodze... lepiej walnac sie do wyra i wyspac niz siedziec i pieprzyc trzy po trzy z kims, kto nawet nie wie o czym mowie ja i on.

I jednego takiego mlodego czlowieka wlasnie mialam watpliwa przyjemnosc poznac... poznac to za duze slowo, bo nawet imienia tego delikwenta nie pamietam, widac wazna informacja to nie byla.
Uznawal sie za Francuza przez drukowane i wielkie "F", a na ta litere to najbardziej pasowalo do niego "Fermier" czyli Farmer!

Usadowil sie przy moim boku i dawaj w gadki uderzac... kiedy mowilam do niego ja, badz R. powtrzal "mowcie po francusku, bo ja nic nie rozumiem"... no to od slowa do slowa podnosil chlopiec cisnienie, i gotowal atmosfere. Co dziwne kiedy powiedzialam mu po francusku, ze jest trudny z niego czlowiek to zrozumial bez problemu, wiec pociagnelismy watek, co by pograzyc tego Francuskiego fermiera.... i poszlo w ruch to, ze "widac brak mu mozgu skoro nie rozumie, bo inni rozumieja wszystko co do nich mowimy", a i nawet pewien nasz znajomy Pascal odparl, ze widac, chlopak edukacji nalezytej nie otrzymal i nie rozumie co sie do niego mowi.
Nastepnie dlugo mu tlumaczyl, ze nie jestesmy obywatelami tego kraju ale mowimy tym jezykiem,i to mowimy dobrze, a on niech probuje wysilic mozg jak czegos nie rozumie i pomysli troche, albo zapyta, a poza tym szacunek sie ludziom nalezy... na co ja przytaknelam i podziekowalam Pascalowi, za dobra mowe obrony, stwierdzajac, ze nie tylko ten szacunek nalezy sie nam ale i wszystkim innym ludziom. Monsieur Fermier niestety okazal sie oporny na ta wiedze... przeprosil nas podajac reke, ale za chwile dodal, ze on nie wie o co to cale halo! Pascal tylko wzruszyl ramionami i powiedzial "jest mi przykro", a my dodalismy "przeciez to nie Twoja wina" w koncu w kazdym kraju znajdzie sie taki, co robi z siebie w weekend alfe i omege, a w tygodniu rozrzuca merde na polu, celem uzyznienia gleby... i na dodatek nie wie, ze przed wyjsciem do ludzi wypadalo by sie umyc choc pod pachami, a jak pot zalewa mu ow newralgiczny punkt ciala to i w dobry antyperspirant trza zainwestowac. Kto ma mu o tym jednak powiedziec, chyba tylko francuskie krowy, ktore podejrzewam o to, ze odwracaja glowy w druga srone kiedy widza go w swoich wlosciach... Na wdechu dlugo sie pozyc nie da... krowa bowiem musi przezuc trawe, a czlowiek napic sie lyk piwa!

Na zdrowie!!

P.S.
a ja juz nawet u weterynarza sie dogadam :P ale o tym next time :)))

8 komentarzy:

  1. Oj - alez mi sie fajnie poczytalo o Twoim zyciu towarzyskim, Majeczko. My juz dawno nigdzie z nikim zesmy nie wychodzili. No - w kinie bylismy. I fakt z kolega pilismy cole z jednego kubka, jedna slomka - to juz chyba mozna mowic o zaciesnianiu wiezi? Z reszta to bardzo sympatyczny kolega, wiec nie ma mowy o zadnym zagrozeniu biologicznym spod pach.
    Wiesz - wszedzie sie trafi jakis gnojek (merdek po francusku) wiec ewakuacja byla wskazana.
    Sciskam i caluje

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, ale tak sie stalo, ze to merdek wyszedl wczesniej niz ja hehehe pozniej to mi sie juz siedziec nie chcialo, bo przyszlo towarzystwo za glosne jak dla mnie :)) Wiesz przekroj ludzkosci to tam jest ogromny wiec mozna by prace socjologiczna jakas napisac na ten temat :))
    My to wychodzimy co tydzien... ale przewaznie do knajpy... powiem Ci Bellisku, ze srednio mi to pasuje, bo jednak brakuje mi rozrywki troche wyzszych lotow... w koncu ile mozna pic wina?? ;PP
    Caluski posylam :***

    OdpowiedzUsuń
  3. ja mam tylko nadzieję że tam nas zabierzesz :D mina mojego R będzie bezcenna :D ( a i strzałki to to samo co rzutki czyli darty?? lubimy jak tak :D ) ogółem to się trochę uśmiałam na tym wpisie :) bo jakoś różnicy wielkiej nie ma ... zawsze się znajdzie jakiś wieśniak :D i brawa za weterynarza :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszędzie są ludzie i ludziska. My Polacy to tacy dziwni jesteśmy. Jak jakiś obcokrajowiec chce gadać po polsku to my się cieszymy jak głupi i bawimy miło sposobem jego mówienia wyrażając chęć i dobrą wolę do zrozumienia takiego. Zachód jest inny. Ok- ucz się ich języka, ale musisz mówić dobrze, a najlepiej to perfekt. Wtedy ma się szanse, ze być może zaakceptują człowieka. ***

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale ja nie mam Aniu problemu z akceptacja :))) To jest raptem jeden przypadek z jakim sie spotkalam, na dodatek lekko nietrzezwy przypadek. Wiekszosc osob z ktorymi sie spotykam mowi, ze polskiego by sie w zyciu nie nauczyli i nawet zwykle "dzien dobry" nie jest dla nich latwe...ja sie ucze jezyka dalej, ale glownie dlatego, ze chce znalezc prace, a reszta przyjdzie sama :))

    OdpowiedzUsuń
  6. knajpa to knajpa... czasem się trafi taki upierdliwy gostek... ani się bawić z nim, ani nim... pozostaje asertywność /czyli innymi słowy, pogonić go w cholerę :))))/...

    OdpowiedzUsuń
  7. Akurat towarzystwo na rauszu to z różnych powodów trochę nie dla mnie. Nie muszę nikogo rozstawiać po kątach, bo wybieram trochę inne rozrywki. Jeśli jednak przytrafi się to potrafię być cierpliwym. No, do czasu:-)
    Pozdrawiam Majeczko

    OdpowiedzUsuń
  8. dzięki Maju za słowa otuchy (zabrzmiało to jak notatka z zeszytu do polskiego:))wiem że trzeba czasu, ale trudno jest czekać gdy się tak paskudnie czuje, a wiosna tuż tuż i będzie trzeba się rozstać z płaszczem maskującym:(Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń